Gdy nie sposób znaleźć wśród premier płytowych jakikolwiek godny uwagi materiał studyjny, pozostają jedynie albumy koncertowe. I choć po dzisiejszych materiałach live nigdy nie spodziewam się wiele, to najnowsza koncertówka Steve’a Hacketta bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła.

Hacketta kojarzy się przede wszystkim jako gitarzystę Genesis. Należał do niego w latach 1971–1977, czyli w czasach, gdy nie był jeszcze grupą soft-rockową, lecz jednym z największych wykonawców rocka progresywnego. Hakcett współtworzył najlepszy skład zespołu (Peter Gabriel, Tony Banks, Phill Collins, Mike Rutherford, Steve Hackett) i nagrał z nim wiele albumów będących do dziś klasyką progresywy (m.in „Nursery Cryme” czy „Selling England By The Pound”).

Przy tak silnym punkcie w muzycznym CV można zapomnieć, że od ponad 40 lat Hackett prowadzi także działalność solową (pierwszy album pod własnym nazwiskiem wydał w 1975 roku, gdy był jeszcze w Genesis). Jako solista nie gra wprawdzie tak wybitnej muzyki, jaką wykonywał wcześniej w zespole, jest za to bardzo solidnym muzykiem, wciąż potrafiącym tworzyć rzeczy przynajmniej dobre (jak choćby wydany w zeszłym roku „Night Siren”). Do tej pory ma na swoim koncie 25 albumów studyjnych i dziesiątki koncertowych. Do tych drugich niedawno dołączył kolejny krążek – „Wuthering Nights: Live in Birmingham”, będący rejestracją koncertu zagranego w maju ubiegłego roku.

Długo odwlekałem przesłuchanie tego materiału ze względu na jego objętość. 19 ścieżek trwających ponad 2 godziny to dużo, nawet jak na koncertówkę. Tym bardziej, że Hackett raczej nie należy do muzyków, którzy na koncertach dużo improwizują i bawią się formą utworów (w zasadzie dziś już prawie nikt tak niestety nie gra). Tak też w istocie było podczas tego występu. Tutejsze wersje niezbyt różnią się od studyjnych, a jeśli już pojawiają się jakieś improwizacje lub smaczki, to będą w stanie je wychwycić głównie najwięksi fani Hacketta i Genesis, którzy te utwory znają na pamięć. Czasem pojawiają się instrumenty nieobecne w studyjnych wykonaniach (harmonijka w „In The Skeleton Gallery”, saksofon w „Firth of Fifth”) i to są najbardziej zauważalne różnice. I mimo że nie lubię tego typu koncertów i nie widzę w nich większego sensu, to w tym przypadku żałowałem, że nie zabrałem się za ten album wcześniej. To był naprawdę udany występ, choć niepozbawiony poważnych wad.

Co ciekawe, kompozycje macierzystej formacji Hacketta stanowią większą część setu niż utwory z albumów wydanych pod jego nazwiskiem. Gitarzysta zagrał osiem kawałków solowych i aż dziesięć utworów Genesis, oczywiście z czasów, gdy należał do tego zespołu. Ten zestaw uzupełnia króciutka miniaturka, dumnie określona mianem akustycznej improwizacji. Jest ona zresztą, jak to zwykle bywa, kompletnie niepotrzebna. Może sprawdziłaby się jako smaczek dodany do któregoś z utworów lub część faktycznej improwizacji, bo brzmi naprawdę pięknie (Hackett zawsze był świetny w takim graniu). W tej formie jest jednak tylko trwającą pół minuty popierdółką bez początku i końca, dodaną chyba ot tak sobie.

Koncert można zasadniczo podzielić na dwie części – pierwszą stanowią solowe kompozycje Hacketta, drugą zaś te z czasów Genesis plus wspomniana miniaturka. Dobór utworów na drugą część jest dosyć zaskakujący i trochę rozczarowujący, przynajmniej dla mnie . Aż 5 kompozycji, co stanowi połowę wszystkich utworów Genesis zagranych w czasie tego występu, pochodzi z wydanego w 1976 roku „Wind And Wuthering” – ostatniego i jednocześnie najsłabszego ze wszystkich albumów Genesis nagranych z Hackettem. Fakt, że był to koncert z okazji 40–lecia tego albumu (właściwie 41–lecia, bo ten występ odbył się w 2017 roku), ale aż takie nagromadzenie utworów z tego krążka nie było potrzebne. Zwłaszcza, że był to w gruncie rzeczy przykry epizod w historii Genesis. W tamtym okresie Hackett coraz bardziej odsuwał się od zespołu (niedługo później z niego odszedł), a Banks i Rutherford odrzucali dużą część jego pomysłów, ciągnąc grupę w stronę prostszego grania, które w kolejnej dekadzie zapewniło im pozycję fabryki przebojów. Wybór Hacketta dziwi tym bardziej, że „Foxtrot” i „The Lamb Lies Down On Brodway” – dużo lepsze albumy – w ogóle nie mają tu swojej reprezentacji, co dla mnie jest całkowicie niezrozumiałe. Znalazło się za to miejsce dla „Inside And Out”, czyli… utworu nagranego na „Wind And Wuthering”, który jednak ostatecznie na ten album nie trafił. Jednym słowem – odrzut. Trzy utwory z tego albumu spokojnie by wystarczyły.

Bardziej zadowalający jest wybór utworów na część pierwszą. Znalazł się tu zarówno absolutny klasyk („Shadow Of The Hierophant” – najwspanialsza rzecz, jaką Hackett stworzył jako solista), jak i nieco zapomniane („Rise Again”, „Serpentine Song”). Swoją reprezentację w postaci „In The Skeleton Gallery”, „El Nino” i „Behind The Smoke” ma też ostatni studyjny album Hacketta. Niemal wszystkie świetnie wypadają na żywo. Jedynie „The Steppes” mocno się dłuży, ale to akurat już w wersji studyjnej był przydługi, nieco monotonny kawałek (przyjemna solówka saksofonowa na początku niestety nie ratuje sytuacji). Te 7 minut rekompensują jednak inne utwory, jak „Rise Again” ze ślicznym balladowym początkiem i mocnym rozwinięciem, czy instrumentalny „El Nino”, w którym Hackett na tle potężnie brzmiącej perkusji prezentuje swoje nieprzeciętne umiejętności. Świetnym pokazem jego talentu jest również otwierający całość „Every Day” ze świetną solówką na końcu. Hackett jest w zasadzie bohaterem całego koncertu i jego popisy niemal zawsze ściągają na siebie całą uwagę. Czasem przyćmiewa go jedynie Rob Townsend,
który, jak się okazuje, świetnie radzi sobie z saksofonem. Najwspanialszym momentem w jego wykonaniu jest skromne zwolnienie w środkowej części „In The Skeleton Gallery”. Ten fragment z dialogiem saksofonu i harmonijki (w studyjnej wersji pojawia się tylko saksofon) brzmi tak klimatycznie i wciągająco, że mógłby trwać cztery razy dłużej. Trochę szkoda, że muzycy nie postanowili troszkę „zaszaleć” choćby w tym krótkim momencie.

Utwory z pierwszej części koncertu w większości śpiewa sam Hackett, czasem w chórze z pozostałymi wokalistami. Nie ma on zbyt dużych umiejętności, ani zbyt ciekawej barwy głosu, jednak nie sposób mu również pod tym względem coś poważnego zarzucić. Jego śpiewu słucha się bardzo przyjemnie, zwłaszcza w spokojnych momentach, do których najlepiej pasuje. Jedynie „Shadow Of The Hierophant” w całości jest śpiewany przez Armandę Lehmann i spisała się w tej roli świetnie, bez popadania w patos i nadmiernie płaczliwe tony (większość wokalistek ma z tym spory kłopot). Niestety, gdy muzycy przechodzą do utworów Genesis, mikrofon do ręki dostaje Nad Sylvan, którego barwa głosu do złudzenia przypomina oryginalnego wokalistę Genesis, Petera Gabriela. Postanowił wykorzystać ten fakt, naśladując manierę i sposób śpiewania Gabriela, jak tylko się da. Zresztą na filmach promujących wydawnictwo można zobaczyć, że Sylvan kopiował od Gabriela również wyszukany ubiór i makijaż, a czasem także jego sposób poruszania się (dla zachowania kultury tekstu efekt tej stylizacji pozostawię bez komentarza). Brakuje mu jednak charyzmy i umiejętności tamtego wokalisty, ewidentnie nie służy mu też teatralno-baśniowa forma tych utworów (Gabriel w takim klimacie wypadał bardzo naturalnie).

Jeszcze gorzej jest, gdy Sylvan wykonuje utwory nagrane już bez Gabriela, w których śpiewał Phil Collins. Nie mógł się chyba zdecydować, którego z wokalistów naśladować (obaj mieli podobne do siebie barwy głosu, ale śpiewali w zupełnie inny sposób), więc zaproponował coś pośrodku. Brzmi to po prostu koszmarnie, zwłaszcza w „Eleventh Earl Of Marth”, gdzie jego jęczenie zabija cały klimat tego skądinąd przyjemnego utworu. To kolejny argument za tym, że Hackett nie powinien był grać tak wielu kawałków z tego okresu Genesis. Ich wykonanie po prostu Sylvana przerosło. Rozumiem, co stało za tym zamysłem – chciano jak najwierniej odtworzyć klimat tych kompozycji. Osobiście jednak wolałbym już usłyszeć Hacketta śpiewającego je na swój sposób, niż przez godzinę odnosić wrażenie, że słucham Petera Gabriela z zatkanym nosem i chorobą krtani. Na szczęście jego śpiew nie jest w stanie zaszkodzić aż tak bardzo utworom z czasów Gabriela. Tak wspaniałe, klasyczne kompozycje jak „Firth Of Fifth” czy „The Musical Box” zawsze obronią się same, nawet z tak nieudolnym wokalem. Ten ostatni to zresztą najlepszy punkt koncertu. Nie tylko ze względu na bardzo dobre wykonanie, ale również fakt, że to po prostu małe arcydzieło. Sam Hackett nigdy nie stworzył niczego tak dobrego, a i Genesis ma na koncie niewiele równie świetnych utworów. Gdyby jednak nie śpiewał w nim Sylvan, wybrzmiałby jeszcze wspanialej.

Fanom Steve’a Hacketta czy Genesis nie muszę raczej tego albumu polecać. Ale również nie będąc ani jednym, ani drugim, warto po niego sięgnąć. Choćby dlatego, że może być zachętą do zainteresowania się muzyką tych wykonawców, a jest ona zdecydowanie warta poznania (fanom rocka wręcz nie wypada nie znać Genesis). Mimo pewnych dłużyzn, niefortunnego doboru materiału i zachowawczości jest to kawał dobrej, porządnej muzyki. Trudno dziś nawet o studyjny album jakiegoś młodego wykonawcy, który byłby choćby w połowie drogi do tego poziomu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *