Recenzja

Jednak nie wszystko takie piękne

Niełatwo jest mi oceniać muzyków, do których mam sentyment, a Moby z pewnością się do takich zalicza. W swojej karierze nagrał kilka utworów, których nie jestem w stanie zapomnieć (mimo że było to dawno temu). Już w wieku 7 lat zachwycałem się melodiami i teledyskami „Why Does My Heart Feel So Bad” oraz „In This World”, wałkowanych wtedy w kółko przez telewizyjne kanały muzyczne. „Rockbody”, choć niesamowicie kiczowaty, skutecznie rozgrzewał mnie do kolejnych meczy w „Fifie 2001”. Z kolei „When It’s Cold I’d Like To Die” zawsze będzie mi się kojarzył z końcówką jednego z odcinków mojego ulubionego serialu, „Rodziny Soprano”.

Już te kilka przykładów wystarczy, by Moby mógł liczyć u mnie na taryfę ulgową. Nie jest ona jednak na tyle duża, bym był w stanie zignorować fakt, że jego dyskografię od lat trapi jedna i ta sama bolączka – o ile świetnie wychodzi mu pisanie pojedynczych utworów (przykłady powyżej), to jego albumy traktowane jako całość nie są zbyt atrakcyjne. Główne powody tego są dwa – skłonność Mob’yego do wydawania zbyt długich krążków (w większości trwają godzinę lub dłużej) i co za tym idzie, występujące niemal na każdym z nich średniaki i wypełniacze, które skutecznie mogą zniechęcić do dania szansy tym lepszym fragmentom. „These Systems Are Failing” i „More Fast Songs About the Apocalypse”, wydane odpowiednio w 2016 i 2017 roku, zdawały się być sygnałem, że nawet sam Moby dostrzega ten problem (oba trwają mniej niż 40 minut, co jednak nie wyeliminowało problemu z bardzo nierównym materiałem). Tymczasem tegoroczny „Everything Was Beautiful, And Nothing Hurt” to znów prawie godzina muzyki. Znając dyskografię Moby’ego, wiedziałem, że pośród tych 12 kawałków będą dłużyzny.

Po przesłuchaniu doszedłem jednak do wniosku, że to najlepszy album Moby’ego od lat. Być może nawet od czasu „18” z 2002. Wprawdzie nie udało się uniknąć niewypałów, ale słuchało się tego znacznie przyjemniej niż takiego „Hotel” czy „Destroyed”. Być może dzięki przyjemnym, choć bardzo prostym melodiom, a być może dzięki wokalistom i wokalistkom, którym udaje się tu zbytnio nie smęcić (w przeszłości u Moby’ego bywało z tym różnie). Większość kawałków trzyma równy poziom i w sumie nie sposób się do nich o cokolwiek przyczepić, pomijając to, co nieodzowne w takiej muzyce – prościutkie struktury, jednostajność utworów (z którą rzadko idzie w parze wciągający klimat) czy wkradającą się z czasem monotonię. Osoby nieodporne na tego typu elementy mogą sobie ten album odpuścić, ja jednak byłem w stanie przyjąć na nie poprawkę i jakoś przetrzymać (zasługa wspomnianego sentymentu). Trudno mi natomiast zrozumieć obecność takich koszmarków jak „The Tired And The Hurt”, łączącym banalną melodyjkę ze smyczkowym tłem i efektem odtworzonej od tyłu taśmy, dodanym chyba przez przypadek. Znacznie lepsze zastosowanie znalazł on w rozpoczynającym płytę „Mere Anarchy”, gdzie wprowadza troszkę klimatu i dobrze współgra z całością. Pozytywnego wrażenia nie zacierają bynajmniej „The Waste of Suns”, „The Last of Goodbyes” czy przeróbka pieśni „Like A Motherless Child”. Nadają się zarówno na dyskotekę jak i do posłuchania na co dzień, byle nie w nadmiarze. „The Ceremony of Innocence” jest już jednak zbyt pretensjonalny przez pseudo-orkiestrowe tło. Poziom wraca przy subtelnych „Welcome To The Hard Times” i „The Sorrow Tree”. Drugiego z nich słuchałoby się jeszcze przyjemniej, gdyby nie do znudzenia powtarzany tytuł utworu. W „The Middle Is Gone” Moby znów połączył odwróconą taśmę i partie smyczków, ale dzięki niezłej melodii efekt jest dużo lepszy niż w „The Tired And The Hurt”. Bardzo miłą niespodzianką był dla mnie również „A Dark Cloud Is Coming” z delikatnymi partiami bluesowo brzmiącej gitary i pianina, dobrze wkomponowanymi w ten bardzo klimatyczny utwór. To zdecydowanie najmocniejszy punkt albumu, wielka szkoda, że wylądował na samym końcu.

Zaryzykuję wręcz stwierdzenie, że to najbardziej równy album, jaki Moby kiedykolwiek nagrał. Nie przypominam sobie, by na którejś z jego wcześniejszych płyt stosunek utworów udanych do nieudanych był tak wysoki. Z pewnością wyszły też na dobre oszczędne aranżacje, w których Moby odnajduje się o wiele lepiej niż w mocniejszych,
gitarowo-elektronicznych klimatach, jakie można usłyszeć choćby na poprzednim albumie. To wciąż głównie bardzo prosta muzyka do posłuchania w tle lub potańczenia, ale Moby, w przeciwieństwie do wielu innych muzyków tworzących tego typu utwory, zawsze zdaje się mieć przynajmniej garść dobrych pomysłów, a poziom kiczu, choć w pewnym stopniu niezbędny, nie osiąga masy krytycznej. Gdyby tylko nie było tu tak rażących niewypałów, a więcej kawałków na miarę jego najlepszych dokonań z lat 90., być może, ku swojemu zaskoczeniu, uznałbym ten materiał za naprawdę bardzo dobry album. Niestety, największym wrogiem Moby’ego wciąż pozostaje selekcja utworów, a raczej jej brak.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *