Recenzja

Kamienna świątynia wreszcie przestała się kruszyć

Trudno nie mieć obaw co do kreatywności zespołu, który drugi raz z rzędu nadaje swojemu albumowi ten sam tytuł, na dodatek pochodzący od nazwy grupy. Zwłaszcza gdy mowa o kapeli, która ostatni naprawdę dobry album nagrała ponad 20 lat temu.Stone Temple Pilots z reguły uważa się albo za jeden z najwybitniejszych zespołów nurtu grunge, albo za zwykłą kopię wcześniej istniejących zespołów grających ten gatunek. W każdym z tych twierdzeń kryje się ziarno prawdy. Za drugim z nich przemawia aż nadto słyszalne podobieństwo wczesnej twórczości STP do stylu Pearl Jam (zwłaszcza albumu „Ten”), za pierwszym zaś debiut grupy, „Core”, który – jakby nie patrzeć – jest klasyką gatunku, a według mnie także jednym z najlepszych albumów nagranych w latach 90. Ogromną siłą zespołu był też charyzmatyczny wokalista Scott Weiland, którego wokal łączył barwę głosu przypominającą Eddiego Veddera ze stylem śpiewu podobnym do Layne’a Stayleya.

Niestety, już na trzecim albumie STP zaczął sukcesywnie odchodzić od grunge’owego brzmienia na rzecz komercyjnego, momentami wręcz radiowego grania. I choć zawsze w jakimś stopniu sobie radzili, potrafiąc zabłysnąć naprawdę dobrymi utworami, to każdy ich kolejny album był coraz gorszy. Największą porażką do tej pory była EPka „High Rise”, wydana w 2013 roku po wyrzuceniu Weilanda z zespołu. W roli wokalisty wystąpił tam Chester Bennington z Linkin Park, którego głos, delikatnie mówiąc, kompletnie nie pasował do tej muzyki i uczynił ten minialbum praktycznie niesłuchalnym.

Na „Stone Temple Pilots II” (dla uniknięcia niejasności tak będę nazywał album z 2018 roku) zespół ani myśli wrócić do tego, co grał na początku kariery. Nie sądzę zresztą, że ktokolwiek się tego po nim spodziewał, a powtórzenie tytułu z poprzedniego longplaya mogło być dodatkowym sygnałem tego, co usłyszymy. W kilku utworach znajdziemy ślady grunge’owego brzmienia, poza tym jednak jest to zwykły, bardzo sztampowy hard rock z dodatkiem kilku ballad. W takiej sytuacji pozostaje liczyć jedynie na dobre riffy i znośne melodie. Z jednymi jak i drugimi STP od lat niezbyt dobrze sobie radzi, co nie znaczy, że nie udało mu się kilka razy zabłysnąć na swoim najnowszym wydawnictwie.

Pozostała również kwestia wokalisty. Ze względu na tragiczną śmierć zarówno Weilanda jak i Benningtona, muzycy znów byli zmuszeni poszukać kogoś nowego (a jest duże prawdopodobieństwo, że zrobiliby to tak czy owak). Ostatecznie wybrali Jeffa Gutta, do tej pory udzielającego się w kilku nieciekawych zespołach, jak numetalowy Dry Cell czy Dragonfly. Mimo tego, była to decyzja znacznie mniej irracjonalna niż w przypadku „High Rise”. Gutt śpiewa w klasycznie hardrockowy sposób i ma naprawdę spory potencjał. Szkoda tylko, że brakuje mu ciekawej barwy głosu. Tego nie da się zrekompensować technicznymi umiejętnościami.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że „Stone Temple Pilots II” to pierwszy w historii album STP, który nie jest gorszy od poprzedniego (z oczywistych względów pomijam „High Rise”). Nie jest też lepszy – prezentuje dokładnie ten sam poziom, co jego imiennik z 2010 roku. Mamy tu więc do czynienia z mieszanką słabizny i całkiem niezłych utworów, jednak bez żadnych wzlotów. Nienajlepiej wypada otwarcie w postaci „Middle of Nowhere”, w którym zespół bardzo stara się brzmieć przebojowo, ale w ogóle mu to nie wychodzi. Gotów byłbym pochwalić melodię, gdyby nie była ona zagrana w tak banalny sposób. Z nieco lepszej strony muzycy pokazują się w „Guilty”, niepodążającym już tak nachalnie w stronę miernego popu. Aż dziw bierze, że zaraz po nim umieszczone jest coś takiego, jak „Meadow” – utwór oparty na chyba najbardziej sztampowym riffie, jako można sobie wyobrazić, pozbawiony choćby cienia dobrej melodii, za to drażniący dziwnymi wstawkami, brzmiącymi jak przesterowana gitara przepuszczona przez losowe efekty. Jeszcze trudniej mi uwierzyć, że był to pierwszy singiel promujący wydawnictwo (tradycyjnie nie słuchałem żadnego przed poznaniem całego albumu, co nie zmienia faktu, że byłem w lekkim szoku, gdy dowiedziałem się o tym fakcie).

Zaskoczeniem w drugą stronę był dla mnie „Just A Little Lie”, będący zgrabną pop-rockową piosenką z bardzo chwytliwym refrenem i dobrą solówką pod koniec. „Six Eight” i „Roll Me Under” za sprawą klimatu i nieco przybrudzonego brzmienia przywołują w niewielkim stopniu ducha grunge’u. Zaskakująco dobrze do takiej muzyki pasuje niski, chrypkowaty głos Gutta. To w połączeniu z nienajgorszymi melodiami czyni je najlepszymi fragmentami albumu. „Never Enough” ma fajny rytm kojarzący się troszkę z ZZ Top, ale poza tym to bardzo przeciętny kawałek, sprawiający wrażenie skrojonego pod stacje radiowe. „Good Shoes” brzmi jak wolniejsza, mniej popowa wersja „Just A Little Lie”. Jeden taki kawałek na albumie spokojnie by wystarczył, trudno mi jednak wskazać mojego faworyta spośród tych dwóch.

W ramach urozmaicenia dostajemy również ballady, niestety aż trzy. Niestety, gdyż tylko „Thought She’d Be Mine” da się słuchać z pewną dozą przyjemności. Jest to oczywiście nieco ckliwy i smętny utwór, ale nie przekracza przy tym pewnych granic, a refren jest naprawdę fajny w swej naiwności. Ta piosenka nieźle mogłaby się sprawdzić w roli soundtracku serialu młodzieżowego i tym razem ma to całkowicie pozytywny wydźwięk. „The Art Of Letting Go” to idealny przykład maksymalnie przesłodzonej balladki, na dodatek zmarnowano na nią dobre partie gitary elektrycznej, które w tym przypadku nijak nie są w stanie uratować sytuacji.  Natomiast skoczny, lecz okropnie rozwleczony „Reds & Blues” jest po prostu usypiający, bynajmniej w dobrym sensie.

Wielka szkoda, że Stone Temple Pilots wciąż tak mocno podąża w stronę komercyjnego hard rocka. Jeszcze trudniej jest to zrozumieć, mając na uwadze coraz gorszą sprzedaż kolejnych płyt grupy. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że właśnie taka muzyka faktycznie gra im w sercach . Osobiście jednak wolałbym usłyszeć więcej utworów w stylu „Roll Me Under”, niż bezbarwnych pioseneczek. „Stone Temple Pilots II” ma sporo niezłych momentów, ale jako całość jest po prostu kiepski i monotonny.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *