Recenzja

Nie każdy Judasz jest zdrajcą

Nie tak dawno ukazał się album Saxon, ważnego przedstawiciela Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu. Teraz przyszedł czas na jedną z największych inspiracji tego nurtu, a w zasadzie jeden z pierwszych zespołów metalowych w historii.

Chyba żaden metalowiec (rozumiany zarówno jako członek subkultury, jak i po prostu fan gatunku) nie będzie w stanie wykrzesać z siebie wielu złych słów na temat Judas Priest, który do dziś cieszy się statusem zespołu kultowego. I nie sposób się temu dziwić. Judasi dla metalu są mniej więcej tym, czym dla hard rocka Deep Purple. Sam zaliczam ich do absolutnej czołówki tego gatunku, zaś „Sad Wings Of Destiny”, „Sin After Sin” i „Painkiller” są na mojej skromnej (rzecz jasna, subiektywnej) liście najlepszych albumów metalowych, wyznaczających poziom, jakiego dzisiaj żadna grupa grająca taką muzykę już raczej nie osiągnie.

Słowo „Judas” w nazwie od dawna jest kompletnie nieadekwatne do postawy zespołu, który ani myśli wyrzekać się swoich korzeni. Przeciwnie, Judasi nagrali kolejny album nawiązujący do okresu klasycznego metalu (lata 70.) ze wszystkimi charakterystycznymi dla niego elementami. Biorąc pod uwagę to, co napisałem we wcześniejszym akapicie, powinienem być przynajmniej zadowolony. Tymczasem „Firepower” wywołał u mnie mocno mieszane odczucia. jak zresztą każdy album Judas Priest od czasu „Jugulator”. Niby wszystko jest tak, jak powinno. Wokalista radzi sobie nad wyraz dobrze, gitarzyści grają bardzo konkretne riffy i solówki a perkusista nawala w bębny dokładnie tak, jak w muzyce Judasów nawalać się powinno. Co więc sprawiło mi kłopot? Dwie rzeczy, którę od 20 lat trapią wszystkie wydawnictwa tego zespołu – schematyczność i nadmiar materiału.

Nawet najlepszą pizzą trudno się zachwycić, jeśli ma za grube ciasto, zbyt wiele dodatków lub jest po prostu za duża. „Firepower” jest właśnie taką pizzą – całkiem smaczną, ale podaną na bardzo grubym cieście (męczące, zbyt głośne brzmienie), niepotrzebnie napakowaną po brzegi składnikami (za dużo utworów) i mającą zbyt wiele centymetrów w obwodzie (album jest za długi). Trudno nie odnieść wrażenia, że muzycy wpakowali na album wszystko, co nagrali, nie dokonując jakiejkolwiek selekcji. W tym przekonaniu utwierdza mnie obecność „Guardians” – jednominutowej miniaturki zagranej na pianinie, do którego po chwili dołącza kiczowato brzmiąca gitara. Nigdy chyba nie zrozumiem sensu umieszczania na albumach takich dodatków. Rzadko kiedy wnoszą cokolwiek do całości. „Guardians” również jest kompletnie wyrwany z kontekstu i nijak ma się do reszty płyty (jeśli miał służyć za wstęp do „Rising From Ruins”, to nie udało się). Brzmi raczej jak zalążek kompozycji, na którego rozwinięcie muzycy nie mieli pomysłu, ale umieścili go i tak, bo szkoda marnować. Swoją drogą, jego melodia bardzo przypomina mi motyw rozpoczynający „Empire Of The Clouds” z ostatniej płyty Iron Maiden. To pewnie tylko moje urojenia, ale do teraz nie mogę się pozbyć tego wrażenia.

Odnośnie schematyczności – niemal wszystkie utwory na „Firepower” (pomijając wspomnianą miniaturkę) można podzielić na dwie grupy: nieco szybsze, będące kwintesencją Judas Priest i tzw. „metalowe walce”, porażające potężnymi riffami i kojarzące się raczej z Black Sabbath (dziwne, że nie np. z „Sad Wings Of Destiny”). Z tego podziału wybija się tylko ostatni na płycie „Sea Of Red”, skądinąd przyjemna, choć nieco przesłodzona power ballada, z piękną częścią akustyczną i niezłym zaostrzeniem. Więcej urozmaiceń nie ma się co doszukiwać. Zdarzają się jakieś smaczki, ale mają raczej wartość symboliczną (są, bo wypada, żeby były), główny nacisk położony jest natomiast na solidną robotę bez zbytniego kombinowania. W przypadku Judasów mógłbym to uznać za plus, gdyby nie wspomniany brak selekcji.

Jedna z największych wpadek rozbrzmiewa już na starcie. Utwór tytułowy to wyjątkowo słaby początek. Rozczarowuje to o tyle, że do tej pory albumy Judas Priest zazwyczaj rozpoczynały się od świetnych utworów (żeby wspomnieć tylko o „Victim Of Changes”, „Sinner”, „Painkiller” czy nawet „Dragonaut” z ich poprzedniej płyty). Tymczasem „Firepower” to kawałek wyjątkowo jak na ten zespół niemrawy. Nie tylko pozbawiony dobrej melodii, ale też fatalnie zaśpiewany przez Halforda, który sprawia wrażenie, jakby za chwilę miał dosłownie stracić głos. Gorzej prezentuje się chyba tylko „Flame Thrower”, irytujący swoim glam-metalowym klimatem (Judasi obracali się w takiej stylistyce w latach 80., ale wtedy nie brzmieli tak kiczowato). Niezbyt dobrze wypada też „No Surrender” – nie jest to kawałek zły, ale wyraźnie niedokończony, brakuje mu jakiegoś rozwinięcia. Najbardziej razi końcówka, w której pojawiają się zalążki gitarowej solówki. Niestety, po kilku dźwiękach kawałek nagle się urywa, zostawiając uczucie niedosytu. Szkoda tak marnować dobry riff.

Nic nie potrafi tak zniechęcić do przesłuchania całego albumu, jak słabe otwarcie (zwłaszcza, gdy promuje ono także płytę na singlu). Na szczęście już następny w kolejce „Lightning Strike” pokazuje, że Judasów stać jeszcze na wiele. Jest moc, jest riff, jest niezła melodia i pewna doza przebojowości, a Halford brzmi po prostu fantastycznie. Z radością stwierdzam, że utwór tytułowy był dla niego tylko wypadkiem przy pracy. Przez resztę albumu jego wokal trzyma najwyższy możliwy poziom (nawet w tym nieszczęsnym „Flame Thrower”), zwłaszcza biorąc pod uwagę wiek Halforda i jego skłonność do nadmiernego eksploatowania swoich więzadeł głosowych. W jego śpiewie wciąż jest to wszystko, za co nie sposób go nie lubić – charakterystyczna barwa głosu, operowa maniera, zgrabne manewry między piskami a chrypką. Rzecz jasna dużą rolę odgrywa tu fakt, że są to nagrania studyjne. Na żywo słychać wyraźnie, że Halford ma swoje lata i nawet produkcyjne sztuczki nie są w stanie tego całkowicie ukryć.

Najlepsze fragmenty albumu to te najbardziej przebojowe. Pytanie jednak, na ile jest to zasługa samych utworów, a na ile monotonii tego materiału. Przy takim natłoku aż nazbyt podobnych do siebie kawałków, siłą rzeczy najwięcej zyskują te z chwytliwymi refrenami, bo najłatwiej jest je zapamiętać. Do takich zaliczyłbym przede wszystkim „Evil Never Dies” (nieco słaby melodyjnie), „Never The Heroes”, „Rising From Ruins” (zwycięzca w kategorii „najlepszy riff”) i najbardziej przebojowy „Children Of The Sun”, którego refren na długo nie daje o sobie zapomnieć. Szkoda, że nie ma tu więcej takich utworów, zamiast ciągnącego się w nieskończoność „Lone Wolf” (brzmi to raczej jak utwór nieudolnych naśladowców Judas Priest) czy przekombinowany „Traitors Gate”, w którym muzycy kompletnie gubią melodię, a partie gitarowe momentami przypominają bezduszne popisy w stylu Yngwiego Malmsteena. Chóralne zaśpiewy tylko pogłębiają wrażenie niepotrzebnego patosu. W odbiorze nie pomaga nowoczesna produkcja, będąca znakiem dzisiejszych czasów. Wszystko jest maksymalnie głośne, skompresowane, pozbawione dynamiki i selektywności między poszczególnymi instrumentami, które zdają się zagłuszać nawzajem, zamiast wspierać. Brzmienie kojarzy się momentami z ostatnimi albumami Megadeth (zasługa producenta Andy’ego Sneapa). Przy całej mojej ogromnej sympatii do grupy Dave’a Mustaine’a, wolałbym jednak, by zespół taki jak Judas Priest spróbował pod tym względem nawiązać do swojej przeszłości (wspaniale brzmiący „Sin After Sin”), niż silił się na nowoczesność, upodabniając przy okazji do znacznie młodszej stażem kapeli.

Logiczny następca „Reedemer Of Souls”? Z pewnością. Solidne rzemiosło? Jak najbardziej. Przy tym jednak wyraźna oznaka słabnącej formy Judas Priest, jadącego na ogranych, wymęczonych patentach. Oddaję przy tym królowi, co królewskie i przyznaję, że to wciąż jeden z najlepszych zespołów metalowych i takim pozostanie do końca. Jego główna przewaga leży jednak nie w dobrych kompozycjach, a w tym, że gra według zasad, które sam kiedyś pomagał ustalać. „Firepower” ratuje przede wszystkim właśnie ten fakt, a także niezawodny głos Roba Halforda.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *