Recenzja

Biały pasek nadal blaknie

Muzykę na „Boarding House Reach” można porównać do próby orkiestry przed właściwym koncertem – da się usłyszeć coś ciekawego, dominują jednak wpadki, chaos i brak jakiejkolwiek spójności.

Jacka White’a większość kojarzy zapewne przede wszystkim jako lidera duetu The White Stripes, grającego, najprościej mówiąc, bardzo hałaśliwy garażowy blues rock z pojedynczymi utworami wykraczającymi poza te ramy. Prawdziwą sławę przyniósł mu w zasadzie jeden (za to jaki!) przebój tej grupy – mowa oczywiście o „Seven Nation Army”. Działalność White’a nie ograniczała się jednak tylko do bycia jednym z Białych Pasków. W tak zwanym międzyczasie współtworzył także grupy The Racounters i Dead Weather, w których grał podobną muzykę, co w White Stripes, tyle że nieco bardziej nawiązującą do klasycznego rocka (czasem też psychodelii). Nagrywa też albumy solowe i to właśnie one są dla niego pretekstem do zaprezentowania światu trochę innej, bardziej złożonej muzyki.

Doceniam, gdy muzycy zamiast wałkować w kółko to samo, zmieniają kierunek i starają się zaproponować coś innego, o ile wciąż tworzą przy tym dobrą muzykę. W przypadku White’a jest niestety tak, że im bardziej kombinuje, tym gorsze efekty osiąga. O ile „Blunderbass” jest jeszcze naprawdę fajnym albumem, tak „Lazaretto” to już dzieło zdecydowanie przekombinowane, w dodatku silące się na nowoczesność.

„Boarding House Reach” to kontynuacja drogi obranej na „Lazaretto”. O ile na tamtym albumie różnego rodzaju wstawki pojawiały się w formie dodatków, tak tutaj White postawił już na pełną dominację aranżacji. Przyznaję, że liczba smaczków zawartych na tej płycie jest nielicha. Pełno tu elektroniki, mającej w założeniu „ubogacać” utwory, pojawiają się skrzypce, kongi, sample no i gitarowe zgrzyty (te akurat u White’a są normą). Ogólnie wszystkiego jest tutaj pełno, brakuje tylko dobrych melodii. Na 13 zaprezentowanych kawałków te udane można dosłownie policzyć na palcach jednej ręki. Są to: najlepszy melodyjnie „Corporation” z niezłym motywem przewodnim, klimatyczny „Respect Commander” o nieco blues-rockowym charakterze, krótki „Everything You’ve Ever Learned” ze świetną grą sekcji rytmicznej (na jej bazie można by zbudować ciekawą improwizację) i pasującym do całości zaostrzeniem pod koniec, skoczny „Get In The Mind Shaft” i subtelny „Why Walk A Dog”. W dwóch ostatnich najsensowniej użyto wszechobecnej elektroniki, zapewniającej ciekawy klimat i bardzo chwytliwą melodię, a egzotyczne perkusjonalia w pozostałych trzech stanowią ciekawe urozmaicenie

Reszta to prawdziwy kalejdoskop utworów o różnym charakterze, które nie tylko są po prostu złe, ale też tworzą wyjątkowo niespójną całość (psując dodatkowo przyjemność ze słuchania lepszych fragmentów). Początkiem tej mieszanki jest „Connected By Love” – kawałek soulowy z żeńskimi chórkami i solówką na organach. Sama kompozycja jest niestety dość miałka, a wykonanie pozbawione koniecznej w tym gatunku porywającej energii. Nie mniejszym problemem jest śpiew White’a, który świetnie radził sobie z naturalnymi, pełnymi emocji wrzaskami w muzyce The White Stripes, jednak w tego typu utworach brzmi jak anemik lub po prostu ktoś niewyspany, myślący tylko o wypiciu kilku kubków kawy na rozbudzenie. Jeszcze gorzej pod tym względem wypada w  „What’s Done Is Done”, prostym (żeby nie powiedzieć banalnym), utworze w stylu współczesnego R&B. „Abulia And Akrasia” i „Ezmeralda Steals The Show” to niespełna dwuminutowe miniaturki, w których pojawiają się odpowiednio skrzypce i gitara akustyczna. Zmuszony jestem powtórzyć to samo, co zwykle piszę o takich błahostkach – są kompletnie wyrwane z kontekstu i niepotrzebne. Miały zapewne uczynić album bardziej różnorodnym, a są jedynie wydłużającymi go zapychaczami. „Over and Over and Over” brzmi nieco garażowo, nawiązując do twórczości The White Stripes. Z tej racji gotów byłem uznać go za jeden z lepszych fragmentów, ale sposób, w jaki zaśpiewany jest refren (zwłaszcza słowa z tytułu utworu) sprawia, że nie mogę go traktować poważnie. „Humoresque” jest z kolei próbą stworzenia spokojnej, fortepianowej ballady, ale słabiutki wokal White’a i nieciekawa melodia czynią go nudnym usypiaczem. W prawdziwą konsternację wprawiły mnie natomiast „Hypermisophoniac” i „Ice Station Zebra”. Aż boję się podjąć próbę napisania o nich czegokolwiek sensownego. Przyznaję się bez bicia, mimo kilku przesłuchań nie mam pojęcia, czym te utwory miały być. Dla mnie brzmią jak zlepki dźwięków powstałych przypadkiem podczas sesji nagraniowej, które z braku laku posklejano w coś na kształt piosenek. Z „Ice Station Zebra” zapamiętałem jedynie grający sobie w drugiej części klawinet, natomiast z „Hypermisophoniac” – usilnie zagłuszaną przez inne instrumenty partię pianina oraz niesamowicie irytujący, użyty wielokrotnie efekt dźwiękowy, będący podręcznikowym przykładem tego, jak nie używać elektroniki w muzyce.

Jack White to jeden z tych muzyków, którym zbytnie urozmaicanie swojej twórczości zdecydowanie nie wychodzi na dobre. Wykonując prosty, hałaśliwy rock świetnie pokazuje swoje największe atuty – zmysł do melodii i zdolność okazywania emocji w bardzo naturalny sposób (zwłaszcza swoim dzikim śpiewem). Z kolei na „Boarding House Reach” ujawnia niemal wszystkie słabe strony, na czele z brakiem talentu wokalnego i umiejętności tworzenia innej muzyki niż ta, w której czuł się do tej pory dobrze. Silenie się na granie czegoś, do czego nie ma się predyspozycji, zazwyczaj kończy się źle i ten album to kolejny tego dowód.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *