Każda okazja jest dobra, by wspomnieć o Jimim Hendrixie – czy to zwykła rozmowa na temat historii muzyki, czy też premiera kolejnego z niezliczonych albumów pośmiertnych najlepszego gitarzysty wszech czasów.

Hendrix na stałe zapisał się na kartach historii jako jeden z największych reformatorów rocka, mimo że nie doczekał się zbyt pokaźnego liczbowo dorobku. Za jego życia ukazały się „tylko” cztery nagrane przez niego albumy – trzy studyjne ,sygnowane szyldem The Jimi Hendrix Experience, i koncertówka „Band Of Gypsys”, będąca debiutem tak samo nazwanego zespołu, założonego przez Hendrixa po rozpadzie Experience. Od początku jednak wiadome było, że nagrał o wiele więcej muzyki i tylko przedwczesna śmierć powstrzymała go przed wyselekcjonowaniem materiału na kolejne albumy na własnych warunkach. Pozostawił po sobie masę nagrań czekających cierpliwie na swoją kolej w archiwach. Do tej pory zapełniły one już kilkadziesiąt albumów i jest bardziej niż pewne, że prędzej czy później wszystkie te archiwalne materiały ujrzą światło dzienne.

„Both Sides Of The Sky” to kolejna część tej niekończącej się, acz wciąż ciekawej opowieści. Na początku, gdy album został zapowiedziany, nie byłem do końca zachwycony. Do tego typu wydawnictw (zwłaszcza w przypadku muzyków rockowych) zwykłem podchodzić z pewną rezerwą, gdyż czasem ich poziom jest tak niski, że lepiej, by na stałe spoczęły w archiwach. Przykładem tego jest pośmiertna dyskografia Franka Zappy, która regularnie poszerzana jest o nowe wydawnictwa, często bardzo wątpliwej jakości. Z dużym prawdopodobieństwem Hendrix również nie chciałby publikować niektórych nagrań wydanych do tej pory po jego śmierci, gdyż znajdują się wśród nich utwory nieudane, a nawet wyraźnie niedokończone czy wręcz stanowiące zalążki właściwych kompozycji (takie można usłyszeć np. na „Loose Ends” z 1974 roku).

Dopiero gdy zapoznałem się z tym materiałem, zrozumiałem, w jak wielkim byłem błędzie. Pod względem selekcji jest to wręcz jeden z najlepszych pośmiertnych albumów Hendrixa. Nie usłyszałem żadnych niewypałów, a na pewno nie ma tu jakichkolwiek szkiców ani niedopracowanych kompozycji. Dostajemy samo mięso i to takie z najwyższej półki, bo wykonanie jest perfekcyjne. Zresztą, nie mogło być inaczej. Hendrix na zawsze pozostanie Hendrixem i o spadku poniżej pewnego, bardzo wysokiego poziomu, po prostu nie może być mowy. Najlepiej wypada oczywiście w dłuższych, bardziej improwizowanych utworach (dla gitarzystów takiego formatu nie ma większego ograniczenia niż piosenkowe struktury), a także w tych, w których towarzyszy mu najlepsza sekcja rytmiczna, z jaką miał okazję grać, Billy Cox/Buddy Miles (muzycy, z którymi tworzył Band Of Gypsys). Ci muzycy dogadywali się z Hendrixem nawet lepiej niż Mitch Mitchell i Noel Redding z Experience, a ich funkowa, gęsta gra dawała mu jeszcze więcej możliwości. Dla jasności, osobiście lubię oba duety jednakowo, ale ten pierwszy jednak bardziej wpasowywał się w styl Hendrixa. Reddinga i Mitchella razem możemy usłyszeć w „Jungle” i „Hear My Train A Comin” – do drugiego z tych utworów podchodziłem najbardziej podejrzliwie, gdyż ukazał się już wcześniej wielokrotnie w różnych wersjach i nie mogłem uwierzyć, że znajdzie się kolejna, która byłaby równie porywająca. Jednak już pierwsze sekundy rozwiały moje wątpliwości, tak wspaniała kompozycja zawsze się obroni. Nieważne, w jak wielu postaciach się ukaże, ta melodia i gitarowe odloty zawsze będą robiły wrażenie (choć żadna wersja nie przebije tej z „Rainbow Bridge” z 1971 roku). Podobne odczucia miałem przy „Stepping Stone”, „Lover Man” i „Power Of Soul” – wszystkie ukazały się już niezliczoną ilość razy. Ewidentnie są tu tylko po to, by zapchać album, wciąż jednak słucha mi się ich tak dobrze, że nie jestem w stanie się o to czepiać. Nie zmienia to faktu, że album nic by nie stracił na ich braku – wszystkie są dostępne w wielu lepszych wersjach.

Pozostałe utwory także wypadają – co do jednego – bardzo dobrze. Cover „Mannish Boy” Muddy’ego Watersa z przytupem otwiera album, porywając skoczną, nieco funkową melodią. „Jungle” z kolei przynosi chwilę wytchnienia od hendrixowskich szaleństw – to po prostu krótki i przyjemny funkowy instrumental z wyjątkowo czystymi i stonowanymi partiami Hendrixa. Nie wiem dlaczego, ale kojarzy mi się trochę z serialem „Starsky & Hutch” i innymi produkcjami w tym klimacie, co z mojej perspektywy jest tylko kolejną zaletą. „Sweet Angel” fajnie łączy typowy dla Hendrixa gitarowy brud z delikatnym brzmieniem wibrafonu, choć przy bardziej psychodelicznym brzmieniu efekt byłby jeszcze lepszy. „Send My Love To Linda” wypada najzwyczajniej z całego zestawu (co w tym przypadku wciąż oznacza wysoki poziom), ale bardzo podobała mi się jego pierwsza część, w której Hendrix pośpiewuje sobie przy akompaniamencie latynoskiej melodyjki. Jest to zagrane z takim luzem, że aż przyjemnie się tego słucha. „Cheroke Mist” jest równie świetnym końcem albumu, co „Mannish Boy” początkiem – to fantastyczny utwór utrzymany w psychodelicznym nastroju. Hendrix mniej skupia się tu na prezentowaniu swoich umiejętności, a bardziej na budowaniu klimatu, podkreślanego przez brzmienie sitaru (ten instrument nigdy mi się nie znudzi). Sekcja rytmiczna doskonale zrozumiała jego zamysł, dzięki czemu każdy dźwięk basu i perkusji idealnie tu pasuje. To zresztą jeden z moich dwóch faworytów z tego albumu.

Pewnym urozmaiceniem są utwory z udziałem gości. W dwóch kawałkach, „Woodstock” autorstwa Joni Mitchell i „$20 Fine”, w charakterze organisty i wokalisty wystąpił Steven Stills. Z dwojga zdecydowanie lepiej wypada ten pierwszy (mimo skromniejszego instrumentarium – organy, bas i perkusja) dzięki bardziej wyrazistej melodii, ale i drugi jest na tyle dobry, by zasłużyć na swoje miejsce na albumie Hendrixa. Obu mocno udziela się klimat folk-rockowej twórczości Stillsa, przez co brzmią wyjątkowo delikatnie. Dla fanów tego muzyka to prawdziwa gratka. W „Woodstock” dodatkowo usłyszymy pianino Duene’a Hitchingsa. Z kolei w „Things I Used To Do” (cover Guitar Slima) zagrali gitarzysta Johnny Winter i perkusista Dallas Taylor (występował m.in. z Crosby, Stills and Nash). To właściwie stereotypowy, dwunastotaktowy blues ze wszystkimi jego cechami. Osoby nielubiące takiej archetypicznej odmiany gatunku mogą być spokojne – rockowa energia i wspaniałe solówki Hendrixa zdecydowanie wynoszą kawałek poza ten schemat. W „Georgia Blues” (wspaniały, niespieszny utwór, którego przynależność gatunkową trafnie wskazuje tytuł) Jimiemu towarzyszą organista John Winfield, basista Hank Henderson, perkusista Jimmy Mayes i Lonnie Youngblood, który nie tylko fantastycznie zaśpiewał ten kawałek, ale także zagrał pod koniec bardzo udaną solówkę na saksofonie.

W przypadku „Both Sides Of The Sky” werdykt jest tylko formalnością. Tego albumu po prostu trzeba posłuchać. Wbrew możliwym obawom nie jest to zbiór popierdółek promowany nazwiskiem legendy, ale kawał porządnego materiału, który faktycznie wzbogaca pośmiertną dyskografię Hendrixa. Jego wartość jest tym większa, że ukazał się w czasach bardzo nieciekawych dla muzyki. Tak dobrych albumów rockowych w ciągu ostatnich 20 lat ukazało się bardzo niewiele. Smutne to, ale prawdziwe, że muzyk zmarły niemal pół wieku temu wciąż ma więcej do zaoferowania, niż większość wykonawców tworzących w dzisiejszych czasach.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *