Recenzja

Tygrys ze słabymi pazurami

Przy okazji premiery „Year Of The Tiger” złamałem swoją zasadę, w myśl której nie sprawdzam utworów promujących dane wydawnictwo przed zapoznaniem się z nim w pełnej okazałości. Obiektywnie może wydawać się to niezbyt sensownym podejściem, wynika jednak z mojego stosunku do albumów, które traktuję przede wszystkim jako zamknięte całości, a nie zbiory pojedynczych utworów, pozlepianych w jeden zestaw. Jednak solowy debiut Kennedy’ego to wyjątkowy przypadek. Bardzo chciałem poznać ten album – choćby z czystej ciekawości – ale potrzebowałem do tego zachęty w postaci jakiegokolwiek utworu na znośnym poziomie. Nazwisko tego muzyka nie wywołuje u mnie bowiem, delikatnie mówiąc, dobrych skojarzeń.

Ta niechęć wynika przede wszystkim z dwóch powodów. Pierwszym jest muzyczna przeszłość Kennedy’ego. Do tej pory zajmował się przede wszystkim wyciem do mikrofonu na przepchanych albumach Slasha (i jego trasach koncertowych), a także wyciem i graniem na gitarze w Alter Bridge – kiepskim zespole post-grunge’owym, grającym toporny hard rock lub popowe piosenki z nieprzekonującymi melodiami (są za to okraszone ciężkim brzmieniem, by nie wydawały się zbyt popowe). Drugim powodem jest śpiew Kennedy’ego. Mówiąc wprost, jest on na górze listy najbardziej nielubianych przeze mnie wokalistów. Nie wynika to z odgórnego uprzedzenia do piosenkarzy o wysokim głosie. Bardzo lubię śpiew Jona Andersona (który śpiewa kontratenorem, a stąd blisko do falsetu), zaś Bruce Dickinson, Rob Halford, Ian Gillan czy Robert Plant to wręcz ścisła czołówka moich ulubionych śpiewaków. Wszyscy wymienieni panowie mają jednak coś, czego Kennedy’emu brakuje – ciekawe barwy głosu i odpowiednie umiejętności w ich eksponowaniu. Myles natomiast przez większość czasu po prostu się wydziera bez choćby odrobiny luzu czy subtelności. Wspominam o tym dlatego, że na „Year Of The Tiger” niewiele się w tej kwestii zmieniło i to jeden z moich głównych zarzutów wobec tego albumu.

Warto też zaznaczyć (choć spora część zainteresowanych pewnie już to wie), że osoby oczekujące kolejnego krążka Alter Bridge wydanego pod innym szyldem, nie mają tu czego szukać. Kennedy przy okazji pracy nad solowym albumem postanowił podążyć w kierunku muzyki, z jaką dotychczas raczej nie był kojarzony – mieszanki folku, americany i bluesa (z przewagą tego pierwszego). Niemal identycznie po rozpadzie Soundgarden postąpił kiedyś Chris Cornell. Czuję się głupio, stosując to porównanie (Cornell był znacznie lepszym kompozytorem od Kennedy’ego, o wokalu nie wspominając), ale najlepiej według mnie oddaje istotę sprawy. Taka zmiana stylistyki może wzbudzać mieszane reakcje, choć mnie akurat ucieszyła. Gdyby Kennedy nagrał kolejny album z taką muzyką, jaką tworzył do tej pory, z pewnością bym po niego nie sięgnął.

Tak jak wspomniałem, swoje 50 minut z tym albumem rozpocząłem, znając dwa utwory, które można było usłyszeć już wcześniej (było ich więcej, ale uznałem, że tyle wystarczy). Pierwszym był kawałek tytułowy, całkiem chwytliwy i interesujący melodyjnie, z fajnie przeplatającymi się partiami gitary akustycznej i mandoliny. Wrażenie psuje – a jakże – nieznośny, wysoki śpiew. Przy pierwszym podejściu nie jest jeszcze tak irytujący, ale do posłuchania tego drugi czy trzeci raz trudno mi się było zmusić. A przecież dobre utwory przy każdym kolejnym przesłuchaniu powinny coraz bardziej zyskiwać. Nie było to jednak na tyle nieprzyjemne doznanie, bym całkiem się zniechęcił. Do tego, by jednak dać szansę temu albumowi, ostatecznie przekonał mnie drugi z utworów, które wybrałem sobie na zapowiedź. Sentymentalna ballada „Love Can Only Heal” jest… najbardziej udanym kawałkiem na całym „Year Of The Tiger”, a według mnie wręcz najlepszą rzeczą, jaką Kennedy kiedykolwiek stworzył. Wszystko tu jest na swoim miejscu – piękna melodia, sprawne przeplatanie spokojnych fragmentów z mocnymi, patos i pretensjonalność ograniczone do minimum. Pod koniec rozbrzmiewa nawet świetna solówka, jakiej bym się za nic tu nie spodziewał. A partia wokalna to już absolutny szczyt możliwości Kennedy’ego i dowód na to, że jak chce, to potrafi spuścić z tonu i porządnie zaśpiewać. Dopóki nie usłyszałem tego utworu, byłem przekonany, że ten muzyk po prostu fizycznie nie jest w stanie wydobywać z siebie innych dźwięków niż piski i jęki. „Love Can Only Heal” przekonał mnie, że jednak byłem w błędzie i tym bardziej zachodzę teraz w głowę, dlaczego nie śpiewał zawsze w taki sposób.

Niestety, utwór który dał mi wielkie nadzieje, wraz z odsłuchem całości przyniósł równie duże rozczarowanie, gdyż nie uświadczyłem już wielu fragmentów choć w połowie tak dobrych, jak ten. Przyjemne piosenki przeplatają się z nudnymi, przesłodzonymi lub przesiąkniętymi koszmarnym patosem. W kategorii tych ostatnich wygrywa „The Great Beyond”, który łączy w sobie kiczowate partie melotronu i gitar, pseudo-orkiestralny klimat i okropny wokal. Kennedy próbuje brzmieć bardzo podniośle, ale – jak zwykle – kompletnie mu to nie wychodzi. Zwłaszcza, że jego śpiew momentami zahacza o banał i wywołuje raczej skojarzenia z Nickelback, niż z czymkolwiek podniosłym czy ambitnym. „Ghost Of Shangri La” i „Nothing But A Name” jest tak nudne, że mogłyby służyć jako lekarstwo na bezsenność, gdyby nie Kennedy i jego niezawodny wrzask, dzięki któremu znudzenie szybko zamienia się w maksymalną irytację. Tło melotronu – użyte równie nieudolnie, co w „The Great Beyond” – w pierwszym z nich tylko pogarsza sprawę. „Mother” to z kolei idealny przykład tego, jak nigdy nie miksować utworów. Wszystkie instrumenty zlewają się w jedną, głośną, nieznośną ścianę dźwięku, której po prostu nie da się słuchać, zwłaszcza w połączeniu z piskami Mylesa, które tutaj momentami osiągają masę krytyczną. „Songbird” i „One Fine Day” to już zwyczajne zapychacze, pozbawione wyraźnych melodii i nic niewnoszące do całości (oba są utrzymane w klimacie utworu tytułowego). Umieszczenie ich zaraz po „Love Can Only Heal” tylko to wszystko podkreśla.

Na obecności tak wielu złych utworów cierpią, niestety, te lepsze. „Lepsze” nie zawsze znaczy „dobre”, ale na tyle przyjemne, by można było odetchnąć z ulgą po usłyszeniu wspomnianych wyżej koszmarków. „Blind Faith” i „Haunted By Design” sięgają do
country-rocka, który bardzo lubię. Pewnie dlatego dobrze mi się ich słuchało, mimo że mają dość banalne melodie. „Devil On The Wall” i „Turning Stones” stawiam zaraz po „Love Can Only Heal” – skoczne, bardzo melodyjne, zagrane na wielkim luzie. Krótko mówiąc, folk rock wykonany po bożemu. Taka muzyka mogłaby mnie może nawet porwać do tańca, gdyby nie to, że nie tańczę nigdy, nigdzie i do niczego.

Muszę przyznać, że „Year Of The Tiger” mocno namieszał mi w głowie. Gdybym wystawiał oceny liczbowe, to w tym przypadku wyznaczenie właściwej noty zajęłoby mi więcej czasu, niż napisanie tekstu. Z jednej strony to mimo wszystko dość toporny album folk-rockowy, w którym stosunek utworów udanych do nieudanych wynosi 50:50 (co nie jest dobrym wynikiem), z drugiej zaś  jest to najlepsza – do tej pory – płyta nagrana z udziałem Mylesa Kennedy’ego (choć wielu pewnie się z tym nie zgodzi).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *