Recenzja

Bardzo wszechstronny artysta, niezbyt wszechstronny album [Recenzja]

Jeden z największych rockowych bardów wciąż jest również jednym z najbardziej pracowitych. Jednak to, co obecnie tworzy, niewiele ma z folkiem wspólnego. Zamiast tego postanowił cofnąć się do swoich korzeni i to z bardzo dobrym skutkiem.

Van Morrison to prawdziwy człowiek-instytucja, na równi z Bobem Dylanem czy Neilem Youngiem. Mimo ponad 70 lat na karku wciąż regularnie nagrywa i koncertuje. W 2017 roku ukazały się aż dwa jego albumy: „Roll With The Punches”, zawierający covery starych standardów (głównie bluesowych i rhythm and bluesowych) i kompozycje Morrisona, oraz „Versatile”, na którym muzyk także zaprezentował wykonania cudzych jak i własnych utworów, tyle że jazzowych. Jakby tego było mało, na 27 kwietnia został zapowiedziany kolejny jego krążek. Warto z tej okazji przyjrzeć się „Versatile”, gdyż nadchodzący „You’re Driving Me Crazy” będzie zawierał bardzo podobny materiał.

Muzyka na ostatnim jak do tej pory albumie Morrisona to głównie rozrywkowy jazz wokalny, który szczyt swojej popularności miał ponad pół wieku temu, przed rewolucją jazzową dokonaną przez Milesa Davisa. Czy to źle? Dla mnie absolutnie nie. Momentami można wręcz poczuć się, jak by było się w latach 40. lub 50., w jazzowym klubie lub na eleganckim przyjęciu. Zwłaszcza, że słuchanie tego sprawia naprawdę dużą frajdę (choć na drodze stoją pewne czynniki, o których zaraz wspomnę). Nie ma tu żadnej wirtuozerii, jest za to szczera radość, słyszalna zwłaszcza w głosie Morrisona. Osobiście bardzo lubię jego wokal, a w obecnym wydaniu podoba mi się nawet bardziej niż w starym. Nie ma już wprawdzie tak charakterystycznej maniery i barwy głosu jak kiedyś, za to jego śpiew nabrał szlachetności i dostojności. Przy tym wciąż – jakimś cudem – jest niepowtarzalny i rozpoznawalny od pierwszej chwili. Może niekoniecznie pasuje on do takiej muzyki, jednak według mnie wokalista poradził sobie najlepiej, jak mógł.

Trzeba od razu powiedzieć, że jest to bardzo bezpieczny album. Tutejsze wykonania jazzowych standardów nie wprowadzają wiele nowego do ich dotychczasowych wersji. Jeśli już muzycy z czymś kombinują, to z tempem, trudno to jednak uznać za jakąkolwiek istotną zmianę (zwłaszcza że większość tych utworów ukazała się już w niezliczonych wersjach). Są oczywiście jakieś niuanse – solówki brzmią nieco inaczej, partie są grane na innych tonacjach (a i to nie zawsze), ogółem jednak, różnic zbyt wielkich nie ma. Wolałbym jednak, by muzycy zaprezentowali nieco większy wkład własny i spróbowali wycisnąć coś więcej z tych kompozycji, ale biorąc pod uwagę to, o czym wspomniałem wcześniej, nie mam co na to narzekać.

Album ma niestety inną poważną wadę, jaką jest długość (od wielu dekad jest to już regułą) – trwa ponad godzinę i według mnie nie ma możliwości, by w pewnym momencie słuchania choć trochę się nie znudzić. Zwłaszcza że jest to bardzo jednorodny materiał. Kolejne kawałki są to siebie bardzo podobne, i o ile w umiarze jest to do przyjęcia, tak tutaj jest tego za dużo. Już same covery to 41 minut muzyki, a do tego Morrison dołożył jeszcze kilka własnych kompozycji. Jak by tego było mało, cztery z nich to utwory już wcześniej wydane, tutaj zaprezentowane tylko w innych aranżacjach. Rzadko kiedy taki zabieg ma jakikolwiek sens. „Start All Over Again” w tej wersji jest właściwie taki sam jak pierwowzór, tyle że wolniejszy i ma bardziej tradycyjne brzmienie (to jednak za mało). Jeszcze gorzej wyszło z „Only A Dream”. Już w oryginale była to nieco banalna, siląca się na przebojowość piosenka, a tutaj nabrała jeszcze wesołkowatego klimatu, który sprawia wrażenie wymuszonego. Na dodatek Morrison jęczy zamiast śpiewać i to tak, jakby miał zaraz zaniemówić. Również „I Forgot That Love Existed” niekoniecznie był tu potrzebny, choć ta kompozycja ma na tyle dobrą melodię, że w nowej wersji też jest w stanie się obronić. Nie ma natomiast zarzutów wobec „Affirmation” (wcześniej wydanego jako „Sax Instrumental No. 1), bo to najlepszy fragment longplaya – piękne, subtelne partie saksofonu przeplatają się z równie urzekającym brzmieniem fletu, wprowadzającym sielski klimat. Nie tylko jest to udane urozmaicenie albumu, ale też zgrabnie nawiązuje do słynnego „Astral Weeks”. Osobiście nie mogę się pozbyć wrażenia, że ten utwór oparty jest na tak samo zatytułowanej kompozycji José Feliciana z 1975 roku, jednak na „Versatile” jest podpisany nazwiskiem Morrisona. Miejmy nadzieję, że nie postanowił on wziąć przykładu z Led Zeppelin.

Pozostałe utwory trzymają bardzo równy poziom (w domyśle, powyżej przeciętnej). Na plus wyróżniają się jedynie „Broken Record” i „Take It Easy Baby” (dwie nowe kompozycje Morrisona, które, o dziwo, najsilniej przywołują klimat starego klubu jazzowego), na minus zaś smętliwy „Unchained Melody”, który swoim ckliwym nastrojem psuje klimat albumu. To też drugi utwór, w którym Morrison nie popisał się wokalnie – brzmi tu,  jakby występował na castingu do kiepskiego musicalu. Na szczęście w pozostałych utworach wypada świetnie. Momentami aż trudno uwierzyć, że facet ma już 72 lata. Jego głos ma oczywiście pewne techniczne niedociągnięcia, nadrabia to jednak zaangażowaniem. Słychać, że taką właśnie muzykę chce teraz wykonywać i sprawia mu to po prostu frajdę.

Bardzo przyjemny i szczery do bólu album, mający jednak duży mankament. Szkoda, że Morrison nie ograniczył się nagrania coverów w nieco mniejszej liczbie i góra trzech własnych utworów („Broken Record” „Take It Easy Baby” i „Affirmation”). Wyszłaby płyta krótsza, ale sensowniejsza. Niestety, wszystko wskazuje na to, że „You’re Driving Me Crazy” powtórzy te błędy. Nie tylko będzie to album jeszcze dłuższy, ale też zawierający więcej nagranych na nowo utworów wokalisty. Czy efekt będzie lepszy, czy gorszy niż w tym przypadku, przekonamy się za parę tygodni.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *