Od premiery „Lost On The Road To Eternity” minęło już trochę czasu. Do tej pory nie czułem się zbytnio zachęcony do przesłuchania tego albumu. Magnum zawsze jawił mi się jako średni zespół, grający lekką, bardzo schematyczną, odmianę hard rocka, o której trudno powiedzieć cokolwiek konkretnego, i cierpiący przy tym na duże kłopoty z tworzeniem dobrych melodii. Jednak przychylne recenzje obudziły moją ciekawość i sięgnąłem po nowe dzieło Magnum. I choć wiele z moich obaw się potwierdziło, to jest to lepszy album niż się spodziewałem.

Trochę zdziwiło mnie, że w niektórych recenzjach tej płyty pojawiają się wzmianki o naleciałościach prog-rockowych. Nie tylko dlatego, że moim zdaniem nie ma ona z tym gatunkiem praktycznie nic wspólnego, nawet z jego wypaczoną, współczesną formą, ale też sami muzycy nawet nie próbowali udawać, że chcieli nagrać coś takiego (i bardzo dobrze). Najwięcej wspólnego z rockiem progresywnym ma całkiem niezła okładka, przywołująca na myśl grafiki z wczesnych albumów Genesis. Fakt, są tu dwa nad wyraz rozwleczone utwory – „Welcome To The Cosmic Cabaret” i „King Of The World”. Drugi z nich faktycznie jest podrasowany sporą dawką patosu (pod którą kryje się nudna, toporna melodia), ale pierwszy to już po prostu sztucznie rozciągnięty rock z bardzo wymęczonym śpiewem. Swoją drogą, o ile „King…” to zwyczajny zapychacz do i tak przydługiego albumu, tak „Welcome…” miał lekki, choć zmarnowany potencjał. Spokojne fragmenty mogłyby być bazą pod fajny, soft-rockowy utwór w stylu Genesis z Phillem Collinsem na wokalu, natomiast kompletnie się nie kleją z taką ciągnącą się w nieskończoność kompozycją.

Pozostałe utwory nie są już aż tak wydumane. Niektóre zawierają nieco wyniosłe smaczki (np. w postaci orkiestracji), ale mimo to całość brzmi zaskakująco mało patetycznie. Zeszłoroczny „To The Bone” Stevena Wilsona, nawiązujący do popu z lat 80., jest bardziej pretensjonalny niż ten album. Bardziej rażący jest poziom co poniektórych kompozycji. Wśród 11 kawałków zaprezentowanych przez Magnum można znaleźć prawdziwe gnioty. Najgorszy jest popowy „Ya Wanna Be Someone” z niesamowicie banalnym śpiewem, któremu wtóruje jeszcze bardziej banalna melodia. Gospelowe zaśpiewy w refrenach tylko potęgują uczucie zażenowania. „Tell Me What You’ve Got To Say” podąża niestety w podobnym kierunku za sprawą równie irytującego śpiewu i partii klawiszy rodem z najbardziej kiczowatych utworów popowych lat 80. W zasadzie cały album przesiąka takim cukierkowym klimatem, jednak w pozostałych utworach nie jest on taż tak irytujący (o ile oczywiście nie jest się całkowicie nieodpornym na taką stylistykę).

Do tej pory wymieniałem tylko złe utwory, jednak album ma też niezłe momenty. Otwierający go „Peaches And Cream” zbudowany jest w dużej mierze na gitarowo-organowych unisonach, które przywołują skojarzenia z Deep Purple. To oczywiście, delikatnie mówiąc, nie ten poziom, ale nawiązanie jest całkiem zgrabne i przyjemne. „Storm Baby” niespodziewanie udanie łączy soft-rockowe, spokojne fragmenty z ciężkim riffem (kojarzącym się trochę z Black Sabbath, choć pod względem mocy nawet nie ma czego porównywać) i świetną gitarową solówką Jest też najlepiej zaśpiewany – do takiej muzyki właśnie najbardziej pasuje zachrypnięty głos Boba Catleya. „Without Love” to skoczny      pop-rockowy utwór, można powiedzieć „typowy singiel”. Nic dziwnego, że właśnie on promował wydawnictwo. Zwrotkę ma paskudną, ale refren jest tak chwytliwy, że spokojnie można rozpatrywać go w kategorii guilty pleasure (tak jest w moim przypadku). Solówka też jest niezła, choć rewelacji nie ma. Dużo lepiej pod względem partii gitarowych wypada nieco posępny „Forbidden Masquerade”. Pozostałe kompozycje plasują się między złymi a dobrymi. W utworze tytułowym pojawia się orkiestra, miała chyba służyć za nieinwazyjne tło. Jednak jak dla mnie to ona decyduje w dużej mierze o charakterze całości. Nie świadczy to dobrze o samym utworze – gdyby wyciąć z niego partie smyczków, otrzymalibyśmy kilka minut grania pozbawionych jakiejkolwiek melodii. „Glory To Ashes” ma obiecujący początek (dobry motyw gitarowy), ale jest zbyt jednostajny, by nie zanudzić na śmierć w trzeciej minucie. Na ten sam kłopot cierpi „Show Me Your Me Hands”, który dodatkowo jest maksymalnie przesłodzony.

Z reguły w przypadku starych zespołów jestem zdania, że swoje lata świetności mają już dawno za sobą. W tym przypadku jest odwrotnie – nowsza twórczość Magnum jest zdecydowanie bardziej warta polecenia, niż ta z lat 70. i 80. Nie znaczy to, że „Lost On The Road To Eternity” jest dobrym albumem – osobiście uważam go co najwyżej za średni. Jednak z racji tego, że w jakimś stopniu pozytywnie mnie zaskoczył, uważam że warto o nim przynajmniej wspomnieć. Zwłaszcza że dla fanów tzw. hair metalu może być naprawdę atrakcyjny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *