Recenzja

Sielsko, swojsko, poetycko [Recenzja]

Country + poezja – nie brzmi to jak najlepsze połączenie. Jak się jednak okazało, da się, choć efekt mógłby być lepszy.

Jest być może sporo osób, które nie lubią twórczości Johnny’ego Casha, ale na pewno mało jest takich, które nigdy o nim nie słyszały. Cash wciąż jest jednym z bardziej znanych muzyków w historii. Celowo piszę „jest”, a nie „był”, bo pomimo, że nie żyje od wielu lat, to pamięć o nim wciąż jest żywa – nie tylko dzięki jego charakterystycznej muzyce i jedynemu w swoim rodzaju śpiewowi, ale też mnogiej liczbie wydawnictw, które ukazały się już po jego śmierci.  Początkowo myślałem, że „Johnny Cash: Forever Words” będzie kolejną płytą tego typu. Jest to jednak tzw. tribute album, czyli album wydany w hołdzie konkretnemu zespołowi lub wykonawcy, w tym przypadku, oczywiście, Cashowi.   Tego typu wydawnictwa z reguły są kompilacjami utworów danego artysty, zagranych przez różnych muzyków. „Forever Words” jest jednak albumem innego typu – zawiera muzykę skomponowaną specjalnie do wierszy Casha, których napisał naprawdę dużo.

Jest to więc nowy materiał, co tylko podnosi jego wartość. Do tej pory słyszałem tylko jeden taki album – „American Prayer” The Doors, z utworami nagranymi przez członków zespołu jako akompaniament do poezji nieżyjącego już wtedy Jima Morrisona. Było to jednak dzieło wyjątkowo nieudane. Producent Doorsów, Paul Rotchild, określił tę płytę mianem „gwałtu na Jimie Morrisonie”. Żadne lepsze określenie nie przychodzi mi do głowy, a ostrzejszego nie chcę używać. Tym chętniej sięgnąłem po „Forever Words” i tym bardziej byłem zadowolony, że spełnił moje oczekiwania.

Największe nadzieje wiązałem z trzema nazwiskami – Chrisem Cornellem, Elvisem Costello i Williem Nelsonem. Szczególnie liczyłem na tego ostatniego – hołd dla muzyka country i Nelson to przecież naturalne połączenie. Niestety, zaznaczył on swoją obecność tylko w 47-sekundowym „Forever/I Still Miss Someone”, służącym za wstęp do albumu. Nie słychać tu nawet jego głosu, ogranicza się jedynie do skromnego akompaniamentu dla Krisa Kristoffersona recytującego jeden z wierszy Casha. Jeszcze bardziej rozczarował mnie Costello, wykonujący „I’ll Still Love You”. Pal licho fatalny śpiew – Costello nigdy nie był dobrym wokalistą, a upływ czasu z pewnością w tym nie pomaga. Rozczarowaniem jest sama muzyka. Costello wielokrotnie udowodnił, że potrafi pisać świetne utwory, tu natomiast zaproponował banalną melodyjkę na fortepianie, do której po chwili dołącza wyjątkowo irytujące brzmienie trąbki. Całość nie trwa nawet trzy minuty, a mimo to trudno jest przesłuchać to do końca. Z kolei „You Never Knew My Mind” w wykonaniu śp. Chrisa Cornella to jeden z najlepszych fragmentów. Fantastycznie zaśpiewany (w tym przypadku nie mogło być inaczej), bardzo melodyjny, przywołujący nieco klimat pierwszego i czwartego albumu solowego nieżyjącego wokalisty Soundgarden. Nie przeszkadzały mi nawet kobiece chórki, które idealnie się tu wpasowały. Fakt, że niewiele ma to wspólnego z country, ale może i dobrze, że Cornell nie próbował kombinować w tym kierunku. Zawsze lepiej jest posłuchać czegoś granego od serca, zwłaszcza gdy nie psuje to spójności albumu.

To, że zacząłem od najpopularniejszych muzyków nie znaczy, że tylko oni mieli coś do zaoferowania. Przeciwnie, „Forever Words” to spora porcja bardzo przyjemnej muzyki. Nie jest to też album tak jednostajny, jak mogłoby się wydawać, zwłaszcza że tylko (większa) część utworów mniej lub bardziej czerpie z muzyki country. A i tę usłyszymy w różnych odmianach. I tak „Gold All Over the Ground” czy fantastyczny melodyjnie „Jellico Coal Man” reprezentują country rock ze stajni Neila Younga. „To June This Morning” za sprawą uroczej melodii gitary akustycznej i mandoliny oraz świetnie zharmonizowanych partii wokalnych kojarzy się z twórczością duetu Simon & Gurfunkel (który czasem do country nawiązywał). Natomiast „He Bore It All” to już ta najbardziej „wiejska” odmiana country, ze skoczną, pstrokatą melodyjką i jarmarcznymi zaśpiewami. Staram się unikać takiej muzyki, ale przyznaję, ma ona swój urok, a jeden taki utwór to miły dodatek do albumu (dobrze, że muzycy nie zaczęli jodłować, bo wtedy musiałbym go znienawidzić). Na wyróżnienie zasługuje „Chinky Pin Hill” z bardzo chwytliwym wokalem oraz świetną współpracą mandoliny i skrzypiec. Dużo tu również spokojnych ballad z kobiecymi wokalami (w jednej z nich, „The Walking Wounded”, bardzo subtelnie śpiewa córka Casha, Rosanne), z których tylko „Body On Body” jest wyraźnie słabsza ze względu na infantylny śpiew Jewel. Kompletnym nieporozumieniem jest natomiast „Goin’, Goin’, Gone”, który w zasadzie jest kawałkiem R&B. Nie tylko sam w sobie jest słaby (wyróżnia się jedynie chwytliwy, choć banalny refren), ale też psuje spójność albumu. Szkoda, że ktoś pozwolił, by trafił na ten album, gdyż kompletnie tu nie pasuje.

Osobom, które nie lubią country, raczej bym tej płyty nie polecił, bo mimo wszystko jest tu tego sporo. Spokojnie można jednak po nią sięgnąć, zwłaszcza w spokojny, ciepły wieczór przy kominku. Nie jest to wprawdzie materiał na album rocku, ale też głupotą byłoby czegoś takiego oczekiwać. To udana płyta, z szacunkiem hołdująca jednemu z tych muzyków, którzy udowodnili, że country może być czymś więcej niż zbiorem pioseneczek z prowincji. I choćby dlatego jest warta uwagi.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *