Recenzja

Wojna bez skrupułów? ,,Avengers: Infinity War”

Cisza, pomimo sporej grupy osób na sali kinowej, całkowita cisza. Zbiorowe milczenie jakie ogarnęło widzów po seansie ,,Avengers: Infinity War’’, czy jak kto woli ,,Avengers: Wojna bez granic”, była wręcz paraliżująca. Jednak czy wynika ona z zakończenia filmu, niedosytu fabularnego czy może z poziomu samej produkcji? Zaraz postaram się to rozwikłać.

Marvel mówi ,,Sprawdzam!’’

Powiedzmy sobie szczerze, że bez obejrzenia choć połowy dotychczasowych ekranizacji Marvela nie ma sensu podchodzić do nowych Avengersów. Film jest swoistego rodzaju sprawdzianem z wiedzy o całej serii i raczej nie polecam ściągania czy nauki po łebkach bo po pierwsze odbierze to sens całemu seansowi, a po drugie bohaterów jest zbyt wielu żeby na szybko zapoznać się z ich historią. W takich przypadkach atmosfera pęknie jak bańka mydlana,i wątpię czy na sali kinowej mile widziany byłby bez przerwy świecący ekran telefonu. Więc jako zadanie domowe zadaję obejrzenie poprzednich produkcji, aby z czystym sumieniem i wiedzą zasiadać do Infinity War.

Niemożliwe, a jednak…

Przejdźmy jednak do konkretów. Film rozpoczyna się dość mroczną sekwencją na statku ocalałych Asgardczyków (odniesienie do końcówki ,,Thor: Ragnarok”). Biorąc pod uwagę rozwój fabuły, proponuję sobie wyobrazić wykres. Początek filmu to start wykresu ostro w górę, niestety dalej, przy zawiązywaniu akcji i relacji między bohaterami mamy lekkie turbulencje, z których jednak wychodzimy, by wpaść w zakończenie, a jednocześnie polecieć w dół wykresu na łeb na szyję. Szok i niedowierzanie! A jednak to wszystko prawda.

Sto jeden superbohaterów

Co do liczby bohaterów, nie jest ona według mnie tak przytłaczająca, na jaką mogła się zapowiadać. Lecz czy producenci podczas kręcenia filmu kierowali się mottem ,,każdemu według jego umiejętności’’? Sądzę, że jest to bardzo możliwe. ponieważ im mniej utalentowany bohater/ka, tym mniej czasu mu poświęcam, bądź robimy z niego łącznik między dwoma ważniejszymi postaciami. Tak jest między innymi z postacią Winter Soldiera, który stanowi więź  między Capitanem Americą, a Czarną Panterą. Wiadomo do czego jest zdolny WS, jednak na ekranie pojawia się kilka razy, głównie strzelając do wroga i rzucając prostymi zabawnymi uwagami. Jednak ostatecznie duża ilość bohaterów nie stanowi problemu dla tej produkcji. Każdy z nich ma swoje kilka groszy w fabule, nawet jeśli monety są rzucane na stół bardzo szybko, a sam bohater nagle znika.

Technologiczne postępy

Z technicznego punktu widzenia w oczy rzuciły mi się i przeszkadzały dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest niedokładne lub też niedbałe tłumaczenie. Jeśli na takie rzeczy oko mogę przymykać, choć niechętnie, w wersjach z lektorem, tak odbieganie od oryginału w napisach potrafi bardzo zdenerwować i przeszkodzić w samym oglądaniu. Drugą rzeczą, która zdecydowanie mi się nie podobała to niewystarczająca ilość światła w dwóch scenach. Biorąc pod uwagę to, że widz zazwyczaj lubi dobre sceny walk, tak tu dostaje albo ciemny ekran, albo rozbłyski bieli jako efektów. Ciemno, jasno, ciemno, jasno i tak cały czas. Źrenica nie ma czasu się dostosować. Ale to tylko moje spostrzeżenie, jednak jeśli mieliście tak samo, szczerze Wam współczuję.

Fabularny zawał

Jednak pomimo, że staram się za bardzo nie zdradzać fabuły to, jako swój obowiązek czuję, że powinnam powiedzieć nieco więcej. Ostrzegam więc, że po wyjściu z kina Wasze delikatne fanowskie serca mogą krwawić. Zakończenie filmu jest jak najbardziej niespodziewane, a czarny ekran przychodzi po prostu za szybko, tak że człowiek liczy na to, że wciąż coś jeszcze  może się zmienić. W kilku momentach widać również bardzo podobne zabiegi fabularne, które mi podczas seansu specjalnie nie przeszkadzały, ale analizując je już po wszystkim można dojść do wniosku, że są po prostu schematyczne i nie wnoszą nic nowego, a szkoda, bardzo szkoda.

Marvel forever!

Nowa produkcja Marvela na tle wcześniejszych wypada przyzwoicie, a może nawet ciut lepiej. Jednak sądzę, że sam film może poróżnić widownię. Dla niektórych będzie to objawienie, które łączy w sobie wszystko, co w Marvelu najlepsze, a z drugiej strony na pewno pojawią się sceptycy, dla których na przykład będzie za dużo tego czy tamtego i spiszą ten film na straty. Jednak ja już dziś czuję, że pomimo skrajnie różnych emocji, jakich doznałam podczas seansu, do filmu będę wracać dość często, albo jeszcze częściej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jestem specjalistką ds. nekrologów. Pasjonuje się też kinem, serialami oraz literaturą. Zazwyczaj swoje teksty piszę przy akompaniamencie ulubionych zespołów, lecz w skrajnych przypadkach przy ścieżce dźwiękowej do filmu Ogniem i mieczem.