Recenzja

Stary, szalony Irlandczyk

Van Morrison wyraźnie nie ma zamiaru dać odetchnąć swoim fanom. Niecałe 5 miesięcy po premierze „Versalite” ukazał się kolejny jego album. „You’re Driving Me Crazy” ma zresztą bardzo podobny układ, co jego poprzednik – covery kilku standardów jazzowych oraz utwory Morrisona. Tym razem jednak wokalista nie zaproponował żadnych nowych kompozycji, a jedynie nagrane na nowo utwory z różnych okresów jego działalności. I nie muszę chyba dodawać, że po raz kolejny przesadził – zamieścił na albumie aż 8 takich utworów, co stanowi ponad połowę całej płyty (w odniesieniu zarówno do jej długości jak i liczby ścieżek).

Mimo tej ogromnej wady, muszę przyznać, że „You’re Driving Me Crazy” słuchało mi się nieco przyjemniej niż „Versatile”. Oba albumy mają świetny, bardzo luźny klimat, jednak na korzyść nowszego z nich przemawiają lepsze, mniej monotonne partie instrumentalne. Największą zasługę ma w tym Joey DeFrancesco (którego nazwisko widnieje obok Morrisona na okładce) – świetny klawiszowiec i trębacz, współpracujący między innymi z Miles Davisem czy Johnem McLaughlinem, czyli muzykami, których nazwiska podwajają, a wręcz potęgują, wartość każdego muzycznego CV. Jego gra na organach Hammonda i trąbce świetnie ubarwiają album (cieszyło mnie zwłaszcza brzmienie Hammondów, które uwielbiam) i dopiero po jego odsłuchaniu poczułem, jak bardzo brakowało kogoś takiego na „Versatile”. Reszta muzyków (Dan Wilson na gitarze, Michael Ode na perkusji i Troy Roberts na saksofonie) też poradzili sobie lepiej od ekipy, która towarzyszyła Morrisonowi wcześniej. Nie są to żadni geniusze, ale przecież tu nie potrzeba było wirtuozów, a ludzi, którzy po prostu poczują ten specyficzny klimat. Nie znaczy to rzecz jasna, że poprzedni album wokalisty stracił bardzo w moich oczach, nie zmieniłem też znacząco opinii o nim. Faktem jednak jest, że „You’re Driving Me Crazy” znacznie mniej mnie wynudził przez 71 minut, niż „Versatile” przez minut 68.

Niestety, Morrison swoimi decyzjami bardzo utrudnia wyciągnięcie z tego albumu wszystkiego co najlepsze. Nie mówię tu tylko o mnogości utworów, ale też ich niewłaściwym ułożeniu. Tak doświadczony muzyk powinien zdawać sobie sprawę, że umieszczenie na samym początku tak smętnego, powolnego utworu jak „Miss Otis Regrets” to nienajlepszy pomysł. Ten kawałek jest w zasadzie jednym z moich kandydatów do wywalenia, nie tylko ze względu na słabiutką melodię, ale też jęczący, mocno niedomagający wokal Morrisona (co na szczęście okazało się zmyłką, bo w większości pozostałych kawałków radzi sobie pod tym względem równie dobrze, co na „Versatile”). Fajne są tylko partie saksofonu i organów, tych jednak usłyszymy jeszcze aż nadto. Tym, którzy zechcą przesłuchać całość, osobiście polecam pominąć otwarcie i przejść od razu do energetycznego „Hold It Right There”, który znacznie lepiej zachęca do słuchania dalej. Równie niefortunne, ostatnie miejsce, dostało się instrumentalnemu „Celtic Swing” – umieszczanie jedynego pozbawionego wokalu utworu na samym końcu albumu to kompletny bezsens. Tym bardziej, że to jeden z fajniejszych fragmentów całości i jedyny, w którym Morrison nie jest bohaterem numer 1. Każdy z instrumentalistów (poza perkusistą, a trochę szkoda) dostaje tu chwilę dla siebie i dobrze ją wykorzystuje.

Co ciekawe, po raz kolejny najlepszym utworem na albumie jest jedna z dawnych kompozycji Morrisona. „Goldfish Bowl” o nieco bluesowym zabarwieniu naprawdę wciąga i porywa, mimo 7 minut trwania. Tutejsza wersja wypada nieco lepiej, niż ta wydana w 2003 roku, głównie ze względu na lepsze brzmienie i świetną gitarową solówkę (swoje „momenty” ma też DeFrancesco).  Wraz ze wspomnianym wcześniej „Celtic Swing” ten utwór w zasadzie mógłby wyczerpać w sensownym stopniu zakres odkopanych kompozycji Morrisona. Ewentualnie można by doliczyć jeszcze „Close Enough For Jazz”, który z krótkiego instrumentalnego utworu zmienił się w fajny jazzowy zaśpiew oraz o dziwo, „The Way Young Lovers Do”. Umieszczenie tu kawałka z fantastycznego „Astral Weeks” (być może z okazji zbliżającego się 50-lecia tego albumu) wydaje się być nieporozumieniem, ale przynajmniej w tym przypadku druga wersja znacząco różni się od pierwszej, świetnie też pasują tu organy. Pozostałe cztery utwory z tej ósemki („All Saints Day”, „Magic Time”, „Have I Told You Lately”, „Evening Shadows”) to już ewidentne zapychacze, praktycznie niczym nieróżniące się od oryginałów, może poza tempem.

Uważam, że Morrison podąża w bardzo dobrym kierunku, tworząc dokładnie to, na co ma ochotę, bez zbędnego kombinowania i oglądania się na czyjekolwiek oczekiwania. Wyraźnie jednak brakuje mu pomysłów na takie granie. Obecnie jest już na tym etapie, że z trzech jego albumów można by skroić materiał na jedno porządne wydawnictwo. Jeśli podejmie wyzwanie i zechce dobić swoją dyskografię do czterdziestki, powinien dać sobie więcej czasu, nim w ogóle zabierze się za nagrywanie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *