Recenzja

ruBryka filmowa #1: Maj (2018)

Maj to miesiąc będący prawdziwym koktajlem z przeróżnych uczuć. Zaraz na samym początku najstarsi licealiści musieli zmierzyć się z egzaminem dojrzałości. Internet zaczął więc kipieć w tym czasie od żartów i memów dedykowanych maturzystom przez studentów. Ci pierwsi nie pozostali dłużni akademickiej braci i gdy tylko zaczęli swoje najdłuższe wakacje w życiu, nie omieszkali wspomnieć o tym raz czy dwa, zaznaczając mimochodem, że co poniektórym zbliżają się inne (podobno trudniejsze) egzaminy. Jednym myśli zaczęły zaprzątać piętrzące się stosy notatek. Inni, wyznający bezstresowe podejście do życia, zaczęli snuć wakacyjne plany, ignorując niewygodny temat. Byli też tacy, którzy mieli w głębokim poważaniu jednych i drugich, bo sen z powiek spędzały im koszmarne alergie. Jednak nieważne, jak niekorzystnie mogłyby układać się wszelkie plany, maj to przede wszystkim miesiąc, w którym cieplejszy wiał wiatr i znów jakby ubyło nam lat. Kinowy repertuar zaś dbał, aby pozytywna atmosfera dominowała.

Sprzedam stare domostwo, wyjątkowa oferta

Horrory obrzydziły nam już niemal wszystko – kasety VHS, clowny, porcelanowe laleczki, plansze do gry czy nawet zwykłe i z pozoru niegroźne lustra… a i jeszcze oczywiście piły mechaniczne. Tak, piły mechaniczne też nie będą już nigdy takie same. Swój czar straciły przy tym również stare domostwa. Zamiast rozmyślać o historiach, których świadkami były podniszczone ściany oraz o duchach przeszłości ukrytych w starych meblach i obrazach na myśl przychodzą nam nieprzyjemni lokatorzy ukryci w głębokim cieniu tuż za rogiem. Nawet najbardziej strachliwym widzom przejeść się mogą w końcu skrzypiące deski, zamykające się z trzaskiem drzwi i stukające w przeciągu okna (o wyskakujących z ciemnych kątów kotach nie wspominając). Motyw nawiedzonych domostw, jak zresztą wszystko, po pewnym czasie może się znudzić. Naprzeciw panującej na rynku ofercie lokali w stylu vintage w tym samym czasie wyszły ku mojej uciesze, aż dwa tytuły.

Na pierwszy rzut oka podniszczony domek w małej miejscowości Ghostland zupełnie nie wpisuje się w mieszkaniowe gusta H.P. Lovecrafta. Dzięki staraniom głównej bohaterki Beth, jak i reżysera Pascala Laugier przepełnione antykami i rupieciami budynek stał się miejscem, na które Samotnik z Providence z całą pewnością spojrzałby łaskawym okiem. Historia, chociaż pozbawiona obślizgłych i przerośniętych stworów o twarzach przypominających kopulujące ośmiornice przybyłe z granic kosmosu, ma w sobie mnóstwo smaczków z lovecraftowskich opowiadań. Film lawiruje między teraźniejszością, koszmarami i wizjami fałszywej rzeczywistości. Młoda Beth, oddana fanka horrorów, wraz z siostrą i matką przeprowadzają się do domu ciotki, pełnego staroci i porcelanowych lalek. Niedługo po przekroczeniu progu nowe lokatorki zostają zaatakowane przez zdegenerowanych, niedorozwiniętych i niepokojąco nieludzkich napastników. Atak, który główna bohaterka ledwie przeżyła, pozostawia na jej psychice głęboki ślad. Widzowie zaś pozbawieni zostają właściwego punktu odniesienia, ze względu na wiszące w powietrzu, niemal do końca seansu, pytanie – co tak właściwie jest prawda, a co rojeniem chorego i zniszczonego umysłu. Część wydarzeń zostaje wyparta przez bohaterkę, pozostałe pozostają niejasne i trzymają w niepewności, każąc nam do końca spodziewać się, że jawa była tylko koszmarem… lub to koszmar był w tym najbardziej prawdziwy.

Ghostland 9/10

Zniszczone domostwo, jak dziesiątki innych do tej pory. Ponure jezioro, zaniedbany i pozbawiony najmniejszego śladu życia odpychający ogród. Niechęć mieszkańców okolicznej wioski i niemal szekspirowski romans w tle. Chodzące na pieska wychudzone straszydła i oczywiście na koniec rymowana kołysanka w niezwykle nieprzyjemnej aranżacji. Wszystkie powyższe objawy wskazują, że The Lodgers cierpi na przypadek chronicznej bylejakości i wirusowego odgapiania oklepanych pomysłów. Fakt, że mało kiedy jesteśmy straszeni, a o poczuciu większego zagrożenia możemy jedynie pomarzyć, nie poprawia sytuacji. Miałoby się ochotę na recepcie wystawić jak najszybsze zakończenie i ulokowanie pacjenta na liście „więcej nie mam ochoty do tego wracać”. Trzeba jednak zadać sobie pytanie: Czy rzeczywiście mieliśmy być straszeni? (no tak, a po co innego wybieram się do kina na horror?). Przeklęci stawiają widza w bardzo nietypowej dla gatunku roli. Staje się on jedynie obserwatorem zajęć z anatomii strachu. Po śmierci rodziców młode rodzeństwo zostaje samo w przykro wyglądającej i dotkliwie poszarpanej zębem czasu posiadłości. Jak przystało na obskurne domostwo w gotyckim aranżu, okazuje się, że nie mieszkają sami. Rachel i Edward nie mają co liczyć na pomoc egzorcystów, łowców czarownic czy pogromców duchów, pomocy tej właściwie nawet nie szukają. Żyją oni w ciągłym strachu i wyuczonym od dziecka posłuszeństwie. Wierzą, że ciążąca na ich rodzie od pokoleń klątwa ma nad nimi pełną władzę i determinuje każdy ich krok, nawet ten dotyczący ich seksualnej inicjacji (cisza, spokój, cały dom dla siebie i nikt nie odważyłby się przerywać – miałoby to swoje plusy, gdyby wybór partnerów był większy). Śpiewana przez nich kołysanka jest zaś łatwo przyswajalnym dla dzieci spisem obowiązujących w domostwie zasad.

Strach odciska się na ich psychice niezwykle mocno. Edward jest apatycznym i anemicznym wrakiem człowieka snującym się po korytarzach domostwa. Z obłąkańczym posłuszeństwem i oddaniem podporządkowuje się woli swoich przodków. Przeciwko niemu oraz klątwie stanąć próbuję jego siostra, w której tli się jedynie słabiutka iskierka nadziei.

Plusem Przeklętych jest nietypowe podejście do sprawy straszenia w horrorze (a wierzę, że było to w pełni świadome zagranie). To walka ze strachem i siłą wyższą ciemiężącą bohaterów jest głównym wątkiem filmu. Na wyniszczonych bohaterach powinniśmy się skupić. Mimo elementu paranormalnego oraz baśniowej otoczki niektórych scen filmowi z jego psychologicznymi analizami bohaterów bliżej jest do dramatu niż kina grozy. Chociaż może cieszyć oko przełamaniem pewnych stereotypów, pozostaje pytanie o słuszność tworzenia horroru, w którym emocje bohaterów nie udzielają się w najmniejszym stopniu widzom. Przyjemnie było jednak zobaczyć domek na obrzeżach z okolicą równie malowniczą, co poezja zranionego poety romantycznego cierpiącego w depresji, gdzie dla odmiany brzydkie twarze nie wyskakują po to, aby straszyć mnie.

The Lodgers: Przeklęci: 7,5/10

Wielka małpa wchodzi do baru…

Gdy w pierwszych scenach „Rampage: Dzika Furia” widzimy zmutowanego gigantycznego szczura dewastującego kosmiczną stację badawczą, nie pozostają nam już żadne wątpliwości co do tego, na jaki rodzaj filmu trafiliśmy. Nie ma się nawet temu, co dziwić, bo film ze zmodyfikowanymi zwierzętami w rozmiarze KingKongXL jest tym, czym w założeniu od początku miał być – średnio angażującą intelektualnie rozwałką, która niczym troskliwa matka z otwartymi ramionami przyjmie wszelkiego rodzaju absurdy, kiepskie żarty i motyw międzygatunkowej przyjaźni aż po grób.

Po tym, jak wspomniany wyżej gryzoń w końcu całkowicie niszczy stację, na ziemię spadają niezabezpieczone próbki nowej biologicznej broni. Jedna z nich trafia w łapy niezwykle inteligentnego goryla albinosa Georga. Nie do końca zidentyfikowany obiekt działa na naczelnego zupełnie jak zastrzyk sterydów. Zaczyna rosnąć w oczach, a na wszystko wokół zaczyna reagować nieuzasadnioną agresją. Zwierzęciu stara się w niedoli pomóc jego opiekun i przyjaciel Davis Okoye, równie mocno wypakowany prymatolog (zgadnijcie, kto występuje w tej roli!). Zadanie oczywiście nie jest łatwe, gdyż odpowiedzialna za wydarzenia korporacja zrobi wszystko, żeby odzyskać kontrolę nad eksperymentem. Wyrośnięte bestie, nie przejmując się niczym, mkną do najbliższego miasta, by za przykładem swojego starego kuzyna z czarno-białych filmów, wspiąć się na najwyższy budynek w mieście. W międzyczasie na ekranie przymkną nam żołnierze uwielbiający strzelać bez zadawania zbędnych pytać oraz facet w garniturze z organizacji o niewiele mówiącym skrócie. Dwayne Johnson, będący wyjątkowo najmniejszy gabarytowo spośród tej wyjątkowej kompani, nie może zrobić tego, co potrafi najlepiej, czyli skopać tyłków wszystkim naokoło. Pozostaje jednak tym samym twardym olbrzymem z mięciutkim środkiem, dlatego, by pomóc przyjacielowi, chwyta za granatnik i strzela tam, gdzie tylko coś się porusza. Ogólnie wszystko jest takie, jak na film o wielkich zwierzętach przystało. Po wyłączeniu zbędnych partii mózgu można się całkiem dobrze bawić. Pozostaje jednak wrażenie, że producenci pomimo posiadania destrukcyjnej fauny powstrzymywali się przed narobieniem porządnego bałaganu. Po zobaczeniu wielkiego zmutowanego szczura niszczącego stację kosmiczną nic już nigdy nie będzie takie samo. Dlatego nawet Dzika Furia po tej scenie, nie robiła już tak dobrego wrażenia.

Rampage: Dzika Furia:  7/10  

Mój świat, moje kredki…

Świadomość, że całe twoje życie to fikcja, a ty jesteś jedynie wytworem czyjejś niezdrowej wyobraźni, nie jest niczym przyjemnym. Jeszcze bardziej dobijający potrafić być fakt, że wszystkie osoby, którym na tobie zależy, liczą, że na Tobie zarobią lub się z Ciebie pośmieją. Jeżeli dorzucić do tego fakt, że jesteś nieśmiertelny, wszystko zaczyna układać się w scenariusz naprawdę przykrego i dołującego koszmaru. Oczywiście w takiej sytuacji zawsze można zacytować młodzieżową mądrość z Internetu, mówiącą coś o życiu, cytrynach i lemoniadzie. Następnie wcisnąć się w obcisły strój, założyć maskę zakrywającą całą twarz i robić dokładnie to, czego wszyscy się po Tobie spodziewają… i robić to naprawdę dobrze.

Deadpool jest chyba jedyną postacią, której wolno naprawdę wszystko (pod tym względem ustępuje jedynie Masce na twarzy Jima Carreya). Zdając sobie sprawę, że jest jedynie fikcyjnym komiksowym bohaterem regularnie łamie „czwartą ścianę” i w drodze do rozbawienia widza, nie uznaje żadnych świętości. Drugi film o pyskatym najemniku wypełniony jest do granic możliwości nieskrępowanymi popkulturowymi żartami i nawiązaniami. Deadpool okazuje się Batmanem, a Cable ze swoją miną i gadką „złola” wygląda, jakby urwał się z konkurencyjnego komiksowego uniwersum. Nieskrępowany żadnymi dobrymi manierami i przyzwoitością Reynolds raczy widzów dowcipem napisanym przede wszystkim z myślą o widzach (a nie po to, by po prostu było śmiesznie). Jeżeli jesteś fanem komiksów, z pewnością będziesz bawił się jeszcze lepiej. Niestety nawet Deadpool nie jest pozbawiony wad. Chociaż publika ma mnóstwo okazji, by wybuchnąć śmiechem, to będąca rusztowaniem dla wszystkich żarcików historia trochę kuleje. Początkowo główny wątek ciężko się rozkręca, wyraźnie się rwie, a tryby nie mogą naskoczyć, by płynnie przekazać nam całą opowieść. Przy funkcji, jaką w kinie spełniać ma Deadpool, nie jest to zarzut, który mógłby mu zaszkodzić. W końcu kto wybiera się na filmy o postrzelonym X-menie, by raczyć się dobrze rozpisaną fabułą. Tutaj liczą się przede wszystkim żarty, a tych w „dwójce” było pod dostatkiem.

Deadpool 2: 8/10

Solowe Gwiezdne Wojny

Gwiezdnowojenne Historie miały zabierać widzów w nieznane zakątki odległej galaktyki i pokazywać nam co kryje się wiele parseków dalej, tam, gdzie nasz wzrok nie sięgał. Pierwsze premiery i kolejne zapowiedziane filmy wskazują na to, że jeszcze przez kilka kolejnych lat będziemy kręcić się wokół trylogii na tyle blisko, że wszystko, (niczym podczas wejścia w nadświetlną), zleje się w jedną całość. Młody Han Solo wyrusza w podróż życia, aby spełnić swoje marzenie i zostać najlepszym pilotem w galaktyce. Zupełnie jak każdy początkujący bohater na swojej drodze spotyka mentora, który przekazuje mu życiową mądrość, trafia na dawną ukochaną oraz poznaje futrzastego przyjaciela, który gotów jest dla niego poświecić życie. Oczywiście nie mogło zabraknąć poważnych kłopotów, wyścigu z czasem oraz okazji do udowodnienia wszystkim swoich umiejętności. Han Solo jest dokładnie taki jakim go znaliśmy od tej pory. Próżno oczekiwać nieznanych wątków i niespodziewanych zwrotów akcji. Podczas seansu nie dowiedzieliśmy się o legendarnym przemytniku niczego nowego (no może poza ostatecznym rozwiązaniem kwestii: czy strzelił pierwszy). Nowy film sprawił, że zostaliśmy naocznymi świadkami wszystkiego, czego o tym cudownym skurczybyku już do tej pory wiedzieliśmy. Jedna wielka przygoda, ciągła akcja, wyważona dawka humoru, nieco ciemniejsza kolorystyka i sporo „ręcznie robionych” kosmitów sprawia, że przez dwie godziny mogliśmy się naprawdę świetnie bawić. Film pozbawiony dłużyzny Ostatniego Jedii to świetna forma relaksu, pod warunkiem, że nie oczekiwało się odkrywczego i ponadczasowego arcydzieła. W końcu teraz niech Disney będzie z Wami!

Han Solo: Gwiezdne Wojny – Historie: 8/10

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *