ruBryka filmowa #2: Niosąc kaganek przerażenia

Po upływie lat do szkoły zawsze wracamy z sentymentem. Nie ważne czy chodzi o osobistą wizytę, czy jedyni powrót wspomnieniami. Pamiętamy najlepsze chwile i najzabawniejsze momenty. Pierwsze związki były takie urocze, problemy błahe, kłótnie niepoważne, a podejście do życia naiwne. Nie raz zdarza się nam nawet pomyśleć, że całkiem fajnie byłoby móc wrócić znów do szkolnych ław. Jednak gdy byliśmy jeszcze uczniami, szkoła nie wydawała się wcale taka przyjemna. Stłoczeni w korytarzach czuliśmy się, jakbyśmy podążali na rzeź. Dźwięk dzwonka boleśnie wwiercał się w głowę, zwiastując nadciągające tortury, a stojący nad nami oprawcy dzień w dzień knuli tylko jak wydusić z nas wszelką radość i uprzykrzyć resztki życia, jakie w nas zostały. No dobra, może trochę przesadzam. Nauczyciele oczywiście też nie mają z nami lekko. Ich praca często przypomina całoroczny test psychicznej wytrzymałości, bo „wątpliwa przyszłość narodu” potrafi nieźle dać w kość. Przychodzi im, w tej dojrzewające i pyskatej kupce gliny, lepić przyszłe pokolenia (daj Boże) intelektualistów. Zamiast wdzięczności za podejmowane próby muszą liczyć się z przypisywaniem im funkcji opresyjnego reżimu usiłującego zniszczyć oznaki kiełkującej kreatywność. Obie strony mają po równo przesr… dlatego też nie pozostaje im nic innego jak dążyć do wzajemnego uprzykrzania sobie życia. Tym oto sposobem młody temperament zderza się z cierpliwością wykutą przez lata doświadczenia. Iskry się sypią, opór się tylko nasila, a wszystkiemu winna jest chyba przede wszystkim aura szkoły, która ma w sobie coś z więzienia, trochę z zakładu dla obłąkanych i odrobinę z kolonii karnej. Kto w takim razie jest oprawcą, a kto ofiarą? W końcu szkolna codzienność dla każdego potrafi zamienić się w prawdziwy horror.

 

Już kiedyś o tym słyszałem!?

Urban Legend (1998 r., reż: Jamie Blanks)

„Słuchaj, mam znajomego, którego sąsiadka zna pewnego faceta, którego kuzyn pracował z matką chłopaka, któremu to się przytrafiło”. W taki sposób podana informacja w najlepszym razie powinna zasiać u nas spore wątpliwości. Wbrew pozorom rozprzestrzeniające się jak wirus historie cieszą się sporą popularnością i z podekscytowaniem oraz niepokojem przekazywane są dalej. Lubimy słuchać strasznych opowieści, które wzbudzają na nas emocję, wywołują strach i obawy, bo przecież mogłoby się to przydarzyć każdemu. Inne mogą zagwarantować opowiadającemu status duszy towarzystwa i skraść serca drobnej publiczność (w końcu on wie tyle ciekawych rzeczy). Nie musimy szukać na zachodzie historii o mordercy na tylnym siedzeniu czy napisanych krwią słowach „Dobrze, że nie zapaliłaś światła”. Kto z nas nie słyszał w końcu o czarnej wołdze porywającej dzieci czy równie przerażającej (głównie dla licealistów) Szymborskiej, która nie zdała matury z własnej twórczości.

Historie takie wręcz uwielbiają mieszkający na kampusie studenci. A to wystraszą bojaźliwe koleżanki, a to wykręcą jakiś niesmaczny numer znajomym. Swoją popularnością i sposobem rozprzestrzeniania mogą zainteresować również kadrę akademicką z badaczami kultury czy folkloru na czele. Bohaterowie stale opowiadający w pokojach i na salach wykładowych o miejskich legendach w końcu wywołują wilka z lasu. Na uniwersytecie w Pendelton wiosną pojawia się zakapturzony morderca w zimowej kurtce, który niczym wróżka chrzestna sprawia, że bajki i legendy stają się prawdą. Na studentów zaczyna polować morderca czerpiąc inspirację z miejskich legend. Jak przystało na teenage horror movie, w „Urban Legend” nie jest ani specjalnie krwawo, ani szczególnie strasznie, sam jednak pomysł jest naprawdę solidny… przynajmniej do pewnego momentu. Bohaterowie nie są specjalnie irytujący i dobrze wykonują swoje zdanie, a jeżeli komuś to nie wystarczy, zawsze może po prostu pooglądać młodego Zaca Erona…tfuu to znaczy Jareda Leto w roli redaktora szkolnej gazetki.

Przetańczyć z Tobą chcę całą noc…

Studniówka dla wielu dziewczyn to zaraz po ślubie najważniejsza impreza w życiu. Mają one szanse założyć przepiękne suknie, nałożyć makijaż na co dzień nieakceptowany w szkolnych murach, ułożyć wymyślne fryzury i pokazać się z wcześniej upolowanym przystojniakiem z drużyny footbollowej. Najpiękniejsze i najpopularniejsze staną do zażartej walki o tytuł królowej balu. Przynajmniej tak to wygląda na amerykańskich filmach. Jest stres, nerwy i obawa czy na pewno wypadnie się wystarczająco olśniewająco na tle koleżanek i reszty szkoły. Wystarczy niemal niezauważalne potknięcie czy niedociągnięcie i najcudowniejsza noc w nastoletnim życiu zamienia się w koszmar. Czasem koszmar ten przybiera całkiem pokaźne rozmiary.

 

Carrie (1976 r., reż. Brian De Palma)

Tylko Stephen King w swoim książkowym debiucie mógł historię o brzydkim kaczątku zamieniającym się w pięknego łabędzia zakończyć krwawą łaźnią. Losy nielubianej i zaszczutej dziewczyny z radykalnie katolickiego domu tak bardzo spodobały się filmowcom, że za ich sprawą Carrie dość regularnie musi przeżywać swój koszmarny bal na zakończenie roku. Pierwszy raz widzowie mogli zobaczyć go w 1976 roku za sprawą zasiadającego na stołku reżyserskim Briana De Palmy (odpowiedzialnego m.in. za „Człowieka z blizną”). Carrie w wykonaniu Sissy Spacek jest psychotyczna i autentycznie stłamszona przez rówieśniczki. Jej matka Margaret (Piper Laurie) niestety urwała się chyba z Kółka Teatralnego dla początkujących. Jej pompatyczny manieryzm to jeszcze nic w porównaniu z przewijającym się na trzecim planie Travoltą. Sceny w duecie z Chris (Nancy Allen) są wręcz komiczne. Najważniejsza jest jednak biedna Carrie (której niezależnie od wersji cholernie współczuję) oraz jej krwawy wielki finał.

 

Prom Night (1980 r., reż. Paul Lynch)

Prom Night z 1980 roku rozpoczyna się od widoku gromadki dzieciaków bawiących się w zniszczonym opuszczonym budynku. Ludzkie potomstwo oczywiście nigdy nie należało do najgrzeczniejszych i najsłodszych. Niepokojąco podrasowana przez nich gra w berka (okrzyki „killer’s gonna get you” i twarze jak u małych psychopatów, wcale nie pasują dzieciom) , kończy się lotem opadającym z drugiego piętra. Biedna dziewczynka będąca ofiarą głupiego żartu umiera na miejscu. Życie toczy się dalej, dzieci dorastają i zaraz skończą szkołę, ale jest ktoś, kto nie zamierza zapomnieć o tragedii sprzed lat. Na krótko przed balem maturalnym tajemnicza postać zakłada błyszczącą kominiarkę (w końcu na takiej imprezie trzeba dobrze wyglądać), łapie za największy z kuchennych noży i postanawia wymierzyć sprawiedliwość. Samozwańczy sędzia i kat nie jest ani mitycznym niezniszczalnym mordercą, nie łamie zasad fizyki, ścigając swoje ofiary. Nie jest nawet doświadczony, przez co czasem jest uroczo nieporadny. Chociaż film Lyncha oparty jest na prostym i banalnym schemacie, to w świetny i przemyślany sposób podsuwa nam nieustannie kolejne tropy. Tak, że niemal do samego końce nie mamy pojęcia, kto może kryć się za tą zjawiskową pokrytą brokatem maską. „Prom Night” jest też okazją do zobaczenia Leslie Nielsena w poważnej roli oraz wywijającej na parkiecie Jamie Lee Curtis, która w młodości miała ten wyjątkowy magnetyzm przyciągający świrów w maskach.

 

 

Prom Night (2008 reż., Nelson McCormick)

Kolejne lata mijają, a bale maturalne pozostają takie same. Dziewczyny przeżywają zbliżający się wieczór, chcąc zaprezentować się jak najlepiej, chłopcy coraz intensywniej zaczynają obliczać swoje szanse na stosunkowy sukces, a pary odbierają się zgodnie ze starymi jak świat schematami. Nic tak naprawdę się nie zmienia. Może tylko z nastolatków, jakoś tak krwi mniej wypływa niż dawniej.

Gdy na szkolnych korytarzach powoli można wyczuć wiosnę i unoszącą się w powietrzu miłość, niewiele brakuje do pierwszych reakcji alergicznych. Jednym ze skrajnych przypadków jest uczennica durząca się w swoim wychowawcy. Biedaczkę od razu zaczynają pocieszać najbliższe przyjaciółki zapewniając, że to doskonały wybór, bo przecież jest taki dojrzały, doświadczony, inteligentny i przystojny. Żoną i dwójką dzieci nie ma się przecież co przejmować, nie takie rzeczy działy się przecież w filmach. Że niby duża różnica wieku? Romeo też wolał młodsze. Od razu robi się ckliwie, romantycznie i słodko. Jeżeli jednak role się odwrócą i to nauczyciel zaczyna pisać miłosne wiersze na temat ślicznotki z ostatniej ławki, to nagle odpowiedź „ale to prawdziwa miłość pomimo różnic” przestaje być odpowiedzią zgodną z kluczem. Tym bardziej, jeżeli pada na egzaminie ustnym w kuratorium. Już sam taki romans wiszący w powietrzu jest wystarczająco niepokojący… robi się jednak naprawdę nieprzyjemnie, gdy belfer w miłosnej fascynacji, bardziej niż „Zakochanym Kundlem” postanawia inspirować się „Grą o Tron”.

Tak skrajnemu przypadkowi wpadła w oko Donna. Niezdrowo zakochany w niej mężczyzna już przy pierwszej próbie podrywu zostaje zamknięty w odpowiedniej dla niego instytucji. Kraty, zimne cele i nawet kolega leżący obok na pryczy nie są w stanie ostudzić jego uczucia. Jak na idealnego faceta przystało, nie może go zabraknąć w tak wyjątkowy dniu, jakim jest bal maturalny.

Nelson McCormick wraz z obsadą zasłużyli swoją pracą na przyzwoitą piątkę na koniec roku. Pod warunkiem, że używamy dziesięciostopniowej skali. Jak przystało na młodzieżowy horror, jest całkiem kolorowo i uroczo, jednak w ogóle nie jest strasznie, ani też specjalnie krwawo. Zakochany psychopata, mimo że dźga każdego, kto się nawinie, nie ma na sobie nawet kropli krwi (może tego uczą właśnie na zejściach dodatkowych w więzieniach). Na domiar złego, jego ofiary jakoś ciągnie pod ten nóż, co sprawia, że większość akcji rozgrywa się jedynie w dwóch pomieszczeniach. Na kolorowej sali pełnej śmiechu, świateł, muzyki i nienawistnych spojrzeń koleżanek oraz cichym hotelowym pokoju, gdzie w objęcia mordercy jak na złość wpadają wszyscy oprócz jego ukochanej. Mężczyzna podczas odsiadki musiał kliknąć baner „Freddy Krueger go uwielbia, nastolatki go nienawidzą, odkrył prosty sposób na zostanie mordercą bez wychodzenia z pokoju”, ale bardziej prawdopodobne, że twórcy po prostu nie mieli zbyt wielu pomysłów. „Prom Night” ani specjalnie nie zaskakuje, ani nie ma się specjalnie do czego przyczepić. Film jest przeciętny, wszędzie tam, gdzie taki mógł być.

Następne części już wkrótce…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *