.

Dwa bieguny

W fazie depresji: płacz, rozdrażnienie, odrętwienie i histeria. W fazie maniakalnej: mnóstwo energii, pomysłów, brak snu i nierzeczywiste przekonanie o niesamowitych zdolnościach. W rzeczywistości: choroba afektywna dwubiegunowa, której nie można lekceważyć i trzeba nauczyć się  z nią żyć.

Wydaje Ci się, że możesz zrobić wszystko. Masz w sobie tyle energii, że byłbyś w stanie zawładnąć całym światem, właściwie jesteś przecież niezniszczalny. Chcesz w jednym momencie zrealizować wszystkie swoje cele i myślisz, że nic nie ma szans Cię zatrzymać. Masz już doskonały plan, jesteś zmotywowany i pobudzony do działania. Odbijasz się od ziemi, żeby wykonać skok swojego życia iii… spadasz w ogromną przepaść, a wydostanie się z niej wymaga czasu i sił, które straciłeś w momencie próby wyskoku.

Tak uproszczonym schematem można opisać chorobę afektywną dwubiegunową, nazywaną w skrócie ChADem lub dwubiegunowością (znaną także jako psychozę maniakalno-depresyjną).
ChAD jest grupą nawracających zaburzeń psychicznych, charakteryzującą się epizodami depresji i manii.  Zaburzenie afektywne dwubiegunowe może zostać rozpoznane, jeśli u osoby wystąpią przynajmniej dwa epizody afektywne: manii, hipomanii, depresji lub mieszane i przynajmniej jeden z tych epizodów nie był epizodem depresji.

Aby najlepiej zrozumieć pojawiający się problem, dobrze jest porozmawiać z kimś, kogo dotyka on bezpośrednio. Udało mi się dotrzeć do osób, które podzieliły się ze mną informacjami dotyczącymi choroby. Oto jak istotę choroby afektywnej dwubiegunowej przedstawiają osoby na nią cierpiące:

– Dla mnie to jest straszna szamotanina i to okropnie wykańczające. Okresy depresyjne trwają dłużej, zdecydowanie dłużej. Wtedy najczęściej mam absolutną niechęć do życia, nie mam siły wstać z łóżka czy nawet ułożyć się w wygodniejszej pozycji. Leżę i płaczę, i nie wiem, co mi jest. Mam wyrzuty sumienia, że istnieję. Czasami też wpadam w absolutną rozpacz. Mam napady płaczu, a właściwie wycia. Kiedyś rzuciłam się na podłogę w korytarzu i płakałam, że nie chcę taka być, bo wszyscy ludzie mnie zostawiają. I prosiłam, żeby mnie ktoś zabił, bo ja nawet na to nie mam siły. I to poczucie winy za cokolwiek jest cały czas, nawet za to, że się żyje. Czasami się udaje wyjść z tego dołu. Na początku jest fajnie. Znowu mam siłę, żeby robić różne rzeczy. Obieram jakieś cele i zaczynam je realizować. Najczęściej chodzi o wyznaczenie jakiejś rutyny, która ma mnie doprowadzić do większego celu. Tylko, że po chwili to się zaczyna robić niezdrowe. Rzucam się w wir pracy i absolutnego perfekcjonizmu. Wyznaczone przez siebie zadania wykonuję chyba z jakimś szaleństwem w oczach. Patrząc z perspektywy tego „gorszego” funkcjonowania – to jest absolutnie ponad moje siły. Nie jem i nie śpię, bo pracuję. Jestem cały czas jak na haju. Później słyszę, że jestem robotem. Przeszkadzają mi nawet najmniejsze błędy i chcę je jak najszybciej wyeliminować. Kiedy wkręcam się w jakieś zadanie, potrafię nie spać przez dwa dni i pracować nad projektem, dopóki go nie skończę. Nie potrafię sobie powiedzieć, że już koniec, że dość. Właściwie chciałabym żyć w stanie ciągłej manii, bo czuję się wtedy tak efektywna jak z czasów sprzed choroby. Tylko mój organizm zaczyna bardzo protestować. Po jakimś czasie takiej intensywnej eksploatacji jestem wychudzona i wyniszczona. Tracę kontakt ze światem zewnętrznym i skupiam się tylko na pracy.

– Zacznę od tego, jak się to zaczęło. To był marzec 2015, nowa szkoła, nowi ludzie, świeżo po rozstaniu, dużo emocji z tym związanych. Sytuacja rodzinna również sprawiała, że było bardzo dużo stresu i złych emocji. To nie było tak, że nagle zobaczyłam, że coś jest nie tak. Moja choroba zaczęła się od manii i nie wiedziałam, że to coś złego. Czułam, że mogę przenosić góry i że jestem jakaś taka nadaktywna. Wszędzie biegałam, wszystko załatwiałam, byłam jakaś inna. Zaczęłam mniej spać i jeść, ale brałam to jako pozytyw. Któregoś dnia zemdlałam i przewieziono mnie do szpitala. Myśleli, że się czegoś naćpałam, bo oczy miałam jak pięć złotych. Miałam padaczkę i widziałam i słyszałam różne rzeczy, których nie było. W chorobie najgorsze jest to, że często nie wiedziałam, jaka jestem naprawdę, przez zmieniające się stany emocjonalne. W każdym ze stanów czułam się kimś innym. Już długo nie miałam tych najgorszych dołków, ale pamiętam, że jak były, w liceum jakoś, to były momenty, kiedy ból psychiczny stawał się tak mocny, że czułam to fizycznie. Dodatkowo płacz, przez który boli głowa. Słabe jest również to, że jednego dnia mam super aktywność mózgu i sobie radzę na studiach ze wszystkim, a następnego dnia, gdy z kondycją mózgu jest gorzej, to nie potrafię niczego zrozumieć i myślę, że jednak jestem głupia. Czuję wtedy takie zażenowanie sobą. Z tym się wiąże brak stałej pewności siebie. Jest taka tymczasowa.
Jak sobie z tym radzę? Po czterech latach już dobrze. Nauczyłam się słuchać swoich emocji. Panować nad nimi i tłumaczyć sobie, że to jak się czuje nie jest często adekwatne do wydarzeń. Bardzo dużo pracy musiałam włożyć w to, żeby teraz czuć się zdrowa. Na początku, jak zaczynałam brać leki, bo są to stabilizujące psychotropy, zwiększała mi się waga, przez co się czułam jeszcze gorzej. 20 kg w 3 miesiące to masakra. Po roku wróciłam do siatkówki i to było najlepsze, co mogłam zrobić, bo na chorobę najbardziej pomocnym środkiem jest sport! I to najlepiej jak najintensywniejszy. Ważne jest żeby osoba z ChADem miała kogoś, kto powoli będzie zaczynał wymagać od niej, żeby powracała do normalności. Oczywiście mój chłopak, jak nic innego, mi pomagał i to on zachęcał mnie do wszystkiego. Jeśli chodzi o otoczenie, są tacy, co to rozumieją i totalnie nie widzą w tym problemu, a z drugiej strony są ludzie, którzy nagle przestają się odzywać. Zauważam jednak czasem różnicę w traktowaniu mnie. To znaczy z obrazu tej „idealnej” i popularnej nagle umniejszają moją osobę, zaczynają się czuć lepiej przy mnie, kiedy wiedzą, że jednak mam problem.

 

Nie ma jednoznacznych odpowiedzi na to, w jaki sposób możemy pomóc osobom zmagającym się z chorobą. Nie należy szukać winnych lub odpowiedzialnych za dwubiegunowość – nie jest to ani sam człowiek zmagający się z problemem, ani też jego najbliżsi. Jednak wsparcie osób otaczających chorego jest bardzo istotne w procesie leczenia. – Najgorsze jest to, że nastroje potrafią się zmieniać nagle, na przykład rano wszystko jest super, humor dopisuje i nagle wieczorem depresja i smutek. Początkowo jak okazało się, że moja dziewczyna zachorowała, to pojawiło się przerażenie. W Internecie pełno informacji, że choroba jest straszna i bardzo trudna. Wszystkiego jednak da się nauczyć, do wszystkiego można się przyzwyczaić. Prawdę mówiąc nie unikam niczego, może z wyjątkiem sytuacji, gdy dochodzi do kłótni i gdy robi się grubiej, grubiej to znaczy, kiedy nadchodzi najostrzejszy punkt konfliktu. Wtedy wiem, że muszę przestać, bo moja dziewczyna może bardziej emocjonalnie podejść do tego, niż zdrowi ludzie, nawet nie w momencie kłótni, ale po czasie. – mówi osoba związana z chorą.

Choroby psychiczne w naszym kraju wciąż zdają się być tematem tabu. Są to kwestie, które staramy się omijać, odrzucać. Tymczasem okazuję się,  że coraz więcej osób w bliskim otoczeniu jest dotknięte takimi problemami. Nawet, jeśli czasem ciężko nam to zrozumieć, postarajmy się nie zaburzać i tak już dosyć chwiejnego życia osób zmagających się z chorobą. Mimo, iż nie ma „złotej reguły” w jaki sposób można towarzyszyć osobom z dwubiegunowością, powinniśmy motywować je do kontaktu z lekarzem oraz leczenia, które, co prawda, nie usunie choroby, ale pomoże zmniejszyć objawy do tego stopnia, że będzie można z nią normalnie funkcjonować.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *