Pracowitość, zawziętość i odwaga pomagają spełniać marzenia. Kasia i Jacek Sienkiewiczowie z zespołu Kwiat Jabłoni coś o tym wiedzą. 15 marca spotkali się z nami i  opowiedzieli o swojej przygodzie muzycznej, nowym albumie Niemożliwe oraz o tym,  jak starają się nie zgubić w otaczającej rzeczywistości.

Anna Marek: Odwiedzacie Lublin, gdyż jesteście w trakcie Niemożliwej trasy. Macie więc okazję porozmawiać z fanami. Z jakimi reakcjami się spotykacie?

Jacek: Raczej z pozytywnymi.

Kasia: Zawsze z pozytywnymi! Bardzo często wychodzimy do ludzi po koncercie, żeby rozdawać autografy,  robią sobie z nami też zdjęcia. Dużo osób podchodzi tylko po to, by się do nas przytulić. Przychodzą też, biorą autograf, robią zdjęcia i na koniec: Czy jednak moglibyśmy się przytulić?. To jest bardzo miłe.

J: Zaczęliśmy też na Niemożliwej trasie dostawać dużo prezentów od słuchaczy, na przykład rysunki. Dostaliśmy też ostatnio nalewkę własnej produkcji.

K: Kiedyś też otrzymaliśmy szarlotkę własnego wypieku.

Który prezent was najbardziej zaskoczył?

K: Na poprzedniej trasie były to przepyszne wegańskie muffinki, które upiekło dziecko. Jeszcze zapadł mi w pamięć prezent, którym była własnoręcznie uszyta torba.

J: Szarlotka chyba jednak najlepsza.

Wasz album nosi nazwę Niemożliwe. Macie wrażenie, że to, co się działo w ostatnim roku, było właśnie takie niemożliwe?

J: Totalnie. Gramy już w różnych składach od wielu lat. Jesteśmy też muzykami sesyjnymi. Do części projektów podchodzimy bardziej autorsko. Wcześniej, przez wydaje mi się, że pięć lat, współpracowaliśmy jako quartet. Nie zdobył on jednak większej popularności.

K: Zawsze zupełnie niemożliwe wydawało mi się osiągnięcie takiej ilości wyświetleń na YouTube. Jak już zaczęły rosnąć, to myśleliśmy, że się zatrzymają gdzieś przy stu tysiącach. Zrobiliśmy imprezę z okazji pięciu tysięcy wyświetleń Dziś późno pójdę spać, więc to jest coś, co wydawało nam się zupełnie niemożliwe. Co jest obecnie niemożliwe to odpisywanie na wiadomości, które dostajemy. Jest tego tak dużo, że nie da się odpisać wszystkim.

Wspomnieliście o utworze Dziś późno pójdę spać. Już za 9 dni minie rok odkąd ukazał się ten utwór. Jaki był wasz zespół wtedy, a jaki jest teraz? Czego nauczyliście się przez ten czas?

J: Ja przede wszystkim nauczyłem się obsługiwać komputer (śmiech). To był zupełnie przypadkowy pomysł z tym, żebyśmy dodali jeszcze warstwę elektroniczną. I wtedy jak mniej więcej powstał teledysk, zacząłem obsługiwać te programy komputerowe. Studiuję kompozycję i tam miałem zajęcia z muzyki elektronicznej. To pomagało mi w tym, żeby się rozwijać pod tym kątem. Oczywiście to jeszcze czubek góry lodowej, bo można o wiele więcej i ciekawiej to wykorzystywać. Zmienił się też odbiór, bo teraz, jak już wyszła płyta, to wszyscy znają teksty, śpiewają każdy utwór i to jest niesamowite uczucie.

K:  Zaczęliśmy w ogóle korzystać ze słuchów dousznych. To jest zupełna nowość. Rok temu było to nie do pomyślenia. Dla mnie to bardzo ważna zmiana. Mamy też więcej autorskich utworów. W zeszłym roku jedną trzecią koncertu były covery.

Większość osób dowiedziała się o was z utworu Dziś późno pójdę spać. Powstał do niego teledysk tak jak do utworu Niemożliwe. Proszę, opowiedzcie trochę o trudnościach, które wynikały z ich tworzenia.

J: Jeśli chodzi o Dziś późno pójdę spać to Kasia jest pomysłodawcą tej koncepcji, to znaczy jedno ujęcie i jednostajny ruch kamery. Był jakiś ramowy scenariusz, który w sumie się zmieniał podczas nagrywania. Dużo miało się dziać, ale w takim tempie to było kręcone, że trudno było zmieścić wszystko to, co chcieliśmy. Najtrudniejsze było to, żeby wszyscy aktorzy, łącznie z nami, przemieszczali się za plecami kamerzysty. My tam czasami się pojawiamy w jakichś nieoczywistych miejscach, aktorzy też jakby zmieniają położenie. Żałuję bardzo, że nie nagraliśmy tego, jak biegamy za plecami.

Udało wam się za pierwszym razem?

K: Mamy dwa ujęcia w tym teledysku. Pierwszą połowę kręciliśmy rano – kilkanaście ujęć. Potem drugą połowę też kilkanaście ujęć, już w nocy. Trudne było w drugiej części to, że wy to widzicie jako zwolnione tempo, ale my ruszamy ustami w tempie słów. Piosenka na planie filmowym leciała więc dwukrotnie szybciej i wszystko działo się dwukrotnie szybciej. Niemalże biegliśmy. Jak idziemy pomiędzy ciałami, które leżą pod koniec teledysku, to już był taki szybki krok. A wygląda jak spacerek.

Wróćmy może na chwilę do początku Kwiatu Jabłoni. Pamiętacie moment, w którym wiedzieliście, że chcecie stworzyć ten zespół?

K: Tak. Ja to wymyśliłam. Zainspirował mnie na początku 2017 roku zespół, który wydał płytę. To duet Brad Mehldau i Chris Thile. Oni grają w takim samym składzie jak my – mandolina i fortepian. Obaj śpiewają, tam nie ma elektroniki, co prawda, ale zaskoczyło mnie to, że ten skład instrumentalny tak dobrze brzmi. Pomyślałam, że jak mamy to w domu, możemy tam też robić próby i nie trzeba całego zespołu organizować, to wtedy wpadł pomysł, żeby działać w duecie.

Nazwę waszego zespołu można interpretować na kilka sposobów. Która z tych interpretacji jest wam najbliższa?

K: Dla mnie to ta związana z piosenką punkową, której bardzo dużo słuchaliśmy jako dzieci.

J: Była wykonywana przez zespół Trash Budda w latach 80. O tanim winie Kwiat Jabłoni. Stąd nasza nazwa.

K: I faktycznie sprzedawali takie wino, ono już nie istnieje. Jak próbowałam wymyślić nazwę, to przeglądałam piosenki, które są dla nas ważne, czy z dzieciństwa, czy pierwsze, które graliśmy. Na początku w ogóle myślałam, że nazwiemy się Little Wings. To była jedna z pierwszych piosenek rozrywkowych, które razem graliśmy. Nazwa jednak dużo mniej chwytliwa.

J: Małe skrzydełka.

K: Małe skrzydełka. KFC (śmiech).

W jednym z wywiadów powiedzieliście, że chcieliście być wesołym studenckim zespołem. Podczas rozmowy z wami też odnosi się wrażenie, że jesteście radosnymi ludźmi, ale jednak śpiewacie o trudnych sprawach. Dlaczego zdecydowaliście się pójść w tym kierunku?

J: Chyba okazało się, że tacy jesteśmy.

K: Smutni.

J: Wymyśliliśmy sobie jakąś koncepcję nas. Wydaje mi się, że do tego typu utworów studenckich należą Chodźmy nad wodę, Wzięli zamknęli mi klub, albo Kwiat jabłoni, który ostatnio zaczęliśmy grać na koncertach. Przeważająca część naszych utworów opowiada jednak o problemach egzystencjalnych. O takich, które dotyczą chyba każdego z nas.

K: O pogoni za sukcesem, o nieumiejętności życia chwilą.

J: To są też takie problemy, które dotyczą nas konkretnie w tych czasach i szczególnie ludzi w naszym wieku, w dużych miastach, którzy albo studiują, albo już pracują i gonią za tym sukcesem, który tak naprawdę nie wiadomo, czym jest. Może się to nawet wydawać banalne, że żyjemy chwilą, pieniądze to nie wszystko. Jednak jak spojrzymy na to, jak żyje większość ludzi w naszym wieku, to się okazuje, że to nie takie oczywiste. Dlatego wydaje mi się, że trzeba o tym śpiewać.

Właśnie – pogoń za sukcesem, pędzący świat. W jaki sposób udaje się wam zatrzymać, chociaż na chwilę?

J: We wrześniu wyjechałem zupełnie sam na wieś, na cztery dni, na działkę naszych dziadków. To był jeszcze taki moment, że pogoda nie dopisywała, więc dookoła nie było absolutnie nikogo. Byłem sam z książkami przy kominku. Ciekawe doświadczenie, zupełnie inaczej czas płynie, gdy jest się samemu. Inaczej odbiera się bodźce, jak się jest odciętym od mediów społecznościowych, od ludzi i wszystkiego. Sam do siebie zacząłem mówić w pewnym momencie. Planuję to powtarzać. Raz na jakiś czas. Wiecie, czasami trzeba się oczyścić ze wszystkiego.

K: Dla mnie to jest kilka rzeczy. Na pewno też wyjazd samej nad morzem, który też pierwszy raz ostatnio się odbył. Przede wszystkim jednak to dwie zupełnie przeciwstawne rzeczy. Faktyczne i głębokie uspokojenie, zatrzymanie czasu i oderwanie od problemów to wyjście na scenę koncertową. To zawsze wspaniałe przeżycie. Druga rzecz­­­ to zupełna nowość w moim życiu, którą mam nadzieję, że będę praktykować regularnie i intensywnie, czyli buddyjska medytacja zen, której się zaczynam uczyć. Jedzie się do domku z dala od miasta. Tam panuje zupełna cisza i wspólnie się medytuje. Są takie dni, kiedy nie można nic mówić. Je się dania wegetariańskie, czyta się o buddyzmie. Jeszcze nie jestem buddystką, ale myślę, że mnie indoktrynują (śmiech).

Na pewno takie wyjazdy pozwalają wam odetchnąć od tego, co się dzieje. Długą drogę przeszliście, by znaleźć się w tym miejscu. Jak radziliście sobie z trudnymi momentami? Co dodawało wam motywacji?

K: Pamiętam, że miałam taki dzień, jeżeli chodzi o przygodę z Hollow Quartet, gdy po raz kolejny coś nie wyszło. Bardzo dobrze wspominamy pracę z tym zespołem. Jednak trwało to wiele lat. Proces zyskiwania popularności, możliwości grania był bardzo powolny, często z różnymi przeszkodami, które zatrzymywały nasz rozwój. W końcu, kiedy mieliśmy wrażenie, że wreszcie coś się uda i znowu się nie udało, miałam taki moment załamania. Powiedziałam mojemu byłemu chłopakowi, że nie wiem, może zrobię jeszcze jedno podejście i chyba już nie będę mieć więcej siły, żeby tworzyć zespół. On wtedy powiedział: Jeżeli to już jest koniec twoich sił, to zdaje się, że nie miałaś i nie masz siły do tworzenia zespołu. I ja wtedy sobie pomyślałam: Ja? Mało siły? Nie ma mowy! Patrz! Potem bardzo długo to mi dodawało motywacji. Co mi się nie uda? I rzeczywiście, żeby coś się powiodło, to trzeba próbować długo i się nie poddawać.

J: Chyba nie mam żadnych sposobów na radzenie sobie z trudnymi momentami. One po prostu są. Wydaje mi się, że trzeba być pracowitym. Jak się dużo pracuje, to wiadomo, że się człowiek czasem potyka, ale jeżeli robi coś regularnie i to mu sprawia przyjemność to chyba najważniejsze, żeby się nie szarpać z czymś na siłę. Trzeba mieć w sobie pozytywne myślenie.

Oprócz Kwiatu Jabłoni macie kilka innych zajęć. Jednym z nich są studia. Jak udaje wam się to połączyć?

K: Ja to już kończę studia. Już nie chodzę na zajęcia, została mi do napisania tylko praca magisterska z muzykologii. A ty Jacku? (śmiech)

J: Jestem na piątym roku filozofii i na trzecim roku kompozycji w Akademii Muzycznej i to jest straszne, co się teraz dzieje. Jednak już tyle energii włożyłem w te studia, że nie chcę ich teraz zaprzepaścić. Jest na przykład takie jedno seminarium na filozofii, które odbywa się co dwa tygodnie w czwartki i obliczyłem, że moja najbliższa wizyta tam będzie pod koniec kwietnia. Mam nadzieję, że nam się to wszystko uda skończyć.

Po ukończeniu studiów planujecie skupić się na Kwiecie Jabłoni czy może jeszcze coś innego?

J: Na pewno cały przyszły rok to będzie Kwiat Jabłoni i moja magisterka z filozofii. Na razie wydaje nam się, że jak się udało, to chcemy to kontynuować jak najdłużej.

K: Ile się da. Jestem przekonana, że będziemy działać jeżeli czas pozwoli, w kolejnych projektach muzycznych, swoich autorskich, czy jakichś innych. Bycie muzykiem to mój zawód i chciałabym, żeby zawsze nim pozostał.

Jakie plany więc co do Kwiatu Jabłoni?

J: Na pewno mamy dużo planów, jeśli chodzi o rozbudowę składu. Większe koncerty gramy teraz ze wsparciem perkusji i basu. Towarzyszy nam wtedy świetna atmosfera. Kiedyś, ale to bardzo odległe plany, chciałbym zrobić trasę Kwiat Jabłoni Symfonicznie. To są takie nasze marzenia, ale mamy dużo różnych pomysłów. Czasami dodawać jakichś muzyków i w różnych składach to opracowywać.

Oby się udało! Podczas oglądania jednego z waszych materiałów na YouTube wyskoczyła mi reklama, w której padło takie zdanie: Najlepiej robić swoje. I tego wam życzę, róbcie swoje, bo to, co robicie, jest naprawdę dobre i przede wszystkim bardzo ważne i potrzebne. Dziękuję za spotkanie i rozmowę.

K i J: Bardzo dziękujemy.

fot. Anna Michalec

 

By Anna Marek

Dobra muzyka, humor i długi spacer. Kontakt: anna.marek.jk@gmail.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *