. Recenzja

Diabelski spektakl z nutką humoru w tle

Spektakl niecodzienny i nie dla każdego, odznaczający się wyjaskrawieniem problemów, z którymi boryka się społeczeństwo. Pokazujący ciemne strony ludzkiej osobowości.

           Kilka miesięcy temu, przeglądając repertuar mojego ulubionego Teatru Osterwy, zwróciłem uwagę na tajemniczą pozycję „Diabeł i tabliczka czekolady”.  Kontrowersyjny tytuł, a co kryje treść? „Dziewica konsekrowana, hodowca lwów z Wojciechowa, pięciokrotna dzieciobójczyni, niepełnosprawni z domu opieki, którzy domagają się uznania ich potrzeb seksualnych…” – możemy przeczytać już w lakonicznym opisie.

            Chociaż nie raz bywałem w teatrze, jeszcze żaden opis nigdy tak bardzo mnie nie zaintrygował. Kiedy stałem z biletem w ręku przed drzwiami teatru, pomyślałem, że ten spektakl albo mnie zachwyci i rozbawi, albo zasmuci i odtrąci. Dziś, kiedy piszę ten tekst, mogę z całą pewnością stwierdzić, że nie mam tak jednoznacznego zdania na temat tego, co było mi dane przeżyć.
Zacznijmy jednak od początku. Reżyserem spektaklu jest Kuba Kowalski, absolwent Wyższej Szkoły Teatralnej. Im. Ludwika Solskiego. Nie jest to jego debiut na scenie Teatru im. Juliusza Osterwy. Wystawiał tu już między innymi „Panią Bovary”. Wkrótce minie 10 lat jego pracy w zawodzie reżysera.

            Już sama sceneria zadziwia. Wchodzimy na salę. Wokół puste krzesła. Publiczność siedzi na plastikowych klockach na scenie. Po chwili wita nas ksiądz i zaprasza do zajęcia miejsca. Obok można usłyszeć głosy śpiewające przy akompaniamencie muzyki. Zaskakujące jest to usytuowanie widowni na scenie, tak blisko aktorów. Miejsc jest tylko 180, ale każdy z nas będzie częścią tego przedstawienia.

Archiwum własne

         Spektakl zaczyna się od namaszczenia dziewicy konsekrowanej (w tej roli Marta Ledwoń), która snuje opowieść o swoim życiu. Z jednej strony czuje się szczęśliwa, że może być tak blisko Boga. Z drugiej zdaje sobie sprawę z tego, że nigdy nie zazna miłości mężczyzny i zawsze będzie samotna. Ta scena wzbudza pewien niesmak i przypomina mi trochę fragment „Klątwy” w reż. Olivera Frljicia. Ironiczna przesada w pokazywaniu ludzkiej religijności może razić uczucia bardziej wrażliwych osób.

Następna sekwencja. Przenosimy się do szkoły. Widzimy Monikę, dziewczynę ze wsi, nad którą w bezwzględny sposób znęcają się rówieśnicy. Wywołuje to w widzach ogromny smutek, że dzieci mogą być aż tak okrutne. Emocje, które odczuwamy są potęgowane przez muzykę graną na żywo w połączeniu z podkładem z komputera. Kolejna sekwencja – przenosimy się do domu pomocy społecznej. Mieszkający tutaj niepełnosprawni chcą wolnego dostępu do stron pornograficznych. Uważają, że blokada zarządzona przez dyrekcję to skandal i jawna dyskryminacja. Przedstawione jest również stanowisko pielęgniarek, które narzekają na wyuzdane  gesty, jakich dopuszczają się ich podopieczni. Publiczność spektaklu patrzy na te postacie z  zaskoczeniem połączonym z politowaniem. Nikt nie spodziewał się, że w domu pomocy społecznej mogą być tego typu konflikty. To tylko kilka z wielu przedstawionych historii. Każda z nich inna, każda wyjątkowa. Mimo że trwają po kilka minut, wzbudzają skrajne emocje.

            Spektakl porusza problemy przemilczane, wstydliwe. Pokazuje, że świat nie jest czarno-biały. Homoseksualizm, morderstwa, uzależnienia, bieda, skrajna religijność, antysemityzm. Publiczność – a więc my wszyscy – bierze w tym udział. Tańczymy z aktorami, przytulamy się do nich, rozmawiamy. Z całą pewnością jesteśmy w środku tego iście diabolicznego wydarzenia, które czasem szokuje, a czasem bawi. A wszystko to na podstawie reportaży cenionego dziennikarza „Gazety Wyborczej” Piotra Reszki. Obłęd mieszający się z groteską, karykaturą i często mało wysublimowanym poczuciem humoru głównych postaci.  Z drugiej strony jest to skłaniające do refleksji przedstawienie. Skąd się biorą tacy ludzie? Czy naprawdę są wokół nas? Czy możemy im pomóc? A może na pomoc jest już za późno – to tylko niektóre z pytań, jakie możemy sobie zadać po obejrzeniu spektaklu.

Intryguje też wyjątkowy gość pojawiający się na każdym spektaklu i jego opowieść o historii własnego życia. To wszystko sprawia, że to widowisko jest inne niż pozostałe. Może trochę zbyt wulgarne, może trochę zbyt bezpośrednie i szokujące. A może właśnie na tym polega jego siła?

            Jeśli piękno teatru rozumiemy jako wyraz całej gamy różnych emocji, to ten spektakl jest modelowym przykładem geniuszu artystycznego. Jeśli jednak dopiero debiutujemy w roli widza teatralnego i nie jesteśmy jeszcze przyzwyczajeni do tak mocnych wrażeń, lepiej wybierzmy coś bardziej neutralnego. Z drugiej strony, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Kamil Wroński

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jestem studentem Dziennikarstwa i komunikacji społecznej oraz Politologii na UMCS. Uwielbiam kontakt z drugim człowiekiem, bo uważam, że każdy można nas zainspirować do wielkich rzeczy. Od dobrych kilku lat działam w Polformance, i w kołach naukowych: Politologicznym i Dziennikarskim. Kiedyś wiązałem swoją przyszłość z dziennikarstwem (zdarzało mi się pisywać dla Dziennika Wschodniego). Najczęściej zajmowałem się tematami sportowymi i politycznymi. Teraz sam chciałbym stać się częścią świata polityki. Tworzenie nowej rzeczywistości jest znacznie bardziej intrygujące od jej komentowania. Hobbystycznie zajmuje się pisaniem wierszy. Nie mam marzeń. Mam cele, które sukcesywnie realizuję. No dobra jedno marzenie mam. Chciałbym postawić sobie Exegi Monumentum - na zawsze zapisać się w ludzkich sercach i umysłach. Wtedy będę mógł śmiało powiedzieć, że moje życie było naprawdę spełnione