Cóż, sporo czasu minęło od premiery Toy Story 4 w Polsce, a od premiery globalnej – jeszcze więcej. To wystarczająco, abym mógł zebrać myśli, poddać film analizie i ostatecznie stwierdzić, jak dobrym i czy w ogóle dobrym seansem był obiekt mojej recenzji.

Żeby dać Wam wgląd w to, jak wyglądały moje oczekiwania przed wybraniem się do kina, jestem winny wyjaśnić co nieco. Mianowicie – jestem ogromnym fanem serii Toy Story. Mimo, iż nie byłem nawet błyskiem w oku ojca, gdy wychodziły dwie pierwsze części, jako szkrab te dwa filmy były ze mną w trakcie procesu powolnego kroczenia w kierunku wieku nastoletniego. Do dzisiaj posiadam dwa pirackie egzemplarze płyt DVD z tymi małymi arcydziełami animacji i nawet teraz, gdy zrobiłem re-watch wszystkich części, wciąż uważam pierwsze dwie części za filmy pełne, ważne dla rozwoju animacji, wybitne, przepełnione świetnym humorem, dotykającym dramatem (obecnie dotykającym mocniej, gdy mam za sobą pewien bagaż doświadczeń), fantastycznie napisanymi postaciami. No dobrze, a co z Toy Story 3? Nie wymieniłem tej części wcześniej, czy to znaczy, że jest zła? Absolutnie nie, wręcz przeciwnie – w mojej skromnej opinii ta część jest właśnie tą najlepszą, z najlepiej napisaną intrygą (niech Was nie zwiedzie imię głównego złoczyńcy, Miś Tuliś to jeden z najskrzętniej napisanych złoczyńców w historii filmów Pixara), najcięższym dramatem, najbardziej efektowną akcją. I co najważniejsze – stanowiła perfekcyjną konkluzję dla serii, była zakończeniem, które złapało mnie swego czasu za serducho i zostawiło w moim młodym umyśle pytanie – co dalej? I tym samym przechodzimy do części czwartej, z której zapowiedzi wyniosłem jedynie wielkie… meh. Nie czekałem na ten film, nie byłem zainteresowany zwiastunem, w dużym skrócie – nie wierzyłem, że ten film może się udać. Bo jak dopisać do tej historii coś jeszcze, jak stworzyć film, który po genialnej trójce nie będzie odstawał poziomem? Przez lata nabrałem przekonania, że niedopowiedzenie pod tytułem „co dalej” działa najlepiej na wyobraźnię i sprawia, że filmy nawet po zakończeniu seansu zostają na dłużej w pamięci. Nie wierzyłem w ten film… i srogo się na swoim niedowierzaniu przejechałem. Ale po kolei.

Każda część serii poruszała jakiś motyw powiązany z każdym kolejnym przedstawianym przez następny rozdział sagi – pierwsza część dotyczyła akceptacji nowych ludzi i docenienia ich, druga eksplorowała motyw obaw przed odrzuceniem z powodu pewnych defektów, trzecia to opowieść o zmianie środowiska i wpływie tej zmiany na charaktery osób. Tym samym czwórka porusza się wokół motywu ponownego znalezienia swojego miejsca na świecie i pewnego kryzysu tożsamości. Bo jak zabawka ma być zabawką, kiedy dziecko nie chce się nią bawić? I co w momencie, kiedy właściciel znajduje sobie nowego faworyta? (w tym wypadku tworzy) Tu wkracza Chudy, sfrustrowany tym, że jego nowa „podopieczna”, Bonnie, nie wykazuje kowbojem zainteresowania. Punkt zwrotny następuje podczas pierwszej wyprawy do przedszkola, gdy mała dziewczynka tworzy z dyskretną pomocą Chudego, nową zabawkę – Sztućka, który przez wzgląd na to, że jest istotą stworzoną ze śmieci, notorycznie próbuje tam wrócić, gdyż tam czuje się bezpiecznie i nie rozumie, dlaczego Bonnie miałaby go chcieć. Tu ponownie wkracza Chudy (to w tej serii jest już standardem), który chcąc samemu się na coś przydać, forsuje obecność Sztućka w życiu małej. W pewnym momencie historii następuje zwrot związany z wycieczką do lunaparku, na którą wybiera się cała rodzina, zabierając zabawki. Oczywiście gdyby wszystko szło gładko, nie byłoby żadnego dramatu, więc ten pojawia się i tutaj w jednej z bardziej komicznych scen w całym filmie (w skrócie, by nie zaspoilerować za mocno – cięższego humoru się tutaj nie spodziewałem). Ale intryga też się tu znajduje, a jej inicjatorem jest główny czarny charakter filmu – Gabby Gabby, postać z potężną motywacją, gdyż to opuszczona w antykwariacie lalka z zepsutym głośnikiem, w którego działającą wersję wyposażony jest Chudy i w którego wyposażyć się chce właśnie Gabby Gabby. To jedna z bardziej skrupulatnie napisanych postaci w filmie, aktywna bohaterka inicjująca znaczące zmiany w przebiegu fabuły, skomplementowana przez genialny design podkreślający jej złowieszczość. Niemniej film zdecydowanie kradnie Pastereczka Bo – jej rola w przebiegu wydarzeń jest wielka, jak nigdy dotąd w serii, naprawdę przyjemnie się ogląda jej poczynania, to, jak bierze sprawy w swoje ręce. Stanowi to przyjemny kontrast do jej pasywnej roli w poprzednich częściach (w trzeciej nie było Bo wcale) i to, jak wielką zmianę przeszła ta bohaterka jest logiczne, emocjonalne i satysfakcjonujące w odbiorze, plus, dla młodszej żeńskiej części widowni ta silna, zaradna żeńska postać może stanowić wielką inspirację. Wszystko to osiąga swój punkt kulminacyjny w najbardziej wzruszającym zakończeniu, jakie ta seria widziała kiedykolwiek i tutaj również powstrzymam się przed spoilerami, by nie psuć komuś odbioru. Powiem więc tylko, że ending przebija nawet Toy Story 3. Jak już wymieniam zalety filmu, powiem o najbardziej rzucającej się w oczy – o jakości animacji. Pixar tak naprawdę zawsze królował w tej dziedzinie, więc nie jestem zaskoczony, że film wygląda obłędnie. Naprawdę mamy tu do czynienia z fotorealizmem otoczenia, postaci naturalnie dalej są przerysowane dla potrzeb ekspresji tychże, ale magicy z Pixara ponownie zacementowali swoją pozycję jako liderzy w animacji komputerowej.
Co mi w tym filmie przeszkadzało to sprowadzenie postaci Buzza do roli comic reliefu – samo w sobie nie byłoby to złe, ale za tym poszła zmiana w charakterze bohatera pod postacią… jego ogłupienia. Oczywiście, są momenty, gdzie Buzz jest równie stanowczy i zdeterminowany jak dawniej, ale to momenty, a ogólnie postać zaliczyła spory regres i jest to mało satysfakcjonujące. Rozumiem, dlaczego scenarzyści i reżyser poszli w tym kierunku – by dopełnić komediowe duo Ducky’ego i Bunny’ego, niemniej dalej czuję się rozczarowany poprowadzeniem tej postaci. Dodam również, że w związku z tym, iż wybrałem się na wersję z polskim dubbingiem – naprawdę żałuję, że postać Duke’a Kaboom nie jest w polskiej wersji odegrana równie dobrze, co w oryginale, gdzie okazję miał wystąpić nie kto inny, jak legendarny Keanu Reeves. Nie znaczy to, że film jest źle zdubbingowany, broń boże, aktorzy wkładają w odgrywanie roli dużo serca i słychać, że wiedzą, kogo odgrywają.

Skoro już doszliśmy do konkluzji, czas zadać sobie pytanie – czy warto obejrzeć Toy Story 4? Cóż, wnioskując po moim tekście pewnie byście uznali, że owszem, warto. Ja na to odpowiem – owszem, warto. Mimo pewnych wad, nieznaczących w kontekście całości, to film wybitny, równie emocjonalny co poprzedniczki, wprowadzający masę dobrze zaimplementowanych do formuły serii nowości, z fantastycznie napisanymi postaciami, gagami, momentami dramatycznymi, wzruszający… Jeden z lepszych filmów tego roku. I na pewno – dla mnie – najlepsza część kwadrologii. Gdy natraficie na ten film na nośniku fizycznym bądź usługach VOD i serwisach streamingowych – dajcie mu szansę. Nie pożałujecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *