Połączyła go wielka miłość do lekkoatletyki. Na oczach kibiców z całego kraju zdobył brązowy medal Halowych Mistrzostw Polski Seniorów odbywających się w Toruniu. O dotychczasowych sukcesach odniesionych w tej dyscyplinie rozmawiamy z Szymonem Żywko, lekkoatletą AZS UMCS Lublin i aktualnie brązowym medalistą Halowych Mistrzostw Polski Seniorów.

Kamil Wróbel: Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z lekkoatletyką?

Szymon Żywko: Swoją przygodę rozpocząłem mniej więcej w wieku 15-16 lat, w szkole średniej. Po raz pierwszy poszedłem na zawody w liceum, na które wysłał mnie wuefista. Biegałem dystans 300 metrów. Pamiętam, że miałem zakwasy, bo po raz pierwszy biegałem w kolcach. Na tych zawodach zobaczył mnie kolega, Patryk Pawłowski – wtedy jeszcze się nie znaliśmy, ale zaprosił mnie na pierwszy trening. W ten sposób trafiłem do trenera Mirosława Barszcza i od tego wszystko się zaczęło.

K. W.: Czy pamiętasz pierwszą osobę, która zachęcała Cię do treningów?

Sz. Ż.: Głównie byli to znajomi z klubu. W sumie to właśnie oni wciągnęli mnie w treningi, a później już sam przychodziłem – nie potrzebowałem motywacji z zewnątrz.

 K. W.:Pozostańmy jeszcze przez chwilę przy Twoich wspomnieniach. Jak mniej więcej wyglądały czasy twoich pierwszych treningów lekkoatletycznych i ile czasu w tygodniu na nie poświęcałeś?

Sz. Ż.: Na początku to nie były trudne ani długie treningi, nie przychodziłem siedem razy w tygodniu, jak to teraz robię. Z tego co pamiętam, to były treningi godzinne-półtoragodzinne, trzy-cztery razy w ciągu tygodnia.

K. W.: Każdy sportowiec mając kilkanaście lat ma swojego ulubionego sportowca – też miałeś takiego swojego idola, który był dla Ciebie wzorem do naśladowania?

Sz. Ż.: To trudne pytanie, bo prawdę mówiąc będąc małym chłopakiem nigdy nie wzorowałem się na kimś. Nie sądziłem, że sport to jest to, co będę chciał w życiu robić. Wtedy miałem troszkę inne priorytety i myślenie. Bardziej interesowałem się grami komputerowymi i spotkaniami ze znajomymi niż patrzeniem na innych sportowców. Jeśli już  mam kogoś wskazać, to bardzo podobały mi się postawy Adama Małysza i Roberta Kubicy. Pamiętam niedzielne poranki ze starszym o siedem lat bratem– siedzieliśmy i razem oglądaliśmy Wyścigi Formuły 1.

fot. Grzegorz Ochman

K. W.: Przejdźmy do Twojej kariery klubowej. Pierwszym klubem, do którego należałeś był Katolicki Klub Sportowy Victoria Stalowa Wola. Jak go wspominasz?

Sz. Ż.: Wspominam go bardzo pozytywnie, ponieważ to był mój pierwszy klub. Biegałem tam ponad trzy lata. Z tego klubu wyrosłem i to on dał mi możliwość startu i perspektywę, by móc zacząć biegać lepiej.

K. W.: Poprzedni rok był dla ciebie wyjątkowy – zdobyłeś dwukrotnie złoto na Mistrzostwach Polski Juniorów do lat 20 we Włocławku w biegach na 800m i 1500m, a także złoty medal na Mistrzostwach Polski w Jeleniej Górze w biegach przełajowych – mógłbyś zdradzić jaki jest klucz do osiągania takich sukcesów?

Sz. Ż.: Tamten rok był dla mnie bardzo obfity w medale, bo łącznie zdobyłem ich cztery. To był dla mnie przełom. A jaki jest do tego klucz? Uważam, że klucz do sukcesu nie ma jednej określonej drogi. To są składowe: systematyczny trening, dbanie o swoje zdrowie, dbanie o regenerację, dietę, aby być zdrowym cały czas, a także predyspozycje fizyczne. Jeżeli to wszystko złączymy – jeżeli będzie mocny, a jednocześnie rozsądny trening, zadbana dieta, zdrowie, to uważam, że to jest to. Tak można osiągnąć ten sukces.

K. W.: Każdy sportowiec w swojej dyscyplinie potrafi osiągnąć wiele sukcesów, jak na przykład zdobywanie medali na ważnych imprezach. Czasami zdarzają się jednak porażki – który moment był najtrudniejszy w Twojej dotychczasowej karierze sportowej?

Sz. Ż.: Takim momentem z pewnością były dni, w których nie mogłem biegać z powodu kontuzji. Kilka razy skręciłem kostkę, przez co będąc na obozie w Hiszpanii wypadłem z treningu na następne trzy dni. Nie był to dla mnie ciekawy widok, gdy wszyscy moi znajomi biegali na treningach, a ja siedziałem i jedyne co mogłem robić, to ćwiczenia na mięśnie brzucha. Uważam, że kontuzje to najgorszy stan. Człowiek stara się ich unikać jak się tylko da, lecz niestety czasami się zdarzają.

K. W.: Po wielu fantastycznych sukcesach odniesionych w klubie ze Stalowej Woli postanowiłeś przenieść się w styczniu tego roku do AZS-u UMCS Lublin. Z jakich powodów zmieniłeś barwy klubowe i co w zamian otrzymałeś?

Sz. Ż.: Zmieniłem barwy klubowe, ponieważ przyszedłem na studia do Lublina, co naturalnie wiąże się ze zmianą klubu. Wybrałem klub AZS dlatego, że zaoferowali mi dużo lepsze warunki niż mógł zapewnić poprzedni klub – KKS Victoria Stalowa Wola. Nie oszukujmy się, trzeba z czegoś żyć. AZS jest w stanie zapewnić mi lepsze warunki, lepiej mi pomóc – żebym miał za co trenować, kupić odżywki, opłacić fizjoterapeutę i dietetyków oraz pozostałe rzeczy.

fot. Grzegorz Ochman

K. W.: Ta zmiana barw przekuła się na Twój kolejny sukces – tym razem na Halowych Mistrzostwach Polski Seniorów w Toruniu, na których zająłeś trzecie miejsce w biegu na 1500 metrów z czasem 3:48 sekund. Jakie emocje towarzyszą ci przed rozpoczęciem biegu, a jakie na końcu?

Sz. Ż.: Mam swój mały rytuał – dzień przed zawodami wychodzę zjeść coś „ciekawszego”. Zazwyczaj, jak już jadę na zawody, to do innego miasta, więc staram się wieczorem wyjść na krótki spacer, aby nie siedzieć w hotelu cały wieczór. W dniu startu na około trzy godziny przed nim lubię sobie wypić małą, czarną kawę, aby się lekko pobudzić. Bardzo lubię nastawiać się do biegu. Mam swoją ulubioną playlistę – na co dzień nie słucham rapu, ale w dniu zawodów wręcz przeciwnie. Na godzinę przed startem idę na rozgrzewkę, zakładam słuchawki, odłączam się od ludzi – staram się jak najbardziej skupić na rywalizacji. Czasami mam takie dni, że przez całą rozgrzewkę nie odezwę się ani słowem do znajomych i przyjaciół, przed którymi będę biegać, a czasami nie mogę przestać mówić. Różnie bywa. Dwadzieścia minut przed startem jestem albo na bieżni, albo na hali – ostatnie rytmy, a później bieg – wyłączam mój umysł, rządzą instynkty. Mam swoje zapamiętane cztery zdania, taktykę biegu i właściwie to jest tyle: „Biegnij, Biegnij!”, „Atakuj”, „Przyspieszaj”, „Masz to wygrać”. Po biegu czuje taką ulgę, że wszystko się już skończyło. Dopiero po chwili przychodzą emocje. Bieganie na zawodach, w szczególności w drugiej części dystansu to ból – jakby na to nie patrzeć, my wszyscy cierpimy, a wygrywa ten, kto jest w stanie znieść więcej bólu.

K. W.: W dniach 27 września – 6 października odbyły się 17. IAAF Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce w Katarze. Reprezentacja Polski na tych mistrzostwach zdobyła sześć medali – jeden złoty, dwa srebrne i trzy brązowe. Jak ogólnie oceniasz cały czempionat?

Sz. Ż.: Dobrze. Może nie do końca pozytywnie, ponieważ niektóre rzeczy mi się nie podobały. Na przykład maraton kobiet, który nie został ukończony przez prawie połowę dziewczyn. Część z nich, ta która ukończyła konkurencję, wylądowała w szpitalu. A jest to spowodowane tym, że była tam bardzo wysoka temperatura, pomimo, że bieg był rozgrywany o północy. Mimo tego, że zawody odbywały się tak późno, było dużo głosów, że może się to źle odbić na zdrowiu lekkoatletów – będą biegać w tak wysokiej predyspozycji w październiku, ale koniec końców to były jedne z lepszych Mistrzostw Świata. Tam zostało wyrównanych kilka rekordów świata, dużo wyników, które były już wtedy liderami list światowych i były na bardzo wysokim poziomie.

K. W.: A jak oceniasz występy Polaków w poszczególnych dyscyplinach odbywających się na tej imprezie?

Sz. Ż.: Nie chcę o nikim negatywnie się wypowiadać, ale Adamowi Kszczotowi nie wyszło. Trudno, ale za rok Igrzyska Olimpijskie, więc ma ważniejszy cel na przyszły sezon. Marcin Lewandowski bardzo ładnie się pokazał – pobił rekord Polski ponownie. Podejrzewam, że za rok skończy się to z medalem na igrzyskach. Chciałbym także wspomnieć o sztafecie 4x400m w której nasze dziewczyny zdobyły srebro. Wręcz zmiażdżyły rekord Polski (dokładnie o 2,6s), a o reszcie zbyt wiele nie czytałem.

K. W.: Jaki zakładasz cel na przyszły rok?

Sz. Ż.: Moim celem na przyszły rok będzie progres. Chcę cały czas iść do przodu z wynikami, aby się dalej rozwijać oraz poprawić swoje rekordy życiowe. Miło by było ponownie stanąć na podium Mistrzostw Polski. Głównie chciałbym poprawić rekordy życiowe na dwóch dystansach – 800 metrów i 1500 metrów. W tym roku nie udało się to, co chciałem pokazać i myślę, że byłem w większej dyspozycji sportowej niż pokazałem na zawodach.

K. W.: Już niebawem, bo za rok, odbędą się Igrzyska Olimpijskie w Tokio. Myślałeś o wystąpieniu na tej imprezie?

Sz. Ż.: Marzeniem każdego sportowca jest wystąpienie na Igrzyskach Olimpijskich. Patrząc na moje wyniki nie jest to możliwe, aby w przeciągu jednego roku z poziomu 3:44 przejść do poziomu 3:35. Niestety Igrzyska w Tokio będę oglądać na telewizorze.

K. W.: Zaraz po Igrzyskach Olimpijskich odbędzie się jeszcze jedno wydarzenie, które zostanie rozegrane pod koniec sierpnia – 26. Mistrzostwa Europy w Paryżu – czy przygotowujesz się, by pojechać na tę imprezę?

Sz. Ż.: Szczerze mówiąc jeszcze nie poznałem zasad kwalifikacji na Mistrzostwa Europy w Paryżu. Nie skupiam się na imprezie, lecz na ogólnie pojętym rozwoju.

K. W.: Czego życzyłbyś sobie na nadchodzący nowy rok lekkoatletyczny?

Sz. Ż.: Zdrowia. Jeśli będzie zdrowie, będę mógł biegać, a wtedy wyjdzie, co wyjdzie.

K. W.: Dziękuje za uwagę.

Sz. Ż.: Dziękuję bardzo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *