Zaskakujący, ale przewidywalny romans

Okładka należy do wydawnictwa Zysk i S-ka.

Pani Christina Lauren podbiła rynek wydawniczy na całym świecie, ale czy podbiła moje serce? Mimo wielu dobrych aspektów, to te złe sprawiają, że mam ochotę wyrzucić „Pięknego nieznajomego” przez okno lub podrzeć na strzępy.

Przyznaję, że pierwszą część serii „Piękny drań” (o tym samym tytule zresztą) pochłonęłam dosyć szybko, chociaż tematyka jest niemalże taka sama we wszystkich książkach Amerykanki. Faktycznie, kiedyś bardziej lubowałam się w tego typu tekstach, ale teraz, patrząc z perspektywy czasu, żałuję, że zmarnowałam kilka dni mojego życia, które mogłam poświęcić na wartościowsze romansidło, takie jak np. „Zanim się pojawiłeś” Jojo Moyes, gdzie fabuła ma sens i rację bytu.

Skupiając się jednak na „Pięknym nieznajomym” – poleciła mi go dobra koleżanka, nawet nalegała, żebym jak najszybciej to przeczytała. Znajdując wieczorami wolną chwilę, w której to wolałam sięgnąć po coś lżejszego, niż „Lalkę” Prusa lub repetytorium maturalne, zgłębiałam losy Sary Dillion i Maxa Stelli. Skończyłam jednak czytać, gdy zaczynałam studiować, chociaż tekst wcale nie wymaga poświęcenia mu tak ogromnej ilości czasu. Dlaczego tak się stało? Powodów jest kilka.

Przede wszystkim liczyłam, że pani Lauren pociągnie dalej wątek Chloe i Bernarda, bohaterów pierwszej części, ale przewijał się on jedynie gdzieniegdzie jako swego rodzaju ciekawostka, a nie punkt fabularny. Wiem, że autorka specjalnie wybrała, czy też stworzyła nowe postacie, bo sielanka gorzej się sprzedaje, niż świeży, płomienny romans, ale mimo wszystko zawiodłam się na sposobie wykreowania całości i pominięciu tak istotnego szczegółu.

Sama fabuła opiera się na standardowym schemacie, na którym bazuje większość romansów. Sara skrzywdzona przez byłego chłopaka próbuje eksperymentować, więc poznaje w klubie Maxa. Spotykają się potem przez jakiś czas i nagle, ni stąd ni z owąd pojawia się jakaś przeszkoda. Bohaterowie ze sobą zrywają, ale podczas tej przerwy od siebie zdają sobie sprawę, że jednak ich miłość jest silniejsza i wszystko kończy się happy endem. Ot, cała filozofia. Pomimo naprawdę przyjemnego i lekkiego pióra autorki, nie mogłam przez to przebrnąć. Zupełnie inną kwestią jest to, że książka powinna być sklasyfikowana jako erotyk, bo postacie niemalże żyją tam wyłącznie po to, aby uprawiać ze sobą seks. Jeśli nie są w trakcie dziwacznych igraszek, to ciągle o tym myślą, mało tego, niemal każda ich wypowiedź posiada podtekst.

Co natomiast jest elementem zaskoczenia dla czytelnika i wyróżnia tekst spośród innych? Z pewnością fetysz Sary, która, jak się później okazuje, lubi „być obserwowana” podczas miłosnego aktu, czyli ma bzika na punkcie uprawiania seksu w miejscach publicznych, co (jakby nie mogło być inaczej) początkuje szybki numerek z Maxem w klubowej toalecie. Oczywiście, para potem wymyśla najróżniejsze i najdziwniejsze miejsca, w których mogą się kochać, jak np. biblioteka, magazyn luster, czy biuro, a pikanterii dodają filmiki i zdjęcia dziewczyny, które potem, jak można wywnioskować, przynoszą jej niemały kłopot i zawirowanie miłosne.

Tak w wielkim skrócie, dla mnie jest to kolejna historia rodem z Grey’a, tyle że tutaj nie ma typowo wątku BDSM, chociaż pojawiają się jakieś jednorazowe akcje z klapsami, czy jakimś smaganiem paskiem (to właśnie moment z magazynu luster). Nie porwało mnie to, po przeczytaniu połowy znałam już zakończenie, przeczuwałam bieg nadchodzących wydarzeń poprzez bezmyślne decyzje postaci, a ich rozterki „kochać się z nim czy nie?” były dla mnie nawet śmieszne. Uważam, że „Piękny nieznajomy” jest kiczowaty, ale mimo wszystko potrafi zrelaksować, bo głupota bohaterów i ich nielogiczny pociąg seksualny do siebie nawzajem potrafi rozbawić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *