Felieton Kultura

Nie ma to jak niekonsekwencja

Po długim czasie oczekiwania, 20 listopada 2019 roku The Recording Academy opublikowała pełną listę artystów/zespołów artystycznych nominowanych do prestiżowej nagrody Grammy. Bez wątpienia po raz kolejny będziemy mieli do czynienia z wielkim eventem medialno – kulturowym, niemniej należałoby sobie przy tej okazji zadać pytanie pod tytułem „Czy rzeczywiście warto było czekać?”, ponieważ kolejny raz z rzędu stykamy się z niemalże identycznymi błędami, jakie Akademia popełnia rok w rok.

Żeby być bardziej konkretnym w pozycji, w jakiej siebie postawiłem od razu podkreślę jedną rzecz – nie, nie uważam, że lista nominacji Grammy 2020 jest tragiczna i znajdują się tam wyłącznie wybory nietrafione i głupie, ponieważ tak naturalnie nie jest – znalazło się miejsce na decyzje, z którymi można się zgodzić po części lub w całości. Nie myślę też, jak co poniektórzy malkontenci i (pożal się Boże) koneserzy, że instytucja TRA powinna zostać zmieciona z powierzchni Ziemi, bo to nie miałoby sensu w tym względzie, iż artystom muzycznym należy się jakaś gratyfikacja za dzieła, nad którymi pracowali, a publice danie możliwości zapoznania się z efektami pracy poszczególnych twórców, zasługujących na większe uznanie w oczach tejże. To tylko parę z najczęściej powtarzających się zarzutów kierowanych w stronę ludzi sprawujących nad całym wydarzeniem kontrolę i z tego miejsca chciałbym od razu wystosować apel – ludzie, nie szukajcie igły w stogu siana. O wiele więcej igieł leży tuż obok tego stogu i to właśnie te stanowią problem.

Jedną z tych pierwszych jest coś, co powtarza się często i jak nie było poprawy, tak nie ma – asekuracyjne wybieranie laureatów. Jasne, to nic niezwykłego, że każdy ma swoje gusta i to, kto zasłużył na bycie nagrodzonym to kwestia mocno dyskusyjna – można się zgadzać, można się nie zgadzać. Problem tkwi w jednej, niepozornej rzeczy – właśnie tej asekuracji. Najbardziej rzucało się to w oczy w 2017 roku, kiedy do miana albumu roku nominowane zostały DAMN. od Kendricka Lamara, Awaken, My Love! autorstwa Childisha Gambino, Melodrama Lorde, 4.44 Jaya-Z i 24k Magic Bruno Marsa. Laureatem został ten ostatni, mimo ledwie solidnego odbioru krytyków i słuchaczy, ale to była opcja bezpieczna – 4.44 było bardzo oldschoolowe w swojej naturze, DAMN. przepełnione bardzo osobistymi przemyśleniami na temat przemysłu fonograficznego etc., Awaken, My Love – abstrakcyjne i surrealistyczne, a Melodrama osobiste i umiejscowione w konkretnej stylistyce. Album pana Marsa w porównaniu blednie, będąc bez wyrazu i tonąc w oparach neutralności. W tym roku to nie rzuca się to tak w oczy, ale kłopot dalej istnieje – w końcu w zaszczytnym gronie znaleźli się tacy artyści jak Vampire Weekend, Ariana Grande, Bon Iver czy Lana Del Rey. Nie chcę przez to powiedzieć, że te albumy są złe (co więcej, zasługują w pełni na poświęcenie im uwagi), ale podkreślam – to są opcje neutralne i nie wierzę osobiście, że chociażby Billie Eilish dostanie nagrodę w tej kategorii, mimo krytycznego uznania i rekordów popularności.

To jednak nie koniec kłopotów, bo w kolejce ustawia się kolejny, a imię jego – brak różnorodności, który to wiąże się z tym, o czym wspominałem wyżej. Przyjrzyjmy się nominacjom w sekcji Song Of The Year – połowa to utwory popowe, a wszystkich wytypowanych jest aż osiem, to wręcz absurdalne. Kategoria Record Of The Year to ten sam przypadek, tu również jest osiem utworów, połowa reprezentująca ten sam gatunek, a niemal wszystkie są utrzymane w tonie „niewymagająco i chwytliwie”. Mam wręcz wrażenie, że w tej kategorii pewne miejsca zostały po prostu podmienione piosenkami podobnymi, aby nie było przypadkiem zbyt różnorodnie – Shallow z zeszłego roku to obecnie Hey, Ma, I Like It to teraz Old Town Road, God’s Plan to Sunflower, itd. Przypadek, celowe działanie, magia rodem z Hogwartu? Trudno powiedzieć, na pewno jest to kolejny strzał w stopę zafundowany Akademii przez samych siebie.

Uwagi można w tym temacie mnożyć i mnożyć, ale pozwolę sobie jeszcze na wspomnienie o dwóch kolejnych pęknięciach na tym fonograficznym monumencie – bezsensownych typach nominowanych oraz lekceważącym podejściu do pewnych kategorii, na pierwszy ogień pójdą nonsensy. Tutaj posłużę się kategorią Best New Artist, a lista wygląda następująco – Black Pumas, Billie Eilish, Lil Nas X, Lizzo, Maggie Rogers, Rosalia, Tank And The Bangas i Yola. Dla niewtajemniczonych nie będzie tutaj nic, co mogłoby nie grać, więc w czym problem? Chociażby w obecności Rosalii, która nie powinna znajdować się w tej sekcji, gdyż… pierwszy album wydała w 2017 roku, a drugi w 2018 i oba znalazły uznanie publiki i mediów (co więcej, za projekt z 2018 Rosalia zdążyła dostać już 5 statuetek Latin Grammy!). To przypadek bardzo podobny do tego z 2000 roku, kiedy to Linkin Park ze swoim debiutanckim krążkiem zostali wytypowani do konkurowania o trzy statuetki, ale nie na gali w 2001 roku, jak można by się spodziewać, a w 2002 roku. Czynnikiem wspólnym dla takiej Rosalii i Linkin Park jest to, że zarówno wokalistka, jak i zespół niesłusznie dostali miejsce w konkurencji o miano najlepszego nowego artysty. Cóż, lata mijają, a kretynizmów się najwyraźniej ciężko wyzbyć.

I wreszcie, lekceważenie pewnych kategorii, z naciskiem na muzykę gitarową. Realia obecnego świata ewidentnie nie są dla szeroko pojętej muzyki z pogranicza rocka/metalu łatwe, ale z roku na rok rzuca się mocniej w oczy tendencja odsuwania tych gatunków na drugi plan, być może nawet trzeci. Dlaczego tak uważam? Przyjrzyjmy się temu, jakie premiery miały miejsce w 2019 roku – We Are Not Your Kind autorstwa Slipknota, Fear Inoculum dżentelmenów z Toola, Rammstein od… cóż, Rammsteina. Co łączy te wszystkie wydawnictwa? Osiągnęły gigantyczny sukces komercyjny oraz krytyczny, każde z osobna, a Fear Inoculum po premierze przejęło pierwsze miejsce w rankingu Billboard 100, detronizując przy okazji Taylor Swift z tej pozycji. Żaden z tych krążków nie walczy o miano Best Rock Album, a jedynie wytypowano dwie piosenki z długo wyczekiwanego efektu prac zespołu Tool do kolejno: Best Metal Performance i Best Rock Song. Nie wiem jak to inaczej nazwać, niż lekceważeniem.

I tak dochodzimy do konkluzji całego mojego wywodu. Jakie wrażenia ostatecznie pozostawiło we mnie ogłoszenie nominacji do Grammy 2020? Cóż, od razu odpowiem – te same, co zawsze, czyli wybitnie mieszane. Błędy przy kreowaniu całej otoczki eventu nie tyle się nawarstwiają, co bardziej cyklicznie się powtarzają i z tych wpadek można wyciągnąć jeden, jedyny wniosek: i tak będziemy śledzić Grammy. Bo niezależnie od tego, jak wielkie klapy popełnią organizatorzy, kto dostanie szansę na wygraną statuetki, ile rozdań będzie transmitowanych, zgodzimy się lub nie – to wciąż wydarzenie medialne, jedno z największych tego typu w ogóle, wzbudzające emocje oraz prowokujące do dyskusji i dobrze, bo w tym wszystkim istotne jest to, aby nie dać się przejąć postawie przyjmowania wszystkiego bez obiekcji.

Zachęcam do samodzielnego zapoznania się z listą: https://www.grammy.com/grammys/news/2020-grammy-awards-complete-nominees-list

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *