Recenzja

Zabrakło jedynie boskiej iskry

Po długim okresie oczekiwania nareszcie miałem okazję zapoznać się z kolejnym wydawnictwem autorstwa jednego z najbardziej głośnych mainstreamowych artystów XXI wieku i dawno nie czułem napływu tak ambiwalentnych uczuć, jak przy obcowaniu z Jesus Is King.

Chciałbym od razu to podkreślić, nim przejdę do analizy – tak, naprawdę czekałem na nowy album Kanyego Westa, z paru prostych powodów. Po pierwsze – aby zobaczyć, jak przejdzie próbę stworzenia czegoś, co poziomem mogłoby mierzyć się z jego poprzednimi, wyjątkowo interesującymi przedstawieniami samego siebie w postaciach My Beautiful Dark Twisted Fantasy, The College Dropout, The Life Of Pablo etc. A mowa tu jedynie o solowych wydawnictwach, nie zapominajmy proszę o genialnym efekcie współpracy z Kid Cudim – Kids See Ghosts. Po drugie – by przekonać się, jak będzie wyglądał efekt prac po wielu opóźnieniach i zmianach koncepcji ostatecznego produktu. Premiera była wielokrotnie przekładana, koncepcja stale się zmieniała, tak samo jak nazwa i oprawa wizualna (początkowo mieliśmy dostać follow-up do Yeezus wydanego w 2013 roku). Ostatecznie skończyliśmy z silnie inspirowanym gospelem Jesus Is King. I tym samym przejdę do ustalenia, jak dobry jest dziewiąty krążek rapera z Atlanty.

Zacznę od wad, a pierwsza objawia się w złym dobraniu openingu i endingu – żywe, pasjonujące i pełne pozytywnej energii Every Hour powinno znaleźć się na samym końcu tracklisty jako potężna konkluzja, bardziej zwalniające tempo Jesus Is Lord lepiej sprawdziłoby się jako intro zarówno do całości, jak i w szczególności do świetnego, drugiego utworu – Selah. Kolejną rysą na diamencie jest długość całości – płyta jest po prostu za krótka. Owszem, poprzednie solowe wydawnictwo, Ye, trwało monumentalne… 24 minuty, ale tam to lepiej działało przez fantastyczne dobranie utworów następujących po sobie, ogółem struktura całego LP była bardziej przemyślana. Z kolei 27 minut na JIK zabiera wiele z doświadczenia, pewne piosenki mogłyby być dłuższe, takie jak Follow God, który ma genialny tekst, ale jest jednocześnie absurdalnie krótkie, nie dobijając nawet do 2 minut. To jest niedopuszczalne dla tak hajpowanego wydawnictwa. Co jest bardziej absurdalne – pewne utwory mogłyby być autentycznie krótsze, bo sprawiają wrażenie przeciągniętych! God Is na przykład udowadnia, że Kanye potrafi nie tylko rapować, ale również śpiewać, jasne, tylko, że ewidentnie piosenka mogłaby być o minutę krótsza, bo instrumental w mojej opinii nie jest na tyle interesujący, aby ciągnąć go przez dodatkową minutę. Water również się wykłada na długości i o wiele lepiej działałoby jako krótkie intro do innego utworu.

Wymieniając zalety natomiast – na JIK znajdują się prawdziwe perełki, jak Selah – klimatyczne, budujące napięcie i osiągające punkt kulminacyjny w idealnym momencie. Z czystym sumieniem mogę nazwać ten mały diament faworytem, absolutnie zakochałem się w kościelnych organach pełniących rolę instrumentalu. Wspomniane wcześniej Follow God również jest jasnym punktem tracklisty, mimo długości. Przyjemne odczucia daje również dziwne Hands On, nieco psychodeliczny i zimny refren dodaje paradoksalnie duszy do minimalistycznego bitu. Moim ostatnim faworytem jest Use This Gospel – abstrahując od genialnego podkładu i pełnej pasji partii saksofonu w końcowej fazie utworu, mamy tu do czynienia z dość zaskakującym powrotem duetu Clipse, którego to części składowe (Pusha T i No Malice) raczą słuchacza świetnymi zwrotkami i zdecydowanie kradną show.

 

Więc odpowiadając na pytanie – czy Jesus Is King jest dobre? Moim zdaniem jest na 100% interesujące i warte zapoznania się, by wyrobić sobie opinię. Jednakże nie mogę nazwać obiektu recenzji dobrym, ponieważ jest on bardzo nierówny i nieoszlifowany, powiedziałbym wręcz, że niedopracowany. Ale jak wspomniałem – dajcie mu szansę, bo dla wymienionych wyżej perełek warto.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *