Kultura

Jakie perełki muzyczne przyniósł ze sobą 2019?

Powoli zbliża się dzień, kiedy to wszyscy pożegnamy rok 2019 i trzeba to powiedzieć głośno – był to rok emocjonujący i obfitujący w masę niespodziewanych i ekscytujących premier w segmencie biznesu fonograficznego. Z tej okazji w poniższym tekście przygotowaliśmy dla Was muzyczne podsumowanie roku, gdzie przedstawimy albumy, które wywarły na nas największe wrażenie.

Lana del Rey – Norman F******g Rockwell

Szósty album Lizzy Grant według niektórych wrócił do standardów, ale moim zdaniem  zdecydowanie pokazał szeroko rozwinięty warsztat artystki. Poetyckość, melancholia i nostalgiczność magicznie wciągają w smutną, kalifornijską rzeczywistość. Krążek może się wydawać dosyć monotonny, ale tak naprawdę to tekst odgrywa tu największe znaczenie, a w połączeniu z delikatnym tłem i głębokim, lekko zachrypniętym głosem Lany tworzy to doskonałą całość. Szczególnie uwielbiam gry słowne, takie jak w Bartender czy Venice Bitch. Można szybko zakochać się w wizji neonowego miasta, którą zręcznie kreuje Lana. – Patrycja Dajos

Tyler, The Creator – IGOR

Jeżeli miałbym wybrać jeden album, który w 2019 roku zrobił na mnie tak kolosalne wrażenie, że pokusiłem się o kupno pierwszego w swoim życiu pre-ordera, to byłby to właśnie IGOR. Jak poprzednie prace Tylera (wyłączając Cherry Bomb) to concept album – płyta opowiadająca konkretną historię, tym razem o tytułowym Igorze właśnie i o jego rozterkach miłosnych oraz konsekwencjach działań pod wpływem uczuć i muszę przyznać – zarówno historia, jak i jej przedstawienie sprawiły, że sam zapałałem do albumu miłością równie gargantuiczną, co protagonista do swojego obiektu westchnień. Inspiracje soulem i R&B, mimo, że obecne od wydania Wolf w 2013, tym razem grają rolę prowadzącą, co dodaje melancholijnego nastroju całości, choć nie pozbawionej szorstkiego sznytu autora, co idealnie ze sobą współgra, nawet gdy mamy do czynienia z bangerami, czy może w tym przypadku – bangerem. Zdecydowanie najlepszy album Tylera i w mojej opinii – jedno z najlepszych wydawnictw dekady. – Kacper Beda

Harry Styles – Fine Lines

Choć nie jest tak dobra jak pierwsza, to i tak zasługuje, aby znaleźć się w tym zestawieniu. Druga, solowa płyta Brytyjczyka w całości przesłuchana daje poczucie monotonności, niemniej jednak słychać, że Harry po odejściu z One Direction wciąż szuka swojego własnego kierunku muzycznego. Chwała mu za to, bo dzięki temu mamy inspirowany Davidem Bowiem Watermelon Sugar, czy bazujące na brzmieniu lat 60. She. Styles na pewno wie, w jaki sposób tworzyć, a przede wszystkim nie szuka na siłę komercyjnych rozwiązań. – P.D.

Ariana Grande – thank u, next

Przyznaję, że po przesłuchaniu utworów zapowiadających album nie czułem się zachęcony do przesłuchania całości. Także bardzo rychłą datę premiery w stosunku do wydania Sweetener w 2018 roku traktowałem jako powód do obaw – w końcu Ariana nigdy nie wypuszczała płyt w tak szybkim tempie. Jednak przesłuchanie całości wystarczyło, aby uznać, że nie było powodów do obaw – dostaliśmy w efekcie najlepszy album, jaki Grande kiedykolwiek nagrała. Tragiczne wydarzenia ciągnące się za tym oraz poprzednim krążkiem jak chociażby zamach na koncercie w Manchesterze oraz śmierć byłego partnera piosenkarki – rapera Maca Millera jedynie podbudowały jej charakter oraz to, w jakim kierunku artystycznym chce podążać, co czuć szczególnie na thank u, next. To album przepełniony inspiracjami nowoczesnym R&B oraz trapem, pełen introspektywnych tekstów i wspaniałych wykonań wokalnych, w dodatku piosenki – teasery, jak przed premierą nie zachęcały, tak na pełnej trackliście błyszczą.  Oby album został doceniony bardziej niż niewiele gorszy poprzednik rok temu (tak, mówię o Grammy). – K.B.

Catfish and The Bottlemen – The Balance

Jak powiedział sam Van McCann, wokalista i gitarzysta, trzymali się schematów i znów im się udało. Walijski zespół nie zdecydował się na zmierzanie w innym kierunku, wzięli na warsztat to, co już dobrze znają, czyli klasyczne indie rockowe brzmienia. Dzięki temu mamy już trzeci album od nich. Single promujące płytę były oczywiście najlepszymi piosenkami z tracklisty, aczkolwiek całokształt zdecydowanie zabiera nas w podróż, w której znajdujemy tytułowy balans. Catfishowi nie da się odmówić cudnych partii gitarowych i perkusyjnych, oni rozpracowali to już zbyt dobrze. – P.D.

Bring Me The Horizon – amo

O amo mogę powiedzieć z całą pewnością dwie rzeczy – jest całkowicie odmienny od poprzednich dzieł kapeli i jest to genialny album rockowy z masywnymi pokładami mocy. Mimo, iż That’s The Spirit poniekąd mogło przygotować fanów na zmianę trajektorii lotu bandy z klasycznego deathcore/metalcore na arenowego rocka podsyconego elektroniką i popem, to tak gigantycznego kroku w tym kierunku chyba nawet fani nie do końca się spodziewali. Znajdziemu tu wiele dobra – synthowe brzmienia, klasyczny nu-metal, beatbox(!), pop wręcz żywcem wyciągnięty z twórczości Coldplay, elektronikę, muzykę smyczkową i można uznać, że to się nijak nie uzupełnia na papierze, ale chłopaki z BMTH nie dość, że pokazali, że jak najbardziej uzupełnia, to w dodatku brzmi spójnie i robi wrażenie. Czuć progres i mam nadzieję, że zespół utrzyma poziom w przyszłych latach – niezależnie od tego, w jakim kierunku tym razem pójdą. – K.B.

Taco Hemingway – Pocztówka z WWA, lato ‘19

Filip skomentował w zapowiedzi płyty dosyć dobitnie, że znów skupił się na obserwacji społeczeństwa i o tym ona właśnie jest. Warszawa się nieco zmieniła, zamiast szlugów i kalafiorów można dusić się smogiem. Album zachowuje standardową formę, jakiej zazwyczaj trzyma się Taco, ale nie jest przy tym monotonny. Dodatkowo, goście zaproszeni do wspólnych wykonów nadają wszystkiemu nieco inne brzmienie, co jeszcze bardziej urozmaica i przyciąga do dalszego słuchania. Idealny do słuchania w wannie, na zdrowie! – P.D.

Liturgy – H.A.Q.Q.

Ten album przyciągnął mnie do siebie w okolicach premiery z dwóch powodów – obrzydliwej okładki oraz deficytu dobrego metalu. I mimo, że trochę od niechcenia – jestem sobie wdzięczny, że dałem czwartemu krążkowi Huntera Hunt – Hendrixa i spółki szansę. Ten transcendental black metalowy zbiór oryginalnych i przepełnionych duszą kompozycji dzięki oparciu tematyki całości o aksjologię, metafizykę, kosmogonię i eschatologię buduje wokół siebie tajemniczą, ciężką, ale również fascynującą atmosferę. Również to, że album nie chwyta słuchacza za pierwszym razem i zyskuje z każdym kolejnym powrotem sprawia, że zawsze ma coś nowego do zaoferowania. W 2019 na undergroundowej scenie metalowej według mnie nie było lepszej płyty niż H.A.Q.Q. – K.B.

Sam Fender – Hypersonic Missiles

Młody, a dojrzały. Tak krótko można skomentować tego artystę. Oprócz klasycznego, brytyjskiego rocka, serwuje również brzmienia inspirowane Brucem Springsteenem. Mało tego, teksty poruszają ważne problemy społeczne czy polityczne, np. The Borders mówi o przemocy domowej, a Dead Boys o myślach samobójczych jego przyjaciół. Przez krytyków nazywany kolejnym Stingiem, chociaż polemizowałabym z tym stwierdzeniem. Niemniej jednak, nie można odmówić Fenderowi genialnego wokalu, fantastycznej kreacji muzycznej i przede wszystkim – talentu. Debiutancki album odniósł ogromny sukces, ale raczej nie trafił do mainstreamowych słuchaczy. Mimo wszystko, zachęcam do wysłuchania, bo warto. – P.D.

Lingua Ignota – Caligula

Muzyka eksperymentalna miała się w tym roku dobrze – choćby poprzez premierę trzeciego krążka Lingua Ignota – Caligula. Album w pełni wykorzystuje fakt bycia eksperymetnalnym, kreując opowieść o ludzkim okrucieństwie w oparciu o historię słynnego rzymskiego władcy – Kaliguli właśnie. Co więcej, robi to w niezwykle brutalny, ale i zapierający dech w piersiach sposób – opera, industrial, dark ambient i muzyka klasyczna idealnie się tu dopełniają z ciężkimi tekstami. To na pewno nie jest album przystępny od samego początku i może nawet od siebie odrzucić, ale nawet wtedy wrażenia zostają w mózgu i zaspokoić je można będzie jedynie wracając do tego dzieła. To ohydna i przerażająca, ale jednak fascynująca wizja pokazująca talent twórczy Kristin Hayter lepiej niż poprzednie wydawnictwa multiinstrumentalistki. – K.B.

Foals – Everything Not Saved Will Be Lost (Part 1 & 2)

Pierwsza część miała premierę 8 marca, druga zaś z kolei 18 października. Obie są równie dobre, różnice polegają na przekazie, jaki miał nam zaserwować zespół. Wokalista i frontman, Yannis Philippakis, powiedział, że część druga jest odpowiedzią na część pierwszą, bo podejmuje się działań i problemów, które wysunęła pierwsza część dylogii. Jeśli chodzi o brzmienie – jedynka zdecydowanie skupia się na balladach, lekko elektronicznych, granych na pianinie, ale nie brakuje tam też mocniejszych brzmień, chociaż w porównaniu do dwójki jest delikatniejsza, natomiast Part 2 już pełną parą startuje z gitarami, niekiedy mrocznymi i agresywnymi, by potem powoli przechodzić w rockowego bluesa z nutą psychodelii, zwieńczonego melancholijnym Neptune, pozwalającym przetrawić cały album i myśli z nim powiązane. Nie wiem, czy jest sens dalszego komentowania. Foals odwalili kawał naprawdę dobrej roboty. – P.D.

Billie Eilish – When We All Fall Asleep, Where Do We Go?

Jedno z największych zaskoczeń 2019 roku, a to stwierdzenie odnosi się jedynie do samego dzieła artystki, pomijając to, jak Billie sama swoim wizerunkiem zrobiła potężne zamieszanie w showbiznesie i przemyśle fonograficznym. Jednakże tu skupię się jedynie na samym debiutanckim krążku Eilish i omówieniu pokrótce, dlaczego zasługuje on na uwagę oraz uznanie. W pierwszej kolejności są to pokłady osobowości, jakie czuć na tym albumie – zapomnijcie o nieskończonych liczbach pisarzy, kompozytorów i producentów, jakimi mogą uraczyć inne albumy popowe – tu znajdują się jedynie Billie i jej brat Finneas, pełniący rolę producenta i współkompozytora i to słychać – granice zazwyczaj okalające artystów z powodu liczby osób pracujących nad chociażby jedną piosenką tu zanikają i wolność artystyczną czuć na każdym kroku – przerażające bury a friend, skoczne bad guy, wyciszone when the party’s over, rockowe all the good girls go to hell, potężne you should see me in the crown – to tylko parę przykładów udowadniających przy okazji otwartość Billie i różnorodność pojawiających się tu piosenek. Zdecydowanie najbardziej oryginalny album popowy ostatnich lat i warto poświęcić mu trochę czasu. – K.B.

Nick Cave & The Bad Seeds – Ghosteen

Piękne, poruszające, minimalistyczne, ale pełne emocji. Dwie płyty, które składają się w cały album Australijczyka tworzą pewne misterium. Możemy usłyszeć jedynie pianino, czy syntezatory i cudowny, głęboki, sięgający w tym wydaniu wyjątkowo jednak wysokich dźwięków, zachrypnięty głos Nicka Cave’a. Jak sam artysta powiedział, pierwsza część to dzieci, a druga ich rodzice, wędrujący duch. Można śmiało stwierdzić, że wykreowano coś na zasadzie muzyki filmowej. Wokalista szukał ukojenia, chciał ruszyć przed siebie, a ta płyta to pewne oczyszczenie dla niego. Chociaż piosenki wydają się banalnie proste w wykonaniu, a być może faktycznie są takimi i nie przyniosły żadnych trudności podczas tworzenia czy nagrywania, to jednak ich piękno wzrusza. Sama przy pierwszym przesłuchaniu miałam łzy w oczach. – P.D.

Slipknot – We Are Not Your Kind

W całym katalogu wydawniczym bandy z Iowa nie było chyba drugiego albumu, na który z takim wytęsknieniem bym czekał. Po niezłym, ale dość zachowawczym i na dłuższą metę  nużącym 5th.: The Gray Chapter publika dostała album od larw dla larw, jak to pieszczotliwie nazywa siebie fanbaza zespołu. Powróciła tak bardzo osadzona w korzeniach zespołu agresja, nieco kiczowata estetyka, zarówno kapeli, jak i ich muzyki ponownie gra pierwsze skrzypce – wszystko gra tu jak należy. Wokale są przepełnione pasją, Corey Taylor dawno nie brzmiał tak wściekle, perksuja wybrzmiewa lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, gitary ponownie atakują słuchacza szybkimi, ale i chwytliwymi riffami. I mimo tego całego fanserwisu, zespół pokusił się o eksperymenty, które – mam nadzieję – będą się pojawiały częściej na kolejnych krążkach. Z całej trójki największych metalowych albumów 2019 roku, bo oprócz tego powrócili Tool z Fear Inoculum oraz Rammstein z Rammstein, ten jest zdecydowanie moim ulubionym i polecam każdemu fanowi ciężkiej muzyki. – K.B.

Liam Gallagher – Why Me? Why Not.

Oasis nie ma i nie wróci, ale bracia solo też dają radę. Starszy z nich serwuje nam dawkę solidnego, klasycznego rocka. Drugim albumem ciężko było dorównać As You Were, ale myślę, że Liam tego dokonał. Jest trochę nostalgii, trochę country, bluesa, są organy, skrzypce – do wyboru do koloru! Kreacja całości opiera się na samym artyście. Jest to album, na którym słyszymy wsiąknięte żale (do młodszego, Noela), uczucia, inspiracje (Beatlesami i Lennonem na przykład) podszyte dawką rock n’ rolla rodem z lat 90. Wokal Gallaghera jest jak zwykle cudny, aż chce się go dalej pochłaniać. Gitarowych solówek nie ma, aczkolwiek żadna z piosenek nie zanudza, a przy każdym kolejnym odsłuchaniu utwory zyskują na wartości. – P.D.

JPEGMAFIA – All My Heroes Are Cornballs

W kontraście do kampanii reklamowej, gdzie Peggy otwarcie mówił o nadciągającym rozczarowaniu muszę powiedzieć jedno – zdecydowanie nie czuję się rozczarowany. Album jest wspaniałym kontynuatorem idei obecnych na Veteran z 2018 – bity ponownie są, delikatnie mówiąc, niestandardowe, teksty prowokujące i często zabawne i przepełnione ironią. Nie znaczy to jednak, że JPEGMAFIA poszedł na skróty i nagrał jedynie bliźniaczo podobny do poprzednika krążek, nic z tych rzeczy – do całego ironicznego charakteru dodano element delikatności i często można usłyszeć rapera śpiewającego i wręcz spokojnego, co więcej, robi to z taką klasą, że wypadałoby jedynie przyklasnąć autorowi. Naprawdę angażujące wydawnictwo i chyba nie tylko ja tak uważam, biorąc pod uwagę fakt, iż to pierwszy album artysty, który znalazł swoje miejsce w rankingu Billboard 100. – K.B.

Wallows – Nothing Happens

Co aktorzy mogą wiedzieć na temat muzyki? Nie mam zielonego pojęcia, ale tych trzech młodych chłopaków (Dylan, Braeden i Cole) stworzyło naprawdę ciekawą kreację muzyczną (jeden z nich, konkretnie Dylan, gra rolę Clay’a Jensena w serialu “13 powodów”). Przyjaciele postanowili założyć zespół i to była najlepsza decyzja jaką w życiu podjęli. Album utrzymany jest w klimacie indie popu zmieszanego z rockiem. Pozornie niezbyt wiele wnosząca płyta, ale przy przesłuchaniu i zapoznaniu się z nią zyskuje na wartości. Zdecydowanie można odnaleźć wiele interesujących brzmień czy przyjemnych, wymieszanych ze sobą wokali Braedena i Dylana. – P.D.

Denzel Curry – ZUU

Ubiegający rok był zdecydowanie jednym z najbardziej aktywnych dla rapera z Florydy – bo oto świeżo po wydaniu jego najbardziej docenionego albumu do tej pory – genialnego, introspektywnego TABOO – nagle Denzel z undergroundu przebił się do mainstreamu, dał koncert w programie Jimmy’ego Fallona, zaczął być rozchwytywany na wszelkie możliwe sposoby i co najważniejsze – wydał kolejny album – ZUU właśnie. To przyjemny kontrast do poprzednika, ponieważ zamiast ponownie nagrywając coś kształtem przypominającego  poprzednika, poszedł w kierunku zdecydowanie luźniejszym. Utwory na omawianym tu albumie o wiele bardziej nadają się na imprezy, jednocześnie Curry w tekstach pokusił się o m.in. oddanie hołdu swoim rodzicom i całemu środowisku raperów na Florydzie. To dalej robi na mnie wrażenie, szczególnie dlatego, że czas trwania całości nie przekracza nawet pół godziny. Oprócz tego jednak cechy charakterystyczne dla tego konkretnego wykonawcy tu pozostają – refreny dalej są chwytliwe i stanowią często największą zaletę danego utworu, teksty dalej porywają charyzmą autora i poczuciem humoru i ogólnie mamy do czynienia z naprawdę dobrym albumem. Nie jest lepszy od protoplasty, ale nie musi być – pokazuje za to otwartość Denzela i szczerze czekam na to, czym nas uraczy kolejnym razem. – K.B.

Cage The Elephant – Social Cues

Ten zespół potrafi stworzyć prawdziwe petardy w postaci piosenek. Łącząc wiele gatunków muzycznych, wykreował swój własny styl. To już piąty album grupy, a mimo wszystko potrafią nadal zaskoczyć. Na albumie znajdują się chwytliwe i taneczne melodie, eksperymentalne mocniejsze brzmienia, które niekiedy zmieniają się w smutne i melancholijne. Z pewnością był to efekt rozwodu wokalisty, Matta Shultza, który emocje przelewał w słowa i dźwięki. W każdym razie jest to pozycja naprawdę warta poświęcenia jej chwili, bo słychać, ile włożono w nią pracy i jak łatwo można zatracić się w muzyce i nieświadomie wystukiwać rytm. – P.D.

Yazz Ahmed – Polyhymnia

Dzięki Polyhymnia wiem jedno – w 2019 roku jazz należał do Yazz Ahmed. To, jak idealnie skomponowany został ten album, ile ma w sobie duszy i charakteru, od momentu premiery dalej nie wypuszcza mnie z objęć podziwu. Inspiracje arabskimi klimatami (Lahan al – Mansour najlepszym przykładem), prog-rockiem, fusion, spiritual jazzu idealnie się ze sobą komponują, tworząc bardzo ciepły i delikatny nastrój. Płyta jednak błyszczy według mnie jako pokaz kobiecej siły i determinacji, bowiem w sesjach nagraniowych udział wzięły niemal wyłącznie kobiety i to bardzo mocno czuć w trakcie przesłuchania całości, właśnie poprzez generowany nastrój. Zdecydowanie mogę powiedzieć o najlepszym jazzowym albumie tego roku i na pewno będę do niego wracał, a Wam polecam zapoznać się z tym dziełem sztuki. Moje serce już należy do Yazz, mam nadzieję, że Wy również odnajdziecie tutaj spokój i harmonię. – K.B.

Honorowe nominacje:

Rammstein – Rammstein – wielki powrót niemieckiej kapeli po dekadzie nieobecności, słodko konserwatywny w swojej naturze, ale to właśnie jego największa zaleta – K.B.

21 Savage – I am > I was – najlepszy zbiór utworów w karierze rapera traktujący przede wszystkim o zmaganiu się z przeszłością i ruszeniu ku poprawie na poziomie personalnym – K.B.

The Black Keys – Let’s Rock – żałuję, że nie udało mi się umieścić tego w zestawieniu; kolejny, cudowny album, wracający do brzmień z poprzednich wydanych płyt tworzący mistrzostwo w postaci rock-bluesa – P.D.

Mini Mansions – Guy Walks Into A Bar… – cudna płyta, już trzecia na koncie tych panów, zbalansowane przejścia od indie popu, poprzez jazz i blues, aż do heavy metalu w brzmieniu, zdecydowanie coś, na co warto zwrócić uwagę – P.D.

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

https://open.spotify.com/user/995mn48iq3ym7iwpaa2r2o6ox?si=xG9YFZRfQCSLRDd-GAPBBA