Globalny sukces Marvel Cinematic Universe był jak bat dla konkurencji. W jednej chwili każda wielka wytwórnia filmowa chciała mieć w swojej stajni łączone uniwersum filmowe – własną franczyzę, która będzie gwarantem przypływu gotówki. Nie inaczej było z Warner Bros, które wystartowało z projektem DC Extended Universe, mającym być mroczną odpowiedzią na kolorowe filmy Marvela. Wizję kreatywną powierzono Zackowi Snyderowi… i to był początek końca.

Trochę kontekstu

DCEU wystartowało w 2013 roku. Do realizacji przedsięwzięcia przymierzany był Christopher Nolan, który właśnie zarobił miliardy dla wytwórni swoją trylogią „Dark Knight”, jednak ten odrzucił propozycję. Nolan wskazał Warnerowi osobę swojego asystenta, Zack Snyder zyskał sympatię kierownictwa i tak uniwersum DC zadebiutowało filmem „Man of Steel”. Produkcja zaliczyła falstart, i choć wyniki finansowe nie były fatalne, to przyjęcie krytyków i publiczności zostawiało wiele do życzenia.

Prawdziwym sprawdzianem dla Zacka Snydera był jednak drugi film uniwersum „Batman v Superman: Dawn of Justice”. Wyczekiwane, kinowe spotkanie dwóch najpopularniejszych herosów skończyło się fiaskiem a do wytwórni dotarło, że danie Snyderowi wolnej ręki nie było dobrym pomysłem. Gdy jedna osoba odpowiada za reżyserię, kontrolę scenariusza a jednocześnie sprawuje pieczę nad wyglądem całego uniwersum kończy to się źle. Film był za długi (a w wersji pierwotnej miał być jeszcze dłuższy), nie budował relacji ani charakterów postaci, wprowadzał masę niepotrzebnych i niezrozumiałych wątków, sam konflikt był zarysowany żałośnie a patos i wysoki ton tylko dodawały całości zbędnego ciężaru. Produkcja zarobiła ponad 800 milionów dolarów, ale było wiadomo, że niedługo realizowanie wizji reżysera stanie się nierentowne, dwie wtopy na samym początku źle zwiastowały całości a najgorsze miało dopiero nadejść.

Kolejną wpadką został „Suicide Squad”, który po perturbacjach doczłapał się do premiery, ale lepiej żeby nigdy nie ujrzał światła dziennego. Mimo, że Snyder odpowiadał za film jedynie na stopie producenckiej, to cień grupy antybohaterów rzucił się na całe DCEU. Lekkim oddechem dla uniwersum była „Wonder Woman”, film zły, ale dający fanom bohaterkę, którą można było jako jedyną polubić w mrocznym, pełnym chórów i deszczu świecie Snydera. Widać, że pod naciskiem studia Patty Jenkins dostała więcej autonomii, choć oglądając trzeci akt „Wonder Woman”, trudno nie odnieść wrażenia, że Snyder maczał w tym palce. I tak dochodzimy do 2017 roku, który miał ostatecznie rozwiązać sprawę, czy łączone uniwersum DC ma jakąkolwiek przyszłości.

Czy da się to „odzobaczyć”?

Historia tego jak powstawało „Justice League”, czyli najważniejszy film całego uniwersum, pokazuje, że nawet w Warnerze nikt nie wierzył w sukces. Produkcja zaczęła się pod batutą Zacka Snydera, ten z powodu tragedii rodzinnej, musiał jednak opuścić projekt. Miejsce na stołku reżyser zajął Joss Whedon, szybko okazało się, że filmowi niezbędne są dokrętki i zmiany w scenariuszu, mimo, że wersja Snydera miała ciągnąć się już przez trzy i pół godziny! Whedon potrzebował czasu i powrotu aktorów na plan, przez ten epizod dostaliśmy w finalnym produkcie takie smaczki jak komputerowo zamazywane wąsy Henrego Cavila, który w ramach zapisów kontraktowych innego projektu w jakim brał udział, nie mógł ich zgolić.

Joss Whedon próbował ratować produkcję, studio odmówiło mu jednak przedłużenia czasu do premiery, bo inaczej kilku dyrektorów nie dostałoby premii! Istna komedia. Dodatkowo, twórcy musieli zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem. Film miał trwać nie więcej niż dwie godziny. Przypomnijmy, że sam Snyder nakręcił ponad trzy i pół godziny materiału mającego wejść do gotowego dzieła, a do tego doliczyć trzeba przecież jeszcze dokrętki nowej ekipy. Okrojony obraz trafił do postprodukcji a potem do kin, tam natomiast…

To jak beznadziejnym filmem jest „Justice League” trudno opisać, produkcji brakuje do choćby przyzwoitego poziomu tak wiele, na tak wielu płaszczyznach, że ciężko jest wszystkie wymienić. Pierwszymi z brzegu są efekty specjalne niczym z niskobudżetowej gry RPG, stworzonej w garażu chińskiej dzielnicy, najgorszy czarny charakter w historii w postaci Steppenwolfa, czy cała oś fabularna oparta o motherboxy. „Justice League” przy ogromnym budżecie ponad 300 milionów dolarów, nie zarobiło nawet tyle żeby wyjść na zero a straty wizerunkowe tylko potęgowały zażenowanie wobec ekipy stojącej za DCEU. Film pozostawił za sobą spaloną ziemię i wydawało się, że wszyscy będą chcieli o nim jak najszybciej zapomnieć.

Walka o #SnyderCut

Warner Bros zreorganizował grupę ludzi mającą odpowiadać za przyszłe projekty spod szyldu DC. Wytwórnia zaczęła odnosić sukcesy w postaci „Aquamana” i „Shazama”. W internecie jednak swoją kampanię rozpoczął Zack Snyder. Jak twierdził studio nie dopuściło do premiery jego wersji „Justice League”. Temat szybko podchwycili fani Snydera, środowisko zaczęło domagać się opublikowania wersji reżyserskiej, a symbolem tej walki stał się samolot z banerem „#ReleaaseTheSnyderCut” przelatujący nad jednym z najważniejszych na świecie festiwali fantastyki, Comic-Con w San Diego.

Przez jakiś czas myślano, że Snyder Cut jest jedynie wymysłem samego reżysera, jednak w miarę upływu czasu kolejne osoby zaczęły potwierdzać, że widziały wersję reżyserską „Justice League” i jest ona fantastyczna. Gal Gadot i Jason Mamoa to dwie najważniejsze postaci, które stanęły po stronie zdegradowanego twórcy i wyraziły swój zachwyt nad Snyder Cut. Jeden z członków ekipy postprodukcyjnej wypowiedział się jednak, że Snyder Cut (o ile istnieje) na pewno nie jest w pełni dokończonym dziełem filmowym. W niektórych scenach mamy green screen, w niektórych liny podtrzymujące aktorów, niektóre nie są odpowiednio przycięte, słowem jest to plac budowy, którego dokończenie ma kosztować około 40 milionów.

Czy „uwolnienie” jest możliwe?

„Justice League”, tak jak całe DCEU w wizji Zacka Snydera poniosło klęskę. Trudno więc oczekiwać, że studio wyłoży kolejne pieniądze (na film, który już stracił miliony) aby ewentualnie dokończyć wersję reżyserską. Kolejną przeszkodą są obecne sukcesy filmów z postaciami DC, od czasu „Justice League” wszystkie filmy odniosły sukcesy a „Aquaman” i „Joker” wręcz spektakularne zarabiając łącznie, prawie dwa i pół miliona dolarów. W tym momencie Warner Bros nie ma żadnego interesu w tym żeby angażować się w wydanie wersji Snydera. Studio całkowicie odcina się od przeszłości i mając przed sobą sequele „Aquaman 2” i „Wonder Woman 1984” głupotą byłoby ryzykowanie przypomnienia tego, jak źle te postacie wypadły w zbiorowej klapie. W szerszej skali DC ma przed sobą jeszcze ciekawszą przyszłość, czeka nas przecież „Birds of Prey”, „The Batman”, całkowicie odświeżony „The Suicide Squad” w reżyserii Jamesa Gunna, a mówi się jeszcze o planowanym sequelu „Jokera”. Wszyscy w wytwórni patrzą do przodu i nikt nie będzie słuchał małego, choć głośnego zewu fanów Zacka Snydera.

Postawmy się na miejscu szefów Warner Bros, gdyby film okazał się jeszcze gorszy niż kinowa wersja, to przypominamy widzom najczarniejszą kartę ostatnich lat. Gdyby z kolei film okazał się arcydziełem, to trudno wyobrazić sobie jak wielkie byłyby starty wizerunkowe związane z brakiem akceptacji studia, dla dokończenia pracy przez właściwego twórcę, przez jego problemy rodzinne związane z samobójstwem córki. W każdej z tych opcji Warner Bros traci wizerunkowo na innych polach, a w żadnej z nich nie jest w stanie zarobić tyle, żeby to ryzyko było opłacalne. Bo musimy przyznać, że Snyder Cut jest chwytliwym tytułem, jednak nie będącym w stanie zarobić około 100 milionów dolarów aby stać się rentownym.

Jedyną ewentualnością dla „Justice League” w wersji Zacka Snydera, wydaje się być minięcie kilku lat żeby widzowie zdążyli zapomnieć o początkach DCEU, wyklarowanie całkowicie nowej linii dla uniwersum i odnoszenie kolejnych sukcesów. Wtedy Snyder Cut może zostać wydany jako edycja kolekcjonerska na nośnikach, lub skierowana na Streaming, oczywiście w obu wypadkach bez pakowania w nią kolejnych milionów.

 

By Mateusz Chęć

Miłośnik kina każdego stylu, oddany fan narracji Quentina Tarantino i mistrzostwa obrazu Christophera Nolana. Hobbystycznie pisarz form wszelakich, maratończyk, aktor teatralny z marzeniami o własnym filmie. W dziennikarstwie i publicystyce próbuje odnaleźć własną drogę do zdefiniowania pasji swojego życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *