fot. Bartosz Proll
. Lublin News Polityka UMCS Wywiad

To była „miłość od pierwszego wejrzenia”. Od razu wiedziałem, że chcę studiować na UMCS-ie!

Jego pierwszą pasją była historia. Potem pojawiła się szansa zrobienia stopnia naukowego doktora. I tym sposobem związał się z Uniwersytetem Marii Curie- Skłodowskiej w Lublinie. Osiem lat temu został dziekanem Wydziału Humanistycznego. Jaki jest na co dzień? Czy w natłoku obowiązków znajduje wolny czas? Co wtedy robi? Jaka jest jego wizja dotycząca przyszłości uczelni i dlaczego kandyduje na stanowisko rektora uniwersytetu? W roli głównej- prof. dr hab. Robert Litwiński.

Rozmawiał: Maciej Cieciora

– Panie Dziekanie, jak był Pan dzieckiem, to kim Pan chciał być w przyszłości?

Tak jak wielu moich kolegów z dzieciństwa chciałem zostać strażakiem. Bardzo szybko jednak, bo już w czwartej klasie, zapałałem miłością do historii. Zaczęło się najpierw od podręcznika szkolnego, a że w domu rodziców znajdowało się „parę” książek historycznych, to zacząłem pogłębiać wiedzę. Potem się okazało, że to były podręczniki akademickie. Miałem też świetnego nauczyciela, który potrafił tę wiedzę przekazywać i wychodzić daleko poza tę zawartą w książkach. Razem z nim zwiedzaliśmy naszą małą ojczyznę czyli Nałęczów, bo stamtąd pochodzę i poznawaliśmy przeszłość miasta. Takie były początki mojej dzisiejszej pasji. Tak na marginesie, to chciałbym przytoczyć pewne zdarzenie. Gdy w ubiegłym roku mój syn zapytał mnie o to, co bym wybrał w przypadku mojej drogi zawodowej gdybym mógł cofnąć czas, odpowiedziałem mu nieco żartobliwie, że „pierwszą miłość mojego życia” czyli historię A on mówi: „Mamo, słyszysz?”. Żona, nie podnosząc głowy znad książki, mówi tak: „Synu, twój tata w historii zakochał się, o ile pamiętam, w podstawówce, a mnie poznał dopiero na studiach, więc wszystko jest w porządku”.

W późniejszych latach pogłębiałem te zainteresowania. Zbiegły się one z drugą moją pasją, ale jednak związaną z historią, chodzi o modelarstwo. Bardzo lubiłem wykonywać modele okrętów żaglowych. Moim sztandarowym osiągnięciem było wykonanie modelu HMS ,,Victory” – flagowego okrętu admirała Horatio Nelsona podczas bitwy pod Trafalgarem. Zresztą jeżeli Pan spojrzy na tę ścianę, to ujrzy Pan zdjęcie wydrukowane na płótnie, które przedstawia również epizod z tej bitwy.

– Czyli kolejną pasją Pana Profesora jest żegluga i morze?

– Zgadza się. Miałem taki okres w szkole średniej, że uległem fascynacji szkołą morską, ale jednak cały czas najbliższa była mi historia, zarówno w szkole podstawowej, jak i średniej. Zarzuciłem uprawianie piłki nożnej stwierdzając, że wielkiej kariery w sporcie nie zrobię i trzeba zająć się nauką.

– Jak to się stało, że Pan Profesor znalazł się na UMCS-ie?

– Dla mnie, wybór był oczywisty. Pochodzę z Nałęczowa, więc Lublin był najbliższym ośrodkiem akademickim, na którym wykładano historię. Z UMCS-em związani byli moi nauczyciele. W ósmej klasie szkoły podstawowej historii uczyła mnie absolwentka naszego Uniwersytetu. W liceum moją wychowawczynią była absolwentka naszej biologii. Pani od matematyki również ukończyła UMCS, nota bene grała w siatkówkę w naszym AZS-ie. Tych osób związanych z UMCS-em było więcej. Można więc powiedzieć, że właściwie ukształtowali we mnie wizerunek Uniwersytetu. Kiedyś w szkole średniej nasza wychowawczyni zabrała nas na wycieczkę po miasteczku akademickim. Chciała nam pokazać miejsce swoich studiów. A ja cały czas spędziłem na Wydziale Humanistycznym. To była „miłość od pierwszego wejrzenia”. Od razu wiedziałem, że chcę studiować na UMCS-ie. Rodzice również mnie wsparli i utwierdzili w tym wyborze. Rubikon został przekroczony i po egzaminach wstępnych, a zdawałem historię, geografię i język obcy, zostałem studentem. Chcę wyraźnie podkreślić, że jestem dumny z tego, że jestem absolwentem Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej i bardzo mnie bolą te niezasłużone negatywne komentarze dotyczące naszej Uczelni. Uważam, że to jest świetne miejsce do nauki i do pracy, które będzie się szybko, prężnie rozwijało.

– Jak był Pan Dziekan studentem, to już wtedy w głowie przewijały się myśli związane ze zrobieniem stopnia naukowego doktora?

– W zasadzie ja cały czas chciałem być historykiem. To powiedziałem już w ósmej klasie mojej nauczycielce historii, która znakomicie potrafiła rozbudzić w nas – uczniach pasje związane z tą nauką. Co prawda na studiach robiłem wiele różnych rzeczy, bo łączyłem naukę z pracą. Ale miałem to szczęście, że na swojej drodze spotykałem świetnych i odpowiednich ludzi. Studiowaliśmy w cyklu pięcioletnim, co było bardzo dobrym rozwiązaniem. Epokę historyczną mogłem poznawać przez cały rok, a nie przez semestr. To wbrew pozorom zwiększało mobilność, mieliśmy więcej czasów na realizację wyjazdów związanych na przykład z przygotowywaniem pracy magisterskiej. Pamiętam, że decydującym dla mnie wyborem był wybór seminarium magisterskiego. Wybrałem historię najnowszą. Zapisałem się na seminarium u śp. prof. Tadeusza Radzika, który rozbudził we mnie jeszcze większą pasję do historii i dopingował do pracy. Pracę magisterską pisałem długo, bo seminarium było bodajże trzyletnie, a materiały do pracy zbierałem między innymi w Centralnym Archiwum Wojskowym w Warszawie, do którego dotarcie wówczas wcale nie było łatwe. Napisałem chyba niezłą biografię polityczną generała broni Kazimierza Sosnkowskiego i to moje ,,dzieło” oraz kwerenda archiwalna, jaką przeprowadziłem, zadecydowała, że moja praca znalazła uznanie w oczach Szefa. Akurat tak się złożyło – i tu widzi Pan, kolejny, szczęśliwy zbieg okoliczności – że studia kończyłem w czerwcu w 1995 roku, a od 1 października ruszał pierwszy nabór na studia doktoranckie.

– To jest szczęście.

– To jest szczęście, bo miałem propozycję nauczania historii w szkole. Ja jednak chciałem czegoś więcej. Pokochałem funkcjonowanie w środowisku akademickim, zapałałem miłością do pracy naukowej, do zajęć ze studentami. Dostałem się na studia doktoranckie i już miałem rozbudowaną koncepcję pracy doktorskiej. Diametralnie zmieniłem swoje zainteresowania. Po paru miesiącach zostałem zatrudniony na stanowisku asystenta, przy czym wytyczne Profesora były jasne. Wówczas asystent miał osiem lat na napisanie doktoratu, a On mi powiedział: „Panie Robercie, Pan startował na studia doktoranckie, studia to cztery lata i tego się trzymajmy”. Oznaczało to, że na przygotowanie doktoratu miałem więc, nie osiem a cztery lata. I tak się stało. W przypadku habilitacji wystarczyło, że Profesor stwierdził, że chyba nie będę zbyt długo nad nią pracował? To był jeden ze sposobów dopingowania mnie do pracy przez mojego Szefa i za to będę Mu zawsze wdzięczny.

– A co w takim razie teraz pociągnęło Pana Profesora do takiej decyzji, bo będzie się Pan ubiegać o fotel rektora UMCS?

– Chęć oddania długu wdzięczności mojej Alma Mater, chęć dokonania dalszej ewolucji Uczelni, przyśpieszenia rozwoju naukowego. Moje motywy zacząłem wyjaśniać w liście otwartym oraz radiowych wystąpieniach. Nie chciałbym ich tutaj powtarzać. Mam wiele pomysłów, które mogą skutkować tym, że nasza Uczelnia stanie się placówką jeszcze lepszą, gdzie będą prowadzone lepsze badania naukowe, gdzie pracownikom będzie się lepiej pracowało, a studentom lepiej uczyło. Uczelnią cieszącą się renomą w kraju i za granicą. Nie będę ukrywał, że moja decyzja jest również konsekwencją mojej drogi zawodowej. Celem, który sobie postawiłem było otrzymanie tytułu profesora, bo jest on w pewnym stopniu zwieńczeniem drogi naukowej. Ów cel został osiągnięty w ubiegłym roku. Na pewno na mojej decyzji zaważyło również doświadczenie administracyjne. Pełniłem bowiem na Uczelni różne funkcje, od zastępcy dyrektora Instytutu Historii począwszy, poprzez dyrektora tegoż instytutu, aż do dziekana Wydziału Humanistycznego. Kierowałem Zakładem Historii Najnowszej, a obecnie jestem kierownikiem Katedry Metodologii i Badań nad XX-XXI w. Mam doświadczenie w działalności organizacyjnej, społecznej i popularyzatorskiej. Aktywnie działałem we władzach Polskiego Towarzystwa Historycznego. Razem ze współpracownikami udało nam się zrobić wiele fajnych rzeczy. Pokazaliśmy, że możemy lepiej wykorzystywać nasz potencjał. Jako kierownik zakładu zawsze patrzyłem przez pryzmat interesów całego instytutu, jako dyrektor instytutu uwzględniałem interes całego wydziału, a jako dziekan patrzyłem na interes całej naszej Alma Mater. Zawsze piastowanie funkcji administracyjnych postrzegałem jako służbę wobec społeczności, a nie jako element osobistej kariery. Wiele osób z Uniwersytetu widząc mą aktywność i sposób działania zachęcało mnie do podjęcia decyzji o starania o „fotel rektorski”.

– Prowadzi Pan Profesor konsultacje, jakie głosy pan słyszy wtedy?

– Zacznę od końca. Nie usłyszałem żadnego negatywnego. Jak dotychczas są to same głosy pozytywne. Tych konsultacji było sporo, ponieważ rozmawiałem ze wszystkimi grupami pracowniczymi, z członkami społeczności UMCS. Wysłuchałem potrzeb i oczekiwań. Wiele z nich pokrywa się z moimi spostrzeżeniami, a to przekłada się na sprawne budowanie naszego, tj. społeczności akademickiej, programu.

– Rodzina wspiera, akceptuje Pana wybory?

– Muszę Panu powiedzieć szczerze, że pierwszą rozmowę odbyłem z żoną. Wspiera mnie od zawsze. Zawsze gdy pełniłem funkcje administracyjne (tj. od 1 września 2008 r.), mogłem liczyć na wsparcie z Jej strony. Syn mnie poklepuje po ramieniu i mówi: „tato, trzymam kciuki!”. Wspierają mnie rodzice, brat i cała dalsza rodzina, przyjaciele i znajomi. Po tym, jak ujawniłem swój zamiar, nawet się nie spodziewałem jak wiele osób, będzie mi służyło wsparciem i pomocą. Jest takie powiedzenie, które mówi, że jeżeli okażemy dobroć drugiemu człowiekowi, to wróci ono do nas w postaci zwielokrotnionej. W moim przypadku ta prawda potwierdza się znakomicie.

– W tym natłoku zadań, znajduje Pan Profesor czas dla siebie?

– Wie Pan, że tak! (śmiech). Tak jak wspomniałem, osiągnąłem pewien etap w pracy naukowej, ale nadal piszę. Teraz przymierzam się do kolejnej książki. Żona żartuje, że w końcu może coś napiszę dla ludzi (Śmiech). Może będzie to życie codzienne i niecodzienne międzywojennego Lublina. To na razie plany, ale nie sądzę, aby miały długo czekać na realizację, Zaskoczę Pana z pewnością, gdy powiem, że udało mi się zwolnić tempo pracy. Może brzmi to paradoksalnie, ale mam więcej czasu na aktywność fizyczną. Przez ostatni urlop pokonałem ponad 1000 kilometrów na rowerze, jeżdżąc po bliższych i dalszych okolicach Lublina, a rowerowy sezon zakończyłem późno, bo aż w listopadzie. A praca nad przygotowaniem programu wyborczego jest pasjonująca bo uwielbiam rozmawiać z ludźmi.

– Czekając na Pana Dziekana, rozglądałem się po gabinecie i zauważyłem, że jest Pan wiernym kibicem, bo oprawiona jest koszulka AZS UMCS?

– Ja uwielbiam sport. Kiedyś próbowałem go nawet uprawiać (śmiech). A teraz jestem kibicem. Tak, na ogół staram się nie opuszczać wydarzeń, które wiążą się z działalnością naszego AZS-u. Jeżeli mam do wyboru różnego rodzaju iwenty, to zawsze idę tam, gdzie występuje AZS. To jest wspieranie swoich, identyfikacja i utożsamianie się z marką. A poza tym wiąże się to z moją pasją. Niedawno byłem na meczu naszych siatkarek, na którym spotkałem swoich nauczycieli z liceum: historyka i matematyczkę, która w trakcie studiów grała w naszym AZS-ie. I to pokazuje, że ludzie wiążą się z UMCS-em pomimo upływu lat.

– Ulubiona pozycja literacka to?

– To mi Pan zadał ćwieka. Powiem szczerze, że parę miesięcy temu moja żona ponowiła pytanie. „Jaką ty książkę niehistoryczną ostatnio przeczytałeś?”. Wie pan, co odpowiedziałem? Trylogię. Czytałem ją wielokrotnie, już przestałem liczyć ile razy. Pana Tadeusza przeczytałem chyba mniej. Książki chłonąłem od dzieciństwa i były różne etapy, w których literatura dominowała. Nie mam jednej ulubionej. Uwielbiam czytać polską literaturę piękną i to zawdzięczam nauczycielce ze szkoły średniej. Lubię czytać literaturę dwudziestolecia międzywojennego chociażby z racji moich zainteresowań historycznych.

– Na zakończenie, jaki będzie UMCS w przyszłości?

– Będzie uczelnią wysokich standardów, gdzie wszyscy będziemy się z Nią utożsamiali, z której będziemy dumni. Cieszącą się renomą w kraju i zagranicą. Będzie to również uczelnia przyjazna członkom własnej społeczności akademickiej i otoczeniu. Chcę doprowadzić do sytuacji, w której wszyscy nauczyciele akademiccy, będą mogli poświęcić się tym zadaniom, do których zostali powołani. Pracownicy badawczy i badawczo-dydaktyczni do uprawiania nauki na najwyższym poziomie, pracownicy dydaktyczni zaś do kształcenia. Pragnąłbym, abyśmy mieli świetnych specjalistów również z za granicy. Aby nasze programy kształcenia były na najwyższym poziomie. Najlepszą reklamą kształcenia są dla nas studenci i absolwenci. Jeżeli na przykład Pan powie: „Super, świetnie, tu mogę uzyskać zindywidualizowaną wiedzę na wysokim poziomie, to miejsce, w którym rozwijam pasje, a Uczelnia mnie wspiera. Wszyscy jesteśmy traktowani w partnerski sposób”, to między innymi taka wypowiedź będzie potwierdzeniem, że na Uczelni dobrze się dzieje. Być może jest to wizja nieco idealistyczna, ale do ideału należy dążyć. Jestem idealistą, ale jestem również praktykiem. Chciałbym, abyśmy wszyscy mogli powiedzieć: ,,Uniwersytet Marii-Curie Skłodowskiej – To brzmi dumnie”.

– W takim razie życzę Panu Profesorowi, jak i sobie, aby przyszło nam funkcjonować w takiej rzeczywistości, jaką Pan nakreśla w swojej wizji.

-Dziękuję bardzo.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Dziennikarz, konferansjer, student. Szef działu informacji w magazynie studentów Polformance. Pochodzę ze Starachowic, mieszkam w Lublinie. Aktualnie należę do Studenckiego Koła Dziennikarskiego UMCS oraz współredaguje magazyn. Miałem przyjemność pracować i zdobywać nowe doświadczenia w: Telewizja POLSAT, Gazeta Starachowicka – prowadzący dwa internetowe programy- Co Słychać oraz #Sławniprywatnie, Radio ESKA, Echo Dnia Starachowice, TVP3 Kielce. Współprowadziłem również imprezy miejskie, powiatowe oraz wydarzenia kulturalne. Ze światem mediów związany jestem od 5 lat. Byłem również przewodniczącym VII kadencji Młodzieżowej Rady Miasta w Starachowicach. Obecnie studiuję Dziennikarstwo i Komunikację Społeczną na UMCS w Lublinie.