Jest jedna rzecz, której, jako gracz, w zasadzie trzeba się nauczyć na pamięć, obcując z grami video – spodziewaj się niespodziewanego. Bo jak inaczej mogę określić powrót marki, która wydawała się martwa od momentu wydania jej najbardziej nierentownego produktu do tej pory? I co ważniejsze – jakim cudem wróciła ona w tak wielkim stylu?!

https://www.youtube.com/watch?v=dG6_CAdiLPM

(Link do trailera)

Pozwolę sobie teraz, dla przypomnienia weteranom i dania kontekstu ludziom niezaznajomionym z marką, przybliżyć w skrócie historię serii Devil May Cry – to mający długą tradycję cykl gier akcji z podgatunku slasherów stworzony przez japońskie studio Capcom, którego pierwsza część miała premierę w 2001 roku i początkowo miała być kolejną częścią innego, bardzo znanego już wtedy cyklu – Resident Evil, a miała nosić miano Resident Evil 4. Kolejne części ukazywały się kolejno w 2003, 2005, 2008 i 2013 i poza częścią drugą oraz reboocie wydanym w 2013 – wszystkie zyskały poklask wśród recenzentów, jak i samych graczy, szczególnie uwielbiana przez fanów Devil May Cry 3: Dante’s Awakening. Niestety tego samego powiedzieć nie mogę o DMC: Devil May Cry, czyli wspomnianym reboocie autorstwa brytyjskiego Ninja Theory, ponieważ to on właśnie był wyżej wymienionym nierentownym produktem, który owszem – zachwycił ludzi wcześniej niechętnych serii i recenzentów ogółem, ale mocno alienował swoich starych fanów nieco innym stylem prowadzenia rozgrywki, całkowicie odmienną szatą graficzną (i mam tu na myśli styl, nie technologię) oraz nowym designem Dantego – głównego bohatera serii. Zatwardziali fani nie docenili tego wcielenia ich ulubionej marki, stąd też planowany sequel utkwił w wiecznym deweloperskim limbo.


Tym samym dochodzimy do wydanego w marcu 2019 roku Devil May Cry V, którego w zasadzie nikt nie oczekiwał przed momentem ogłoszenia, bo większość ludzi żyła już w przeświadczeniu, że po DMC seria nie powstanie z kolan. I jakież było zaskoczenie ludzi, kiedy okazało się po premierze, że DMC nie tylko z tych kolan powstało, ale przy okazji zrobiło widowiskowy piruet z gracją baletnicy. I trzeba to podkreślić – najnowsza odsłona (tym razem stworzył ją oryginalny deweloper serii – Capcom) jest kontynuacją japońskiej inkarnacji Płaczącego Diabła oraz wielkim listem miłosnym dla wieloletnich fanów. Ilość smaczków i odniesień do starszych odsłon (głównie do jedynki oraz trójki) jest po prostu zatrważająca, a odkrywanie ich było dla mnie czystą przyjemnością – za jeden z przykładów niech posłużą towarzysze grywalnego V, którzy w pierwszej części występowali jako przeciwnicy Dantego! Nawet główny wątek fabularny bazuje w dużej mierze właśnie na konceptach prosto z DMC1 i DMC3, ale więcej nie zdradzę, bo zbyt dobrą zabawę stanowi odkrywanie tego. Natomiast o wątku fabularnym, czymś, co w grach Capcomu nigdy nie gra pierwszych skrzypiec, mogę powiedzieć jedno – jest genialnie. To utrzymana w klasycznym stylu idiotyczna, abstrakcyjna i często ignorująca istnienie logiki opowieść utrzymana w campowej, przerysowanej stylistyce. Ale zaraz, skoro jest tak głupia to jakim prawem mogła mi się podobać? A choćby poprzez wspomnianą stylistykę (podkreśloną dodatkowo przepiękną i płynną grafiką) oraz charakternych i charakterystycznych bohaterów – każdy jest unikatowy i wręcz kretyńsko pewny siebie – wyszczekany i niedoświadczony, ale altruistyczny Nero, jeszcze bardziej wyszczekany, pozornie zimny, ale wykazujący się troską o młodziana (i stylem!) Dante, pretensjonalny do bólu zębów i śmiesznie wręcz mroczny V, zabawna i zaradna Nico, etc. – oni wszyscy błyszczą i nadają całości niepowtarzalnego charakteru.

 


No dobra, ale jak wspomniałem wcześniej – w grach Capcomu fabuła nigdy nie grała tak naprawdę roli większej niż pomysłowy pretekst do siekania co większych fal diabelskiego nasienia i tak jest również w tym przypadku. To dalej trzecioosobowy slasher bazujący na odpowiednim wykorzystaniu systemu combosów, aby na koniec poziomu otrzymać jak najwyższą rangę, a jakże, stylu grania. Niemniej różnice się oczywiście pojawiły, prawdę powiedziawszy to właśnie w tej części zostało ich zaimplementowanych najwięcej w całej sadze. W grze mamy możliwość sterowania trzema postaciami – Nero, Dante oraz V i każdą z nich gra się nieco inaczej, każdy ma swój własny flow walki. Najbardziej klasyczny styl gry reprezentuje Dante – poza ikonicznym mieczem i pistoletami zdobywa on coraz to nowsze bronie i obsługuje za pomocą stylów walki zmieniających nieco zestaw umiejętności, przy okazji ładując możliwość przemiany w demona. Nero również bazuje w dużej mierze na tym, jak wyglądała walka w jego wykonaniu wcześniej (DMC4), niemniej teraz ma do dyspozycji całą masę bojowych protez różniących się między sobą swoimi umiejętnościami – poza tym bazowy arsenał stanowią miecz spalinowy (tak, świadomie to napisałem) i rewolwer. Najbardziej oryginalny jest zdecydowanie V – w przeciwieństwie do ww. panów nie walczy on bezpośrednio, wykorzystując do tego swoich popleczników demonicznych popleczników i mogąc jedynie dobić wroga. To bardzo miła odskocznia od standardowych etapów z resztą grywalnej obsady, niemniej na dłuższą metę jest to najmniej satysfakcjonujący w prowadzeniu bohater – gra nim jest dość prosta (mimo pasków zdrowia sprzymierzeńców oraz niskiej wytrzymałości samego V), osiągnięcie wysokich wyników nie powinno stanowić wyzwania dla średnio wprawnego gracza, a i zdobywa on najmniej umiejętności w trakcie trwania fabuły. Ale w ramach urozmaicenia gameplayu oraz scenariusza sprawdza się wyśmienicie.

 

Właśnie, bo prawie bym zapomniał – muszę przytoczyć wady, a zacznę od poziomu trudności. Jest to najmniej wymagająca gra w całym cyklu, poziom wejścia dla weterana jest wręcz trywialny, dla nowicjusza – średnio trudny, ale ciężko mi to określić jako wadę samą w sobie, bardziej będzie dotykało fanów, szczególnie sadomasochistycznej trzeciej odsłony, ale i w miarę zbalansowanej „czwórki”. Musimy jednak pamiętać, że DMC4 i DMCV dzieliło 11 lat różnicy i gra musiała być też przygotowana dla nowego pokolenia graczy, czego naturalną konsekwencją jest obniżenie poprzeczki na wejściu. Zresztą pierwsze przejście ma nie być zakończeniem gry – to stanowi początek prawdziwej zabawy w postaci ponownego podchodzenia do ukończonych etapów z odblokowanymi umiejętnościami na wyższych poziomach trudności. Pierwsze podejście ma jedynie stanowić przypomnienie lub samouczek. Niestety realną wadą gry jest małe zróżnicowanie etapów w drugiej jej połowie. Na początku jest naprawdę nieźle – chodzimy m.in. po ruinach miasta, dokach, opuszczonej bibliotece, stacji metra, teatrze – dzieje się. Niestety później ciągle zmuszeni jesteśmy „podziwiać” pseudo-gigerowskie wnętrza gigantycznego drzewa i niby nie jest monotonnie, bo różnice są zauważalne w postaci innego oteksturowania powierzchni, oświetlenia etc., ale jednak prawie cały czas jest w opór klaustrofobicznie – nie podobało mi się to wcale a wcale. O monotonnym na dłuższą metę gameplayu V wspominałem już wyżej, więc nie będę się już na ten temat rozpisywał.


Podsumowując – Capcom dostarczył grę na naprawdę wysokim poziomie i po raz kolejny w 2019 roku uraczył graczy świetnym powrotem kolejnej absolutnie kultowej marki (wcześniej był remake Resident Evil 2), zadowalając zarówno laików, jak i wieloletnich miłośników, w tym mnie (bo w ogóle nie da się tego wywnioskować po powyższym tekście, skądże znowu). To wręcz jedna z moich ulubionych gier tej generacji konsol, celebracja bardzo konserwatywnego (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) i umownego podejścia do projektowania gier. I teraz, kiedy oficjalnie ta część stała się najlepiej sprzedającą się grą z cyklu, przekraczając próg 3 milionów sprzedanych egzemplarzy, zdobyła uznanie krytyków oraz graczy na całym świecie, mogę być spokojny o los kolejnych rozdziałów sagi o lamentującym diable.

https://www.youtube.com/watch?v=-WpnPSChVRQ

PS: Zachęcam również do zapoznania się z soundtrackiem, który mogę opisać jedynie jednym słowem – wspaniały.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *