Mój przyjaciel Hitler, czyli kilka słów o „Jojo Rabbit”.

Źródło: antyradio.pl

Trudno jest znaleźć bardziej kontrowersyjnie zapowiadający się film w tegorocznej rozgrywce Oscarowej, od obrazu twórcy „Thor: Ragnarok” Taiki Waititiego. Nowozelandczyk wziął na warsztat czasy hitlerowskiej III Rzeszy, a sam postanowił wcielić się w groteskową wersję Führera. Co wyszło z połączenia nieszablonowego stylu reżysera z okresem nazizmu? Zapraszam na recenzję „Jojo Rabbit”.

Temat nazizmu i tragedii okresu II Wojny Światowej, został przewałkowany przez popkulturę setki razy w niezwykle poważnych, nacechowanych bólem, żalem i rozpaczą dziełach. Słuszność istnienia tak dużej ilości utworów związanych z tą tematyką jest całkowicie uzasadniona, ludzie muszą pamiętać o tym co się wydarzyło. Żeby jednak całość dorobku nie zlała się w jedną masę, co jakiś czas potrzebne są utwory, które wybiją się nieco z klimatu patosu, na rzecz pozornego, lżejszego podejścia do podejmowanego tematu. Przykładami takich zabiegów są „Bękarty Wojny” Quentina Tarantino z niesamowitą postacią Hansa Landy (Christoph Waltz), czy nagrodzone Oscarami „Życie jest piękne” Roberto Benigniego. Dziedzictwo spojrzenia w krzywym zwierciadle na II Wojnę Światową, w pełni kontynuuje „Jojo Rabbit”, niosąc swoją treścią kaganek oświaty, dla pokoleń, które ze względu na mijający czas, nie mają możliwości usłyszeć bezpośrednio od uczestników, opisu rzeczywistości okresu nazizmu.

„Jojo Rabbit” to historia chłopca, który wychowuje się w zindoktrynowanej III Rzeszy, jego życiowym celem jest stanie się pełnoprawnym nazistą i mordowanie Żydów. Problem w tym, że Jojo (Roman Griffin Davis), nie jest przesiąknięty złem, a żeby poradzić sobie z codziennością życia w nazistowskich Niemczech, zaprzyjaźnia się z wyimaginowaną postacią Adolfa Hitlera (Taika Waititi). Jojo trafia na obóz Jungvolk, gdzie poznajemy wiele z absurdalnych postulatów nazizmu, a sam chłopak nie do końca sprawdza się jako młody wzór nazisty. Po odniesieniu obrażeń, Jojo wraca do domu, tam jednak odkrywa, że jego matka (Scarlett Johansson) ukrywa na strychu żydowską dziewczynę. Młody wychowanek ideologii III Rzeszy musi zmierzyć się z lojalnością wobec nazizmu, podsycaną przez swojego wymyślonego przyjaciela, a rodzącą się miłością do Elsy (Thomasin McKenzie).

Największą siłą „Jojo Rabbit” jest balansowanie tego filmu pomiędzy skrajnymi emocjami, co chwilę śmiejemy się, żeby kolejny moment przyniósł nam chwilę wzruszenia. W każdej minucie pamiętamy jednak o tym w jakich realiach jesteśmy, od początku obcujemy z satyrą najwyższych lotów. Patrzymy na świat hitlerowskich Niemiec oczami 10-letniego chłopca, zafascynowanego całą ideologią nazizmu. Nie możemy go oceniać, bo jego percepcja rzeczywistości jest zaburzona przez wychowanie, Jojo myśli, że wszystko co wie o Żydach, świecie, rasie aryjskiej jest prawdą. Z biegiem czasu odkrywa własną prawdę. Najlepszym cytatem określającym cały film są słowa Elsy skierowane do Jojo „Nie jesteś nazistą Jojo, tylko dziesięciolatkiem, który chce nosić śmieszne mundurki i przynależeć do grupy”.

Od samego początku do końca nie mogłem wyjść z zachwytu jak Taika Waititi, zachował przy całej gamie humoru, tak wielką liczbę elementów niosących przesłanie. Rozpoczynając od wytykania całej masy absurdów hitlerowskiej propagandy, kończąc na podkreśleniu siły miłości, która jest w stanie przebić nawet najgrubsze mury. Gdyby decyzja o wręczeniu Oscara należała do mnie, statuetka dla najlepszego filmu niezaprzeczalnie trafiłaby w ręce twórców „Jojo Rabbit”.

Gdy na chwilę postawimy z boku samą historię i ogrom przesłania, edukacji jaką za sobą niesie, musimy docenić świetne aktorstwo. Cała młoda gwardia na czele z Romanem Griffinem Davisem i Thomasin McKenzie wypada tak dobrze, że trudno uwierzyć w ich nikłe doświadczenie kinowe. Scarlett Johansson za rolę Rosie dostała nominację do Oscara, a reszta bohaterów dodaje tylko odpowiedniego klimatu, doskonale rozumiejąc zamysły reżysera. Wielki występ całej obsady.

„Jojo Rabbit” to film rewelacyjny, działa świetnie na wszystkich polach, zaczynając od audiowizualnych aspektów technicznych, kończąc na wzruszającej historii, zabarwionej sznytem autorskim Taiki Waititiego. Jeżeli zastanawiacie się, na co pójść do kina, albo chcecie zacząć przygodę z oglądaniem filmów na srebrnym ekranie, „Jojo Rabbit” będzie pozycją idealną, co powiedziałby nawet stojący obok Was Adolf Hitler.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *