Felieton Kultura Recenzja

Krótko o przypowieści Stanleya

To jeden z cięższych tekstów, jakie przyszło mi pisać, bo jak z innej strony ugryźć temat, który został rozszarpany wiele lat temu przez rozmaitych ludzi z branży? I jak sprawić, żeby ten tytuł zainteresował jak największą ilość ludzi niezaznajomionych, opisując go jednocześnie tak, aby nie zdradzić zbyt wiele z narracji, na której opiera się całe The Stanley Parable? No dobrze, zacznijmy od początku.

Stanley to zwykły pracownik w biurowcu, typowy korposzczur, którego zadanie polega na klikaniu w przyciski na klawiaturze. To jego praca, dostaje za to wynagrodzenie, codziennie się widuje ze swoimi współpracownikami, wymienia się uprzejmościami. Cóż, tak było do pewnego dnia, podczas którego nikogo w biurowcu nie było, poza Stanleyem. Wszyscy tajemniczo zniknęli, a jedynym towarzyszem podróży protagonisty jest aksamitny i głęboki głos narratora opowieści. Pytanie tylko, czy towarzyszy bohaterowi opowieści, czy graczowi.


Mechanika nie porywa – scenariusz: owszem

Dobrze, pozwolę sobie na przybliżenie tego, o czym w ogóle piszę. The Stanley Parable to narracyjna gra eksploracyjna, złośliwi określiliby to „symulatorem chodzenia” i patrząc na grę z punktu widzenia mechanik obecnych w grze nie mijałoby się to z prawdą. Jednak nie mechanika stanowi tu punkt kluczowy zabawy, a zręcznie napisany i przeprowadzony scenariusz, adorowany przez Kevana Brightinga – wspomnianego wyżej narratora. Ścieżek do różnych zakończeń jest tu w bród i mimo, że całość można przy jednym posiedzeniu ukończyć w 0,5h, magia polega na odkrywaniu innych dróg do zakończeń, gdyż nawet najmniejsza różnica budzi tu uśmiech na twarzy, a najbardziej szokujący wariant scenariusza naprawdę szokuje. I tu zapędzam się w kozi róg, gdyż mimo 7 lat od premiery komercyjnej i 9 od premiery moda do oryginalnego Half Life 2 nie chciałby zbyt wiele zdradzić, gdyż każdy spoiler w mojej opinii urywa rąbek tajemnicy fabuły. Pozwolę sobie tylko na wyjaśnienie pokrótce tego, co czyni scenariusz tak niesamowitym. I co zabawne – to samo jednocześnie nie czyni tego samego scenariusza ani trochę wyjątkowym.

Gra bawi swoją samoświadomą naturą

To może budzić zdezorienowanie, ale bez obaw, już wyjaśniam. Całość opiera się na samoświadomości i zabawie konwencjami, które przyjęły gry video – ale zaraz, jakimi konwencjami? A jak często zdarzyło się sprawdzić listę osiągnięć przed rozpoczęciem gry? Albo jak często, aby przyspieszyć eksplorację świata, zaczęło się skakać po mapie, notorycznie wciskając przycisk spacji? I czy zawsze zdarzyło nam się w trakcie trwania narracji podążać za słowami pana przedstawiającego opowieść, nie zbaczając na chwilę ze ścieżki, bo kusiło, by zobaczyć, co się stanie? Oczywiście, jeśli to będzie pierwsza gra, w jaką się zagra, te pytania tracą rację bytu, więc ich zadawanie nawet nie graniczy z czystym bezsensem, a go stanowi. Ujmę to więc tak – czwarta ściana jest łamana nieustannie, ale może i nie zostać złamana w ogóle, w końcu kto powiedział, że takowa się tu znajduje?

Łamanie konwencji to słowo klucz

Problem z tym dziełem jest taki, że ciężko się je w ogóle opisuje – mogę się starać, owszem, ale pełnię tego, co ma do zaoferowania The Stanley Parable ma samo… The Stanley Parable, w to po prostu należy zagrać, aby zrozumieć. Więc podpowiem jedynie, że gra obecnie jest do pobrania absolutnie za darmo na platformie Epic Games Store. Spróbuj, mimo tego, że w wypadku zignorowania niczego nie stracisz – to w końcu tylko kolejna, zwyczajna gra.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *