Czy magia Deftones wciąż działa? Tak. Oto, dlaczego

Chłopaki z Sacramento wrócili. I klasycznie dla nich – samo pokazanie, że się nie rozpadli, im nie wystarcza. W skrócie – Deftones po raz 9 już udowodnili, dlaczego nieprzerwanie śledzę ich poczynania.

Minęło już chyba na tyle sporo czasu, abym mógł zebrać myśli po odsłuchu Ohms. I żeby mieć to od razu z głowy – szczypta kontekstu dla tych, którzy nie wiedzą, kim w ogóle są Deftones. Cóż, istnieją oni od 1988 roku, pierwszy album wypuścili w 1995 i przez ten okres eksperymentowali z wieloma różnymi stylami muzycznymi, od nu metalu począwszy, przechodząc przez groove metal i od wydanego w 2000 roku White Pony na miksie alternatywnego metalu, hard rocka i shoegaze kończąc. Po więcej zapraszam do szykującego się już artykułu poświęconego całej reszcie ich dyskografii, a teraz wrócimy do obiektu recenzji.

Zaczynając od początku…

I zacznę analizę od pierwszego utworu na trackliście – Genesis. I w zasadzie można mówić o klasycznym utworze Deftones i mam tu na myśli nie tyle to, że jest tak genialny, że wpasuje się w kanon… Bardziej chodzi o utwór napisany według wypracowanej przez lata formuły. Co nie oznacza również, że nie jest dobry, bynajmniej – Genesis sprawnie operuje tempem między stonerowymi/djentowymi zwrotkami i harmonijnymi wstępem i refrenem, chociaż tutaj ujawnia się jeden, nie do końca wynikający ze złych decyzji artystycznych mankament – wokalista, Chino Moreno, się starzeje, jego wrzaski są coraz… cieńsze. Ale i tak nie mogę nie oddać wokaliście tego, że wokale brzmią zwyczajnie solidnie. Ogólnie całościowo Genesis sprawuje się dobrze jako opener do albumu. Natomiast jeśli chodzi o tekst, nie mogę odeprzeć się od przekonania, że jest małą opowieścią o osobistym pogodzeniu się z tragedią śmierci poprzedniego basisty zespołu, Chi Chenga. Czy to źle? Nie do końca, powiem więcej – to świetne podsumowanie pewnej ,,odysei” trwającej od wydania Diamond Eyes w 2010.

Z pozycji na pozycję robi się ciekawiej

Następne jest Ceremony, gdzie Deftones przedstawiają się z tej spokojnej, chciałoby się powiedzieć, ułożonej strony. Słychać tu wręcz echa White Pony i Saturday Night Wrist, instrumental cały czas zachowuje balans między głośnością instrumentów, a ich spokojną grą na zwrotkach i żywiołową w refrenie, plus brak wrzasków Chino, jedynie jego śpiewy i szepty budujące pochłaniającą, marzycielską atmosferę. Głos wokalisty zahacza klasycznie wręcz o swego rodzaju erotyzm, momentami tak ekstatyczny, że można podejrzewać pana Moreno o nieustanny orgazm w trakcie śpiewania. I ja to uwielbiam. Kolejny dobry utwór.

Album potrafi uderzyć, ale i pogładzić

Po ceremonii następuje Urantia. I żeby jakoś opisać to, w jaki sposób następuje – wyobraźcie sobie, że płyniecie sobie po jeziorze wczesnoporanną porą, lekka mgiełka unosi się nad taflą wody, to Ceremony. I wtedy nagle uderza w was tankowiec. Mniej więcej tak można określić Urantię, potem wesoło sobie toniecie w atmosferze napięcia. I w tle wciąż przygrywają emocjonalne (żeby nie powtarzać ,,orgazmiczne”) wokale w akompaniamencie naprawdę niezłego tekstu. Całość tworzy mieszankę wybuchową ezoteryki i mocy brzmienia, co można odnotować przez przemieszanie riffu, którym nas wita utwór na samym początku (przywodzi na myśl czasy, gdy jedynymi albumami kapeli były Around The Fur i Adrenaline) oraz pięknego wokalu. I wstawki elektroniczne Franka Delgado. Jeden z moich ulubionych utworów na płycie.

Dostrzegalne czasami są echa przeszłości

Po dobrych momentach przychodzi czas na błędy, konkretnie jeden, ale przyjemny. By zachować godność po tej tragicznej gierce słownej, muszę powiedzieć, że Error to kolejny z moich faworytów z tracklisty. I tu się powtarza mały patent brzmieniowy, gdyż po raz kolejny mamy tu do czynienia z miksem pozornie niedopasowanej gry instrumentów i ścieżki wokalnej – ujmując to w „eleganckiej” manierze, dwa kompletnie różne elementy przechodzą w akt symbiozy. No, pretensjonalizm za sobą, czas, by wrócić do analizy. To, co w Error mi się podoba to to, jak idealnie podbudowuje napięcie przed końcową, wybuchową partią – wszystko prowadzi do końca, wszystko tutaj służy właśnie jemu. Uwielbiam ending tego utworu, lecz nie ma co się dalej rozwodzić – najdłuższy track czeka do omówienia.

Jest dobrze, nawet bardzo

The Spell of Mathematics – wracamy do nieco cięższej odsłony kapeli. Chłopaki nie tracą czasu na spokojne intra – wstęp atakuje lawiną dźwięków, tak przyjemnie przesterowanych i tak charakterystycznych dla tego zespołu. I wciąż, mimo mocy – utwór nie traci delikatności w pewnych partiach. Jak wspomniałem – symbioza niezależnych od siebie elementów również i tu ma swój przebłysk. To, jak ten utwór buduje w słuchaczu skrajne emocje, od spokoju po chęć rozj… zniszczenia (pardon) czegoś w pobliżu – również zasługuje na duże uznanie. I dla kontrastu do Error, tutaj ending jest wycofany, bardziej atmosferyczny. Niemniej jednak kolejna mocna pozycja.

Autorom nie brak werwy

Następnie co mamy? Pompeji naturalnie, mojego kolejnego faworyta. I może się powtarzam na łamach tego tekstu, ale po raz kolejny podkreślę – kombinacja brutalnego instrumentalu w refrenie i wręcz space rockowych/shoegazowych wokali zwrotek robi tu robotę. W nich właśnie można dodatkowo usłyszeć w tle dźwięki ptaków i fal, słuchając tej piosenki, czułem się, jakbym siedział nad wybrzeżem o brzasku, a obok nadchodziły burzowe chmury. Niezbyt lotne porównanie, ale oddaje wrażenia, jakich się doznaje podczas odsłuchu. To dosłownie jeden z najpiękniejszych momentów Ohms, niemalże kwintesencja albumu i prawie najlepszy track listy.

Ponad 30 lat, a panowie dalej potrafią zachwycić

Z kolei This Link Is Dead jest, z braku lepszego słowa, specyficzny. Tutaj wręcz przeniosłem się w czasie do pierwszych odsłuchów Deftones, tzn. albumu, nie zespołu. I od razu podkreślę – nie są to negatywne skojarzenia, bo to jedna z moich ulubionych płyt w ich dyskografii, po prostu nie do końca pasuje do reszty longplaya. Szybkie wyjaśnienie – Deftones to w zasadzie najcięższy album kapeli, gdyby przestery były człowiekiem – ten album byłby soundtrackiem do jego imprezy urodzinowej. This Link Is Dead jest ciężkie, naprawdę ciężkie, tekst zadziorny, szczególnie, gdy niektóre jego linijki brzmią:

Thanks, you want action? Yeah, I’m aware which form you think I should try, That shit means nothin’,You see, I’m done, Right now I think it’s time that you know, Pay attention, Watch me close, As I decide which fucking way I move

A to pierwsza zwrotka. Tutaj, wzorem nagrania z 2003 roku, zwrotki są bardzo niespokojne, wręcz maniakalne. Mam małe deja vu z When Girls Telephone Boys, jednym z wcześniejszych kawałków bandu, co potwierdza – TLID pasowałoby, ale nie tutaj, wybija z rytmu (chociaż w stylowy sposób), do którego przyzwyczaiły poprzednie piosenki.

Jedynie mała niespójność wyrywa z rytmu

Radiant City, jeden z ostatnich kawałków ciasta, jest dla kontrastu dobrze dopasowane do reszty. Chłopaki nie zatracają tu chęci do ciężkiego grania, ale nie poświęcają harmonii – co więcej, tutaj nowi Deftones naprawdę pokazują, że… cóż, lubią space rocka. Ironicznie jednak, jest to jeden z mniej wyróżniających się kawałków i gdyby nie riff na początku i niesamowicie chwytliwy refren – praktycznie zapomniałbym, jak RC w ogóle brzmi – mam wrażenie, że tutaj zwyczajnie napisali utwór w stylu made by [tu wstaw nazwę zespołu], ot solidny kawałek napisany według formuły. I nic więcej.

Czasem nie da się uciec od schematów

I już praktycznie na finiszu, przedostatni utwór – Headless. Co mogę powiedzieć na temat tego utworu… Na pewno jest dobry, lepszy od Radiant City, bo zapada w pamięć przez większą ilość czynników niż refren i riff. Tutaj jednak mam zastrzeżenie pod innym kątem – wstęp jest zbyt przeciągnięty. 40 sekund w pięciominutowej piosence potrafi często zdziałać cuda… tyle, że nie tu. Gdyby Headless zaczęło się od wejścia wokali, naprawdę nie miałbym nic przeciwko temu. Ale na odkupienie win bezgłowy oferuje magiczną podróż pod postacią hipnotyzującej reszty utworu, czułem i wciąż czuję masywną przestrzeń podczas odsłuchów, prawie że obezwładniającą. A ci, co znają mnie osobiście wiedzą, że uwielbiam tak się czuć, gdy przychodzi do obcowania z muzyką.

Nawet mimo pomniejszych wad jest lepiej niż dobrze

I wreszcie, główne danie serwowane przez Ohms, czyli… Ohms. Dobra, to ostatnia sucha gierka słowna w tym tekście, obiecuję. I teraz zacznę omawiać nieco inaczej – wspomniałem wcześniej, że Pompeji jest PRAWIE najlepszym utworem z tracklisty. Cóż, tutaj mamy do czynienia ze zwyczajnie najlepszym. Pierwszy singiel zapowiadający album wciąż jest jego najjaśniejszą stroną, z paru powodów. Po pierwsze jego umiejscowienie na trackliście. Wyłączając The Link Is Dead, wszystkie poprzednie utwory niemalże płynęły właśnie do Ohms, zapowiadały nieuniknione. Ta piosenka jest cudowna, wszystko tutaj gra – jest ciężko, ale delikatnie, harmonia tu jest słowem kluczem i została doprowadzona do ekstremum, całość brzmi tak potwornie naturalnie, od stonerowego wstępu po resztę utworu (który sam w sobie też jest mocno stonerowy), że aż miałem w głowie jedną myśl pt; „Dlaczego sam na to nie wpadłem?!”. Utwór pulsuje w moich uszach w zasadzie ciągle od momentu wyjścia… co doskonale pokazuje, że powinienem znaleźć sobie w końcu jakieś hobby. Ale piosenka jest piękna.

Kiedy album ma błyszczeć – błyszczy

I tak oto dochodzimy do podsumowania Ohms. Nie jest to album idealny, zdecydowanie posiada swoje mankamenty, jak wspomniałem – Radiant City jest niemalże do zapomnienia, Headless ma zbyt długi wstęp, This Link Is Dead nie pasuje do całości (ironicznie to jeden z najczęściej katowanych przeze mnie tracków), Genesis jest zbyt szablonowe… Ale wciąż kocham ten album. Kocham jego brzmienie, nastrój, jaki buduje – mniej melancholijny niż w poprzedniku, Gore, ale i nie tak brutalny jak w Diamond Eyes. I żeby było jasne – to nie jest kolejne White Pony, Saturday Night Wrist czy Deftones. Ale to nie jest istotne, bo Ohms jest dobre na swoich własnych zasadach, a co najlepsze – jest kolejnym albumem w dyskografii Deftones, który ma swoją własną tożsamość, zachowując to, co kapela zbudowała przez lata. Dajcie szansę Ohms, być może i wy pokochacie ten kawałek muzyki, a jeśli nie… Nie szkodzi, jak na początku napisałem – materiał zbiorczy się szykuje. Ja naprawdę potrzebuję jakiegoś hobby.

Link do playlisty z albumem na serwisie YouTube:https://www.youtube.com/playlist?list=OLAK5uy_mZprjFJIuHokkJXb-jZYkpzJXDE5sJryk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *