8 powodów, dlaczego magia Deftones działała już wcześniej, cz.1

(Photo by Christie Goodwin/Getty Images)

Zazwyczaj nie jestem słownym człowiekiem, ale dzisiaj zrobię mały wyjątek od reguły. Oto zapowiadana przebieżka po ścieżce przepełnionej pięknem, brudem, agresją, delikatnością, krótko mówiąc – po całej dyskografii zespołu z Sacramento sprzed wydania Ohms 

Nim zaczniemy klasyczną wyliczankę, parę słów wyjaśnienia na temat tego, jak prezentowana lista będzie wyglądała. Pierwsza zasada – to luźny zbiór moich osobistych przemyśleń na temat poszczególnych wydawnictw przeplatany krótkim backgroundem każdego z nich, więc radzę nie traktować tego jako zbioru pełnoprawnych recenzji. Druga zasada – prezentowany tu materiał radzę przeczytać już po zapoznaniu się z recenzją wspomnianego wyżej Ohms, gdyż dopuszczę się tutaj rozwinięcia paru wątków tkniętych w poprzednim tekście. Krótkie objaśnienie za nami, więc możemy rozkręcić tę karuzelę.  

Adrenaline (1995, Maverick/Warner Bros.) 

To od tego albumu rozpoczęła się przygoda trwająca już ponad 20 lat. Zabawna sprawa, bo dla mnie był to album, którego przesłuchania podjąłem się naprawdę późno (względem późniejszych). I prawdę mówiąc – nie dziwię się sobie sprzed dwóch lat. Przede wszystkim, choć to może oczywiste, to tak naprawdę proto-Deftones. Ich charakterystyczny styl, mimo iż jego zalążki są tu łatwe do usłyszenia, zaczął dopiero kiełkować i to nie jest zarzut, a stwierdzenie faktu. Bo każdy musiał od czegoś zacząć i tu także nie ma wyjątku.  

Łatwo można wyłapać inspiracje, które kierowały członkami zespołu – słychać wpływy Sepultury z czasów Chaos A.D., Rage Against The Machine, Pantery, ale i Slowdive (shoegaze), szczególnie w Fireal czy ukrytym Fist. Niemniej w tej zupie jest sporo oryginalnych składników, mimo przyznania Adrenaline łatki płyty nu metalowej, czyli podgatunku łączącego rap, grunge i groove. Podgatunku, który zyskał sobie złą sławę przez lata przez repetetywność, dramatyczne bądź seksistowskie (często jedno i drugie) teksty pisane na siłę i nierzadko pstrokatą otoczkę wizualną. I jest w tym ziarno prawdy, niemniej tylko ziarno. 

Adrenaline bowiem sięga wyżej, zawsze jest jakiś twist (np. otoczka wizualna nie boli, gdy się patrzy). Przede wszystkim – teksty, nieco kryptyczne (czasem po prostu bezsensowne) i zagadkowe albo uroczo bezpośrednie (do tego drugiego się nie przyzwyczajajcie przy opisach późniejszych albumów). Bo jak inaczej określić tekst w Bored, który przekazuje tyle, że wokaliście się… nudzi? Lub 7 Words, które już poważnie (i dosadnie) porusza tematykę rasizmu i ostracyzmu? Albo Engine No.9, w którym do dzisiaj nie wiem o co chodzi (ale wciąż mnie to nie obchodzi)? 

 Mimo wszystkiego, co wyżej napisałem, album jest jednak przeznaczony głównie na imprezy. Niezbyt ułożone, przepełnione trunkami i nie dla dzieci, a warstwa instrumentalna udowadnia to na każdym kroku. Jest szybko, jest agresywnie, jest chwytliwie, wokale Chino Moreno są tutaj wybitnie wściekłe i emocjonalne, a ta mieszanka sprawia, że chce się wejść w pogo. Więc jest świetnie, szczególnie jak na debiut – a to dopiero początek.  

Ulubione utwory: Bored, 7 Words, Birthmark, Engine No.9. 

Around The Fur (1997, Maverick/Warner Bros.) 

Gdybym miał użyć lotnego porównania ukazującego różnicę między Adrenaline, a Around The Fur to szczerze mówiąc nie wiem, jakiego mógłbym użyć. Zatem posłużę się tym niezbyt lotnym – gdy debiut był zdecydowanymi, ale dziecięcymi krokami w kierunku rozwoju, ATF to zjazd z Mont Blanc na snowboardzie, zresztą widowiskowy. Ciężko opisać to, jak wielki skok w jakości stanowiła druga płyta zespołu z Sacramento.  

Zacznę od rzeczy najprostszej do opisania, czyli jakości technicznej – wszystko tu jest wręcz wypolerowane. Zapomnijcie o szumach i kompresji dźwięku debiutu, produkcja na drugim longplay’u kapeli jest absolutnie fenomenalna, każde uderzenie w perkusję, każdy akord, każda linia basu – wszystko się wyróżnia, ale i współgra ze sobą. Nie jest tak, że któryś instrument czy wokale wychodzą na pierwszy plan. 

Zatem produkcja to pierwsza klasa, a co z samymi utworami? One również stoją klasę wyżej w porównaniu do debiutu. To album przepełniony headbangowymi klasykami muzyki lat 90-tych, a stały się nimi z dobrego powodu – autorzy udoskonalili swoje umiejętności pisarskie. Słychać to już na otwierającym całość My Own Summer, które przechodzi płynnie od wręcz pełznących instrumentów i szeptów Chino aż do eksplozji ryków i reszty instrumentarium, a to dopiero początek. 

Pędzące Rickets, szalone Lotion, piękne i porywające Be Quiet And Drive, które stało się swoją drogą jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów bandy i… cholera, to również jeden z moich faworytów! To idealny soundtrack do jazdy autem po bezdrożach z ukochaną czy ukochanym przy pełnej prędkości, dynamika to podkreśla – niczym wspomniane auto jedzie szybko i tak daleko, jak tylko się da. 

Jednak to Headup przejmuje palmę pierwszeństwa w moim sercu. Utwór nagrany i wykonany z Maxem Cavalerą w hołdzie dla jego tragicznie zmarłego przybranego syna jest mieszanką wybuchową – jest smutny, ale i podnosi na duchu, wściekły, ale po chwili czujemy spokój, zadręcza, ale i zapewnia ulgę… Po prostu radzę przesłuchać, przeżyjecie potężne katharsis.  

Ale najważniejszym w ATF nie jest produkcja czy jakość utworów, a to, jak wpływowym albumem się okazał. Zaryzykuję stwierdzeniem, iż bez drugiego LP Deftones nie mielibyśmy Linkin Park, a Bring Me The Horizon nie dominowałoby dzisiaj na scenie rockowej, a przynajmniej nie w takiej formie, jaką znamy. Ten longplay przyczynił się do stworzenia nowej, pięknej historii, jednak najlepsze dopiero przed nami… Całkiem nieźle, jak na album nagrany i wydany w przeciągu 4 miesięcy. 

Ulubione utwory: Headup, Be Quiet And Drive (Far Away), My Own Summer (Shove It), Lotion 

White Pony (2000, Maverick) 

Ulubieniec większości fanów i krytyków oraz kolejny krok do stania się zespołem kultowym. Wiem, już któryś raz z kolei używam tutaj naprawdę niewyszukanej superlatywy, ale w mojej opinii tutaj naprawdę to pasuje. Żadna inna ich płyta nie jest równa statusem do Białego Kuca (ciekawostka: white pony jest slangowym określeniem na kokainę. Rzecz jasna nie zachęcam do jej brania).  

Dlaczego? Cóż, ujmując to najkrócej, jak mogę – gdy Around The Fur było albumem wpływowym i unikatowym dla całego gatunku metalu, Blady Rumak jest tym, który stał się najważniejszym dla samego zespołu i to niepodważalny fakt. White Pony sprzedało się najlepiej, zebrało największe laury (za jeden utwór chłopaki zgarnęli nawet Grammy) i od momentu jego premiery Deftones zaczęli być kojarzeni z brzmieniem bardziej nieoczywistym, ponurym, hipnotyzującym i przestrzennym. Momentami nawet romantycznym! 

Dobrze, bo rozgadałem się o tym, że album jest super, a nie powiedziałem, dlaczego taki jest. Pozwolę sobie naprawić ten błąd. Jak wspomniałem – od tego punktu kapela stała się wręcz synonimiczna z mrokiem, hipnozą i nieoczywistością. Przykłady? Ależ proszę –  Feiticeira jest opowieścią z perspektywy porwanej kobiety, Digital Bath przedstawia historię o morderstwie przy pomocy wrzucenia elektrycznego urządzenia do wanny (staje się to bardziej niepokojące w zestawieniu z harmonijną grą instrumentów), RX Queen to smutna powiastka o dokarmianiu narkotykowego nałogu u bliskiej osoby, mimo świadomości amoralnego charakteru tej czynności… Zmiana tonu jest bardziej niż zauważalna.

Pomimo wyżej podanych przykładów, znalazło się miejsce na wyjątki od reguły! Streetcarp to pokaz poczucia humoru wokalisty, który dosłownie na łamach tekstu podał swój numer telefonu w nadziei, że ktoś wyłapie żart i zadzwoni (spoiler: nikt nie zadzwonił, jak przyznał Moreno w jednym z wywiadów). Teenager natomiast jest przyziemne i (wyjątkowo) absolutnie nie-niepokojące, bo tekst został przez lidera grupy napisany po nieudanej randce, gdy ten miał 16 lat, więc nie zdążył jeszcze zniszczyć sobie mózgu alkoholem i narkotykami. Jest także laureat Grammy pod postacią Elite, które jest wściekłe. I to mi starcza, by lubić tę piosenkę.  

Dla ciekawskich: powstała nawet… Wersja dla idiotów. Polecam wyszukać Teenager (Idiot Version).

Chciałbym się bardziej rozpisać na temat Śnieżnego Konika, wyjaśnić, dlaczego Passenger i Knife Prty to twory przepiękne (chociaż bardziej sugerujące działanie narkotyków. Znowu), ale to zepsułoby przyjemność odkrywania tego konfundującego diamentu. Więc jeśli chcecie rzucić się w toń tej fascynującej otchłani to powinien być Wasz pierwszy album. Nawet jeśli mój osobisty faworyt jest dopiero przed nami. 

 Ulubione utwory: Knife Prty, Digital Bath, Change (In The House Of Flies), Passenger 

Deftones (2003, Maverick) 

Natłok narkotyków chyba stał się już przytłaczający, więc chłopaki zapragnęli powrotu do korzeni. No dobra, powiem coś więcej o Deftones 2003, bo jest o czym. 

Po premierze White Pony, panowie z Sacramento znaleźli się nie tylko na wyżynach swojej popularności, ale i pod natłokiem coraz większych problemów osobistych. Szczególnie dało się to odczuć w przypadku lidera, Chino Moreno; problemy z wiarą w swoje umiejętności artystyczne i wokalne, rozwód oraz różnice zdań co do kierunku, w jakim ma pójść zespół, stało się początkiem wielkiej burzy, która miała dopiero nadejść. Słowem – było źle, a miało być jeszcze gorzej. 

Właśnie w takich okolicznościach ukazało się w 2003 roku Deftones, czyli w gruncie rzeczy najcięższy album grupy, mimo istnienia Around The Fur i obecności całkowicie spokojnych utworów na omawianym teraz longplay’u. Jednak przy ATF (i Adrenaline) chwilę zostaniemy, bo to właśnie ich kontynuacją wydaje się być Deftones, a nie White Pony. Widać to w foncie loga zespołu, dosłownie zerżniętym z przodków WP, słychać w strukturze utworów będących w dużej mierze metalowymi buldożerami z paroma wspomnianymi wyjątkami.  

I od wyjątków zaczniemy, bo to one spotkały się z największą rewerencją na przestrzeni lat i mimo, że Deathblow to mój ulubieniec, a Anniversary of an Uninteresting Moment to miła chwila wytchnienia przed równie jakościową MoanąMinerva jest najlepszym tego przykładem oraz najbardziej znaną piosenką z D2003 (jest również prawie najbardziej niereprezentatywna dla całości). Nie mogę określić tego kawałka balladą, wręcz przeciwnie, tak wolny nie jest, ale na pewno w intrygujący sposób, poprzez kontrast głośności instrumentów i melodyjnej harmonii gitar oraz syntezatorów, buduje specyficzną, baśniową wręcz atmosferę, szczególnie w kombinacji z tekstem, którego podałbym interpretację, ale musimy lecieć dalej. 

Kolejnym takim wyjątkiem jest Lucky You, z tym, że w trochę innym znaczeniu, bo on absolutnie do całości nie pasuje. Pamiętam utwór, nawet mi się podoba przez duszny klimat przezeń kreowany, ale to jednak nie jest metal, to nawet nie jest rock – to trip-hop. Nie mam nic przeciwko eksperymentom, ale pozwólcie, że posłużę się małym przykładem – wyobraźcie sobie, że jesteście w Muzeum Powstania Warszawskiego na wystawie poświęconej Powstaniu Warszawskiemu, a jedną z atrakcji jest szkielet dinozaura – po prostu nie pasuje (chyba nic się nie nauczyli przez lata… Jeśli czytaliście recenzję Ohms to zrozumiecie). Ok, White Pony miało Teenager, ale tam jego obecność współgrała z całą resztą utworów przez generalnie eksperymentalny charakter albumu, niestandardowość. Tutaj absolutnie nie zgrywa się z większością playlisty. 

Bardzo agresywne When Girls Telephone Boys i Hexagram to dwa najjaśniejsze przykłady brudnej strony krążka, chociaż Needles and Pins czy Bloody Cape też zasługują na to miano. Ten pierwszy zaczyna się niepozornie, od nagrania kobiety rozmawiającej z kimś przez telefon, po czym następuje burza, która przez resztę utworu już nie ucichnie, crescendo i przestery to słowa – klucze. Hexagram natomiast zdaje się zapożyczać patent na zwrotki od Be Quiet And Drive z ATF, przynajmniej pod kątem tempa i synchronizacji wokaliz z instrumentarium, bo same wokale są drastycznie inne – tutaj Chino zdziera gardło, do tego stopnia, że momentami załamuje się mu głos, co paradoksalnie dodaje charakteru, szczególnie w momencie zmiany tempa w “łamanym” refrenie – poezja!

Podsumowując mój wywód – nie radziłbym sięgać po ten album na samym początku, szczególnie, jeśli ogólnie jesteście na bakier z mało harmonijną muzyką. Niemniej jednak, po przesłuchaniu White Pony, a nade wszystko AdrenalineiAround The Fur – jak najbardziej. Album w swojej niekonsekwencji ma, paradoksalnie, bardzo dużo do zaoferowania i z każdym kolejnym odsłuchem zyskuje coraz więcej, docenia się pomysły i ich egzekucję, a gdy wyłapie się jakiś mały smaczek nawiązujący do poprzedników, to można poczuć nutkę satysfakcji. Dlatego polecam przekonać się do najmniej docenianego wydawnictwa kapeli – najwyższy czas, by zyskało renomę, na jaką zasługuje.  

Ulubione utwory: Deathblow, When Girls Telephone Boys, Minerva, Hexagram 

Ciąg dalszy już niedługo! 

Za korektę odpowiada Joanna Mróz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *