“BMTH się skończyli!”. Nie do końca – bo mają się dobrze

Piszę tę recenzję ze szczególną dedykacją dla wszystkich uważających, że Bring Me The Horizon zmiękło, skomercjalizowało się, zeszło na psy, weszło do śmierdzącego mainstreamu. Ciekawa teza, a nawet słuszna po części, bo chłopaki weszli do mainstreamu i szczerze – życzyłbym sobie, by tenże częściej się prezentował równie imponująco, co POST HUMAN: SURVIVAL HORROR. 

Na początku chciałbym się podzielić pewną małą obserwacją dotyczącą bohaterów mojej dzisiejszej recenzji. O co mi chodzi? Głównie o taką śmieszną tendencję tego, jak z płyty na płytę odbierani byli panowie z UK, czyli w myśl starego przysłowia: im dalej w las, tym gorzej. Im dalej sięgały eksperymenty i zwyczajna ewolucja brzmienia, tym coraz więcej starych wyjadaczy zaczęło narzekać: “to nie to samo”, “wypalili się”, “kiedyś byli lepsi…”. I naprawdę rozumiem, że komuś może się coś nie podobać, w końcu to wolność słowa jest najpiękniejszą rzeczą w komunikacji! Dlatego też pozwolę sobie na użycie swojej exodii w tej grze i tę samą wolność komunikacji wykorzystam do udowodnienia, dlaczego najnowsza EPka bandy jest czymś przynajmniej wartym uwagi.  

Rozpocznijmy więc analizę

Teraz, by nie było za nudno, zacznę od wad, bo zwyczajnie są i jak się nad nimi pochylę teraz, to będę mógł w spokoju przejść do całej, złotej reszty. Co w takim razie nie podoba mi się w PH:SH? Rozpoczynając recenzję, przyjrzę się kwestii, która nie do końca jest wadą, ale wzbudza we mnie małe skonfundowanie – chodzi mi o sposób wydania. Jak wspomniałem wyżej – to nie jest pełnoprawny album, tylko EP, czyli extended play, chociaż i tak ilością czasu potrzebną do przesłuchania nie ustępuje zwyczajnym albumom. Stąd rodzi się pytanie: dlaczego BMTH od początku nie promowali tego jako pełnoprawnego longplaya? Raz, że trafiłoby do szerszej grupy odbiorców, dwa, że dodałoby samej EPce… no nie wiem, nieco wyższego statusu? Największe single i tak szybko zyskiwały duże liczby wyświetleń na YouTube oraz odtworzeń na platformach streamingowych, więc skąd ten pomysł? Dość niezrozumiała decyzja, ale nie wpływa na samą zawartość obiektu recenzji. 

Jedyna faktyczna wada płyty 

Analizując kolejną wadę krążka, odrobinę zaspoiluję, co znajduje się na samym końcu tracklisty (nie ma to znaczenia w kontekście recenzji jakiejś płytki). Otóż BMTH zdołało nagrać jedną piosenkę z Amy Lee, czyli dla nieobytych w temacie – wokalistką zespołu Evanescence, czyli grupy odpowiedzialnej m.in. Bring Me To Life. Rodzi się teraz pytanie pt. “No dobra Kacper, ale po co o tym mówisz?”. Dziękuję, że pytasz, mój wyimaginowany przyjacielu, już odpowiadam! Mówię o tym dlatego, że utwór pt. One Day the Only Butterflies Left Will Be in Your Chest as You March Towards Your Death (tak, to pełen tytuł, nie, nie będę go pisał ponownie) nie zgrywa się do końca brzmieniowo z resztą EPki – to ballada oparta głównie na pianinie i głosach Amy Lee i Oliviera Sykes, podczas gdy reszta, o czym się niedługo przekonacie, to zbiór bangerów metalowych. Nie mogę się jednak gniewać na ten utwór, bo mimo na dłuższą metę irytującej melodramaturgii, muszę przyznać duetowi, że gdy przyszedł czas na wspólną zwrotkę, to w nieoczywisty, ale satysfakcjonujący sposób kombinacja głosów Lee + Sykes wypadła naprawdę naturalnie i wprowadziła unikalną dla zespołu dynamikę. Być może poskutkuje to czymś lepszym na przyszłość, ale teraz mam przed sobą słaby ending dla tej konkretnej płyty oraz średni/niezły kawałek stand-alone. 

Kuracja gardła się przydała! 

Ok, wady za nami, czas na zalety, czyli w gruncie rzeczy… Całą resztę EPki, poczynając od Dear Diary, podczas którego doznałem niewielkiego olśnienia “to brzmi jak coś rodem z Suicide Season, ale zaktualizowane!”. I wciąż tak myślę, brutalna synchronizacja pędzących perkusji i gitar w duecie z agresywnymi, nieco psychotycznymi wokalami zdecydowanie działa na plus, zarówno w kwestii odbioru utworu, jak i całego albumu, pełniąc rolę perfekcyjnego openera, dając słuchaczom wgląd w to, czego można oczekiwać po reszcie playlisty. Przy okazji, dzięki Dear Diary jestem już w 100% pewien, że pan Sykes podreperował swój głos i moje uszy będą raczone częściej solidną dawką dobrego ryku. 

A co po potężnym starcie? 

Tuż po Drogim Pamiętniczku następuje Parasite Eve, najdłuższy i najbardziej pompatyczny utwór na krążku. O dużym stężeniu patosu można przekonać się już na samym wstępie, łączącym sprawnie mechaniczny bit z klasyczną, bułgarską pieśnią ludową i płynnie przechodzącym do dusznych zwrotek. Dzieje się sporo, szczególnie tuż przed refrenem, kiedy słyszymy bardzo odczłowieczony, kobiecy głos wprowadzający słuchacza do potężnego, wręcz kinowego refrenu. Tekstowo jest intrygująco – szczególnie zapadły mi w pamięć dwie, ostatnie linijki refrenu, mianowicie:

When we forget the infection, Will we remember the lesson? 
If the suspense doesn’t kill you, Something else will 

O co chodzi? Cóż, jak sam kawałek jawnie opowiada o zachowaniu ludzi podczas ciągle trwającej pandemii, pada tu właśnie jedno z najbardziej trafnych pytań odnośnie społeczeństwa w perspektywie zakończenia się trwającego tu i teraz piekła. Druga z kolei to miłe puszczenie oczka do tych pamiętających Why You Gotta Kick Me, When I’m Down? prosto z amo, ostatniego pełnego albumu studyjnego kapeli. Zatem kończąc o Parasite Eve – kochałem kawałek przedtem i kocham go dalej.  

Im dalej, tym coraz bardziej imponująco 

Następne w kolejce jest Teardrops i tu ponownie się zatrzymamy na moment, bo jest przy czym. Wielu recenzentów przede mną mocno podkreślało oczywiste inspiracje Linkin Park, więc ja tylko potwierdzę ich słowa: tak, naprawdę czuć vibe kalifornijskiego sekstetu, szczególnie w cholernie chwytliwym refrenie, który bardziej zapadł mi w pamięć niż niektóre uwagi mojego instruktora na jazdach (zapamiętam w końcu, jak poprawie parkować, obiecuję). Co lepsze, chwytliwość całego kawałka świetnie zgrywa się z tekstem, który, podobnie jak Parasite Eve, dotyczy pandemii, ale dotyka tematu od strony samopoczucia i lęków, jakie nam towarzyszą w jej trakcie. Mogę się mylić, ale czuję, że dla wielu osób Teardrops może być swego rodzaju hymnem, pewnym zobrazowaniem tego, jak źle można się czuć w tak ciężkiej sytuacji. Utwór potrzebny, a co lepsze – naprawdę, naprawdę dobry! 

Po manifeście czas na bangera! 

Obey następuje tuż po zakończeniu Teardrops, przy czym muszę od razu pochwalić to, jak doskonale utwór ciągle utrzymuje w napięciu, chociaż w inny sposób niż poprzednik. Tu bowiem trwa nieustanna jazda bez trzymanki, mimo industrialowego podkładu nie zatraca się również duch popu. Po raz kolejny, refren jest perfekcyjny i, ponownie, niesamowicie wpada w ucho. Moje uznanie należy się również gościowi utworu, Yungbludowi, za wprowadzenie przyjemnej dla uszu cząstki punku. Jak jego dokonań solo nie lubię, tak tutaj bardzo dobrze zgrał się z kapelą. Kolejna perła, a co po niej? 

Kolejna kapela wrzucająca interludium na EP, super…

Krótkie interludium do Kingslayer pod postacią Itch For The Cure, będące kolejnym puszczeniem oka, tym razem do tych zaznajomionych z debiutem Linkin Park. Sympatyczny smaczek, lecz to na Kingslayer się teraz skupimy. W skrócie – kolejny, genialny track, od sampla przypominającego charakterystyczne plumkanie prosto z Game Boy, przez odhumanizowaną atmosferę obecną przez cały kawałek, aż po pomysł tak szalony, że zadziałał, czyli gościnny występ japońskiego trio Babymetal. Gdybym miał podsumować krótko, jak Kingslayer brzmi, odpowiedziałbym bez ogródek, że jak opening do anime. Słodkie wokale tria w kolaboracji z obniżonymi warkami Oliviera stały się dla mnie bardziej uzależniające niż papierosy, w pewnym momencie nawet był moim bezsprzecznym faworytem na całej trackliście, ale sami zdążyliście zauważyć, że prawie każdy utwór mam tu za co kochać.  

Niby napięcie opada, ale wciąż jest dobrze 

Jednak muszę odrobinę ostudzić moją adorację w stosunku do PH:SH, gdyż potem następuje jeden z gorszych momentów całej EPki pod postacią 1X1 wykonanym w kolaboracji z Nova Twins. Gorszy nie oznacza jednak zły, nic z tych rzeczy, po prostu umiejscowienie tuż po Kingslayer wydaje mi się lekkim strzałem w stopę. Wszystko przez spadek ciągle trwającego napięcia i zwolnione tempo utworu w porównaniu do poprzedników. Sam utwór jest dobry, choć czułem małe déjà vu, gdy usłyszałem refren, który zdaje się zapożyczać dynamikę od One Step Closer autorstwa – zgadliście – Linkin Park. Niemniej chętniej usłyszałbym 1X1 na samym końcu, po utworze z Amy Lee lub nawet zamiast niego.  

Hideo Kojima approves that song

I praktycznie ostatni utwór (z kawałkiem z Amy Lee rozprawiliśmy się już na początku), czyli, o ironio, pierwszy singiel EPki, mianowicie Ludens. Co tu dużo mówić – to na pewno najbardziej oryginalny element PH:SH, szczególnie biorąc pod uwagę łamiący tempo sampel tuż przed bardzo minimalistycznymi w sekcji instrumentarium zwrotkami. Utwór przedtem znalazł się na soundtracku do gry Death Stranding, a wspominam o tym dlatego, gdyż idealnie podsumowuje atmosferę panującą na Ludens, czyli dystopijną, a wręcz postapokaliptyczną. Najlepszym momentem utworu jest jednak breakdown, przy okazji najśmieszniejszym, gdy po wykrzyczanym “gimme a break!” słyszymy delikatne, dziecięce “okay”. Jak widać, Bring Me The Horizon nie brak również poczucia humoru! W przeciwieństwie do mnie.  

I w ramach puenty… 

Podsumowując: naprawdę pokochałem Post Human: Survival Horror. Przypomniał mi on, jak może brzmieć dobry alternatywny metal i nu metal, ale nie jest efektem bezczelnej zrzynki popularnych na początku XXI wieku patentów. Po prostu czuję, że zespół chciał nagrać taką płytę i pokusić się po kolejne eksperymenty, a fakt, że wydali to po amo i poprzedniej EP – Music to listen to… budzi podziw, bo udowadnia, że Bring Me The Horizon jest bandą szczerze płodną w pomysły, chcącą je realizować. Mimo wad, które podkreśliłem już na początku, PH:SH zasługuje na rekomendację każdemu, kto chce poczuć brak kontroli nad swoją głową, osobom ciekawym, z czym w ogóle je się metal oraz wszystkim myślącym, że BMTH “skończyli” z ciężką muzyką w momencie wydania amo. Kochani – chłopaki dostarczyli dowód, że taki punkt widzenia jest błędny. 

Za korektę odpowiada Joanna Mróz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *