„Czarne światło” pięknej paryżanki

10 kwietnia ukazał się debiutancki krążek Louise Verneuil. Kim ona jest i w jaki sposób czaruje nas swoją muzyką?

Szczerze przyznam, że sama jej nie znałam dokładnie, przynajmniej do pewnego momentu. Jestem fanką Arctic Monkeys, więc kiedy gdzieś wyświetlił mi się artykuł o nowej dziewczynie Alexa Turnera, leadera zespołu, z ciekawości kliknęłam. Wtedy właśnie pierwszy raz miałam do czynienia z Louise. I przyznam, że gdyby nie zajmowała się muzyką, pewnie wiadomość o ich związku by mnie nie obeszła, a nazwisko Verneuil kojarzyłoby mi się jedynie z tym jednym faktem z życia Francuzki. Jednak bardzo lubię indie pop i pokusiłam się o przesłuchanie jednej z piosenek. Nie pożałowałam swojej decyzji.

Długo zwlekałam z napisaniem tej recenzji, z dwóch powodów — nie do końca wiedziałam wcześniej, jak mam się zabrać za tę analizę i obawiałam się napisania jej. Drugim, ważniejszym aspektem jest to, że nie znam za dobrze francuskiego poza podstawowymi pojedynczymi zwrotami i zdaniem „Umiem mówić po francusku”, co jest ewidentnym kłamstwem. Wiele też utrudniał brak dostępu do tekstów, które może  (jakimś cudem)  przetłumaczyłabym wówczas na własną rękę, żeby chociaż „kojarzyć” o co chodzi. Teraz sprawę ułatwiła mi pewna użytkowniczka YouTube. Wstawiła filmiki z tłumaczeniami oryginalnego tekstu na język angielski, a ten już dla mnie nie stanowi problemu.

Louise zdecydowanie zbudowała przepiękną wizję przepełnioną czernią i bielą, dobrocią i złem, samotnością i miłością. Bazowała na kontrastach; raz przedstawiała mroczne wizje, w których można było odnaleźć światło nadziei, żeby zaraz przepełnić je nieco bardziej optymistycznym spojrzeniem z lekką dozą niepewności. Myślę, że idealnie ujęła kwintesencję tego, czym jest tytułowe Lumière Noire — to przede wszystkim tajemnica.

Désert

Album rozpoczyna delikatna ballada. Tekst opowiada o miłości dwojga kochanków, w zwrotkach porównywane jest to do środowiska naturalnego, właśnie pustyni. Mamy wiatr i „jedwabną pustynię prześcieradeł”. Muzyka może wydaje się lekka i prosta, ale tekst sprawia, że piosenka jest zmysłowa. Louise tutaj śpiewa o zagubieniu, które pomaga jej w pewien sposób uporządkować związek bądź też  sprawia on, że inne sprawy stają się nieistotne. W tym utworze, jak też w kilku innych, pojawiają się wstawki z innego języka. Tutaj mamy do czynienia z angielskim, który idealnie uzupełnia wszelkie obawy skrywane w metaforach ze zwrotek. To też jedna z moich bardziej uwielbianych pozycji znajdujących się na krążku.

Blue Sunday

Dalej muzyka zdaje się nabierać nieco innych barw. Blue Sunday, jak dla mnie, to taka piosenka, która jest jak najbardziej pozytywna w byciu czymś zawierającym pewną… depresyjną głębię. Tekst zinterpretowałabym jako przedstawienie problemów walki z monotonią i własnymi problemami — niedziela jest smutna, ale równocześnie znajduje się tu pierwiastek optymistyczny w postaci tego kogoś, komu można się  zwyczajnie wypłakać. Utwór zawiera refreny w całości po angielsku, co nadaje mu pewnej lekkości.

L’évadée belle

To chyba jeden z piękniejszych kawałków na tym albumie. Ciężko było mi rozszyfrować dokładnie o co chodzi, bo tutaj pojawia się całe mnóstwo metafor. Powiedziałabym nawet, że ta piosenka jest zaszyfrowana przez to w jakiś sposób. Jednak kiedy rozumie się, co oznacza tytuł (Piękna uciekinierka), można się czymś konkretniejszym zasugerować — jest on o uciekaniu od wszelkich złych myśli, od powątpiewań, które się kłębią niczym sępy czy trucizna w organizmie, o tym, że od igrania z ogniem, można się poparzyć, a nawet spłonąć. Muzyka tutaj jest przepiękna, a całego klimatu dodają instrumenty smyczkowe dołączające w pewnym momencie do gitary.

Fugitif

Coraz mroczniejsze wizje pojawiają się wraz z Fugitif. Warstwa melodyczna wydaje się tutaj przybierać głębszą postać — jest to bardziej tajemnicze i zmysłowe. Tutaj nastąpiła kompletna dewastacja „jej skóry i pod jej skórą za sprawą spojrzenia kobaltowych rzęs”, cokolwiek to nie znaczy. Jak dla mnie to takie uderzenie gromu, nagła miłość, która zawładnęła kobietą. Ale co z jej kochankiem — tego nie wiadomo. Prawdopodobnie umarł i ona nie może się z tym pogodzić, przynajmniej tak sugeruje tekst. Mi się ta piosenka podoba, ale jako coś co buduje klimat albumu i „naprowadza” na inne utwory. Z pewnością nie jest ona tak popularna i charakterystyczna jak inne kawałki.

La Beau Monde

Najbardziej pozytywna piosenka z całego albumu. Tutaj Louise śpiewa o pięknie życia, kiedy druga osoba jest obok i dzięki niej może „upijać się miłością” oraz akceptacji czy spojrzeniu na siebie z innego punktu widzenia. Muzyka też brzmi optymistycznie, a tempa nadaje beat i perkusja, którą tutaj wyraźniej słychać w przeciwieństwie do reszty tracków. Ten utwór posiada swój urok, aczkolwiek dla mnie, w porównaniu z innymi genialnymi pozycjami na tym krążku, wypada odrobinę słabo.

Nicotine

Moje pierwsze spotkanie z muzyką Verneuil to właśnie ten kawałek. W dużym skrócie, jest to poetycko ujęta piosenka o uzależnieniu od nikotyny i paleniu papierosów. Artystka zarzuca nałogowi, że ją zabija; osiada w jej płucach niczym żywica, jest pewną odmianą heroiny. W tym utworze szczególnie można usłyszeć wpływ ulubionych muzyków Louise takich jak Serge Gainsbourg czy Jane Birkin. Ta piosenka to zdecydowanie mój faworyt z całego albumu.

Fun fact: Prawdopodobnie wideo było nagrywane w domu/mieszkaniu Alexa Turnera w Londynie.

Emerencia

To dla mnie kolejna zagadka. Przede wszystkim w tej piosence, jako jedynej, pojawiają się wstawki z hiszpańskiego lub włoskiego. Być może to już nadinterpretacja, ale zważając na to, że mama piosenkarki była Hiszpanką i zmarła w czerwcu 2019 roku, traktuję tę pozycję jako szczególnie osobistą dla Louise. Tę tezę chociażby może potwierdzać fakt, że tutaj skupiono się wokół tytułowej kobiety, nie ma wiele „ja”, jest za to ona. Melodia tutaj też jest podniosła, niczym hołd w chórkach z zapleczem instrumentów smyczkowych.

Lumière Noire

Wreszcie mamy kawałek tytułowy. Tutaj mamy wiele nawiązań do mroku, śmierci oraz samotności, a z kolei muzycznie wydaje się, że to taki… przejaw buntu. Jakby Louise chciała się wydostać z tych „szponów odcinających ją od radości”. Tutaj wyrażone są dosyć mocne uczucia, które kojarzone są ze smutkiem, jednak ta melodia sprawia, że wiemy, iż to coś, czego nikt nie chce czuć. „Never felt so lonely/Never felt so over/Never felt so empty”

Love Corail

Piosenka, którą znów ciężko było rozszyfrować, ale posiada piękne metafory. Tak właśnie mogę określić Love Corail. Tutaj moją uwagę szczególnie zwróciło nazwanie skóry „różową” i jej spaleniu. Kiedy połączy się to w pewien sposób z resztą utworów to można stwierdzić, że zmysłowość melodii odgrywa tutaj rolę drugoplanową. Nazwałabym to taką prośbą, czy apelem, żeby jej ukochany kochał ją za taką, jaką jest — zniszczoną, spaloną, pełną obaw.

À mort amant

Dziesiątą, jak i zarówno ostatnią, pozycją w albumie jest À mort amant. Przede wszystkim, co tu się zmienia — głównym brzmieniem nie jest już gitara, beat czy perkusja. Ich miejsce zajmuje pianino. To jest piosenka o utraconej miłości i wspomnieniach jej towarzyszących. Słowa tutaj nie są aż tak wyszukane i metaforyczne jak w reszcie piosenek. Są całkiem zwyczajne i przez to sprawiają, że całość jest po prostu piękna. Tekst opowiada o bólu, pogrążaniu się w mroku i opadaniu na dno, to rozpaczliwa prośba do zmarłego, aby powrócił na dobre i na złe. Utwór jest idealny do słuchania o czwartej nad ranem (o tej godzinie właśnie pisałam ten artykuł). Kiedy zamknęłam oczy i słuchałam À mort amant, czułam jakbym właśnie straciła cząstkę siebie. Przy tej piosence można uronić niejedną łzę.

Podsumowanie całości

Czy mogłabym nazwać ten krążek concept albumem? Jak najbardziej. Pełno w nim „światła” — miłości, szukania pozytywów, ale i jest znaczna część „czerni” — mroku, obaw, motywu śmierci.

Louise Verneuil to z pewnością utalentowana artystka i genialna tekściarka, która potrafi zaczarować. Jej wokal przyciąga uwagę, a w połączeniu z takimi brzmieniami, jakie proponuje nam w tym wydaniu, ciężko jest się oderwać i włączyć pauzę. Mnie szczególnie urzekła jej umiejętność operowania słowem i tworzenie czegoś pięknego ze zwykłych elementów składowych. W dodatku każdy kawałek to istny vintage vibe, co może być gratką dla ludzi lubiących piosenki z dawnych epok (między innymi dla mnie). Z pewnością będę czekać na jej kolejne poczynania na rynku muzycznym.

Korekta: Kacper Beda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *