MAGAZYN STUDENTÓW POLITOLOGII I DZIENNIKARSTWA UMCS W LUBLINIE

Kobiety tworzą historię. GRAMMYs 2021

fot: grammy.com


W niedzielny wieczór po raz 63. ogłoszono zwycięzców nagród Grammy. Najważniejszym muzycznym wyróżnieniom corocznie towarzyszą ogromne emocje. W tym roku nie mogło być inaczej – nominacje oraz sama gala dostarczyły publiczności wielu powodów do zadowolenia, jak i krytyki. 


Po obejrzeniu już kilku ceremonii, podczas których wręczane są nagrody filmowe czy muzyczne, można się przyzwyczaić, że należy podchodzić do nich ze zdrowym rozsądkiem. Zawsze podczas nich dojdzie do pewnych zaskoczeń a przede wszystkim rozczarowań. Nie bez powodu więc Grammys często określane są mianem Scammys (z ang. scam – przekręt, oszustwo). Nie ma w tym nic dziwnego, skoro osoby wybierające zwycięzców często robią to po prostu nieudolnie, bez większej znajomości rynku. A to przecież najważniejsze nagrody muzyczne! Już wielokrotnie w historii dochodziło do wielu nieporozumień, chociażby w 2018 roku, gdzie doskonały album Melodrama Lorde przegrał z 24K Magic Bruno Marsa. Należy jednak podkreślić, że te przekręty często są ukierunkowane subiektywnymi ocenami fanów. Poza tym niejednokrotnie naprzeciw siebie stawało kilka bardzo dobrych albumów, artystów czy piosenek, z których trudno jednoznacznie byłoby wskazać zwycięzcę. Grammys uczą na pewno tego, że obok siebie mogą istnieć dwie sentencje: „Nie obchodzą mnie jakieś nagrody” i „Jeśli mój ulubieniec nie wygra, wyrzucę krzesło za okno”.

W tym roku już same nominacje wywołały oburzenie. The Weeknd, który ze swoim albumem podbił wszystkie możliwe listy przebojów, nie otrzymał ani jednej nominacji. A zasługiwał na co najmniej kilka. Jeszcze bardziej zszokowało to, że na liście nominowanych znalazł się Justin Bieber ze swoim Yummy. Można było się więc obawiać, że i zwycięzcami staną się osoby, które nie zasługują na statuetkę. Akademia słynie również z tego, że wykorzystuje znane zespoły i nazwiska, by przykuć uwagę większej liczby osób, by potem pozostawić je bez żadnej statuetki, o czym mogła przekonać się już Ariana Grande, czy zespół BTS.

Koncertowy przedsmak po-pandemiczny
Tegoroczną galę prowadził komik Trevor Noah. Zeszłoroczne Oscary pokazały, że lepiej humoru używać mniej niż jest to wskazane, by całość była bardziej wysublimowana i skupiała się na tym, co w niej najważniejsze. Co prawda, trudno sobie wyobrazić Złote Globy bez roastów Ricky’ego Gervaisa, o tyle faktycznie Grammys w centrum stawiają to, co jest najważniejsze tego dnia. Sama gala raczej była przerywnikami pomiędzy reklamami, których liczby nie powstydziłaby się nawet telewizja Polsat. Jak to wydarzenie honorujące muzyków, nie mogło zabraknąć występów nominowanych. Już na początku pojawił się Harry Styles, który wykonał swój utwór Watermelon Sugar. Raczej nie zachwycił, ale potwierdził, że odnajduje się w tym środowisku i z każdym kolejnym występem podkreśla swoje „ja”. Z tych otwierających występów najbardziej w pamięć zapadło mi wykonanie The Steps zespołu HAIM. Dziewczyny nie tylko w swoich utworach, ale również w promocji muzyki, a przede wszystkim właśnie na występach pokazują, że muzyka to ich wielka pasja, a do samego bycia popularnymi podchodzą z wielkim dystansem. Chociaż siostry nie były stawiane w gronie faworytów do zdobycia Grammy, sama ich obecność tam, stała się dla nich wielkim wyróżnieniem, co podkreślały we wszystkich materiałach związanych z ich występem na gali. Wyróżniła się również Billie Eilish, która jak zwykle zachwyciła swoim głosem, nieco może mniej scenografią towarzyszącą występowi.

Wielokrotnie podczas wydarzenia przypominano o tym, że na scenie zaprezentują się również Dua Lipa, Taylor Swift oraz BTS. I to jest to, o czym już wspomniałam – reklamowanie występów w celu zwiększenia oglądalności, by potem nie nagrodzić odpowiednio tych artystów. Cóż, oni sami obronili się muzyką. Dua Lipa zaśpiewała dwa utwory ze swojego albumu – Levitating oraz Don’t Start Now. Przy tym pierwszym towarzyszył jej DaBaby. Po raz kolejny artystka udowodniła, że umiejętnie przyjęła krytykę dotyczącą jej ubiegłych występów, w których nie wiedziała, jak zachować się na scenie. Od pewnego czasu, oprócz zdolności wokalnych, pokazuje, jak występuje prawdziwa diva popu. Pewna siebie, ciesząca się chwilą – taka jest nowa Dua Lipa. Pokazała akademii, że statuetka dla nowego artysty sprzed dwóch lat, nie była pomyłką. Świetny popowy album Future Nostalgia oraz występy piosenkarki torują jej drogę na szczycie.

A tam jest i nie zamierza z niego schodzić Taylor Swift. Jeden z najlepszych występów podczas tegorocznych Grammy to właśnie wykonanie twórczyni nominowanego do albumu roku folklore. Tym razem Swift zaprosiła wszystkich do swojego folklorowego świata, znajdującego się gdzieś w domku na uboczu pośród lasu. Składanka ze złożonych utworów cardigan, august i willow dopełniła tę leśną magię. Na scenie towarzyszyli jej ci, którzy przyczynili się do powstania dwóch zeszłorocznych albumów – Jack Antonoff oraz Aaron Dessner. Można tylko żałować, że pandemia przekreśliła wszystkie koncerty, bo wersja willow, która wybrzmiała tego wieczoru, pokazała, że z pewnością Swift dostarczyłaby swoim fanom ogromnej dawki emocji.

Jak występuje się na żywo pokazała grupa BTS, która oczywiście nie tylko muzyką, ale przede wszystkim występem potwierdziła przepaść w tej dziedzinie między amerykańską a koreańską sceną muzyczną. Dla osoby, która na co dzień nie ma do czynienia z kpopem, obejrzenie tego występu było naprawdę przyjemne. Chwytliwy kawałek Dynamite został opatrzony świetnym układem choreograficznym. Na scenie wyróżniła się również Doja Cat, która już od pewnego czasu pokazuje, że odnajduje się w każdym stylu muzycznym. Tym razem w klimacie nieco futurystycznym zaśpiewała swój hit Say So. Świetnie wypadli również Bruno Mars, Anderson Paak oraz Silk Sonic w utworze Leave the Door Open. Nie mogę jedynie zrozumieć fascynacji występem Megan Thee Stallion, której na scenie towarzyszyła Cardi B. Dla mnie muzyka to wciąż przede wszystkim odpowiednia kompozycja muzyczna oraz tekst. Performance zawsze gdzieś stoi za nimi, może jedynie dopełniać coś, co wyróżnia dany utwór. Tutaj jednak nagość i kręcenie tyłkiem raczej mnie odrzucało, niż zachęcało do oglądania.

(Nie)sprawiedliwość?

Przyjemną część wieczoru, którą stanowiły występy, musiało dopełnić to, co było najważniejsze – wyniki. Przed galą główną, która w Polsce rozpoczęła się około pierwszej w nocy, rozdano już wiele innych statuetek, wśród nich między innymi te honorujące muzykę rockową czy alternatywną. Tam zasłużenie trofea zgarniała Fiona Apple, którą doceniono za album Fetch The Bolt Cutters. Wygrała w kategorii najlepszego wykonania piosenki rockowej i najlepszego albumu alternatywnego. Również przed główną galą wręczono nagrodę w kategorii najlepsze wykonanie duetu/zespołu. Kategoria, której towarzyszyła gorąca dyskusja. Spowodowana tym, że akademia wręcza nagrody w bardzo wielu kategoriach, a nie potrafi oddzielić duetu od zespołu. Poza tym, w tym roku nominacje zgarnął zespół BTS, który jak wiadomo, ma bardzo dużą rzeszę fanów. Jednak statuetka powędrowała do duetu Gaga-Grande za piosenkę Rain on me. Sama trzymałam kciuki za exile Swift wykonanej w duecie z Bon Iverem. Jednak tym razem to utwór, który podbił stacje radiowe, świętował sukces. A Gaga sobie smacznie spała.

W tym roku, ze względu na panującą epidemię, gala musiała przybrać nieco inny charakter. Na widowni nie było setek ludzi, w zamian za to przy stolikach z zachowaniem dystansu usiedli ci, którzy zdobyli najwięcej nominacji. Na gali głównej tradycyjnie wręczono statuetki w najważniejszych kategoriach. Wśród nich doceniono najlepszego nowego artystę. Kategorię, wydawać by się mogło niezbyt interesującą dla mainstreamu, to jednak bardzo ważną. Statuetkę w niej można zgarnąć tylko raz w życiu. W poprzednich latach doceniano między innymi wspomnianą już Duę Lipę, Billie Eilish, Alessię Carę, czy Sama Smitha. W tym roku wśród faworytów upatrywano Megan Thee Stallion, Doję Cat, a wiele osób, wśród nich Elton John, liczyło na zwycięstwo Phoebe Bridgers. Wygrała ta pierwsza i tym samym Bridgers opuściła galę bez ani jednej nagrody, co było chyba najsmutniejszym rezultatem tego dnia. Uzdolniona artystka, która świetne kompozycje dopełnia rewelacyjnymi tekstami, musiała uznać zwycięstwo innych. O ile, przegrane z Fioną Apple były zrozumiane, to porażka w tej kategorii zabolała. Wystarczy sobie chociażby porównać tekst utworu I Know The End i Savage, by zrozumieć dlaczego. Podobnie z Doją Cat, która ciężko pracowała na sukces, udowadniając na każdym kroku swoje zdolności. Również wyszła tego wieczoru z pustymi rękami.

Dla każdego po trochę

Najwięcej emocji towarzyszy wręczaniu nagród w kategoriach związanych z muzyką pop. Najlepszym popowym solo wykonaniem uznano Watermelon Sugar Harry’ego Stylesa. Chyba najbardziej wyrównana kategoria, w której zwycięstwo któregokolwiek z utworów, którym nie było Yummy, uznano by za dobry wybór. Co prawda, tutaj nieco bardziej wyróżniało się Don’t Start Now. Dua musiała uznać zwycięstwo Brytyjczyka, który pierwszy raz w swoim życiu odebrał nagrodę Grammy. Jej smutek nie trwał jednak długo – doceniono jej album Future Nostalgia, który okazał się najlepszy spośród nominowanych do najlepszego albumu pop. Wręczano również statuetki związane z rapem, gdzie znów królowała Megan Thee Stallion ze swoim utworem Savage, wykonanym razem z Beyonce. Chociaż nie rozumiem fenomenu tej piosenki, trzeba zwrócić uwagę na to, że to kobieta została doceniona w kategoriach, w których w poprzednich latach to wielokrotnie wygrywali mężczyźni. Pokazuje to, że droga dla kobiet w rapie nie jest zamknięta. Wręcz przeciwnie – kobiety takie jak Megan otwierają ją dla przyszłych pokoleń. Trzeba mieć tylko nadzieję, że ta szansa zostanie odpowiednio wykorzystana przez młodszych.
Tej otwierającej się drogi nie byłoby z pewnością dla czarnoskórych kobiet, gdyby nie rola Beyonce, która tego wieczoru pobiła kolejny rekord. W sumie ma już 28 nagród Grammy. Doceniono ją nie tylko za współpracę z Megan Thee Stallion, ale i za najlepszy teledysk do Brown Skin Girl oraz Black Parade, które świętowało zwycięstwo w kategorii najlepszego wykonania muzyki R&B. Fanom chyba jednak nic nie wynagrodzi porażki albumu Lemonade z 25 Adele w 2016 roku.

Nagrody Grammy nie zapominają o piosenkach, które zwracają uwagę czy to na obecną sytuację w świecie, czy chociażby nierówności społeczne. O tym, jaka jest Ameryka śpiewał Childish Gambino, którego kompozycja This is America została uznana piosenką roku w 2018 roku. Na 63. rozdaniu nagród też nie brakowało takich akcentów. Piosenką roku (Song of the Year – w której docenia się przede wszystkim tekst) została ogłoszona kompozycja I Can’t Breathe H.E.R., która porusza kwestie rasizmu i brutalności policji. Zaskoczenia nie ma – wyróżnienie zasłużone. Zaskoczeniem może być jedynie to, że jedna z najbardziej wyróżniających się tekściarek – Taylor Swift, ani razu w swojej karierze nie otrzymała tej statuetki. Artystka mogła wyjść niemal z pustymi rękami z tej gali. Statuetki w kategoriach, w których została nominowana, zgarnęli inni. Pozostała jej tylko nadzieja w otrzymaniu nagrody za album roku. I faktycznie, tutaj upatrywano się zwycięstwa Swift. Folklore jest albumem, na który trzeba spojrzeć całościowo i być może dlatego utwory cardigan oraz exile nie zgarnęły żadnej statuetki. Marzenia Taylor zostały spełnione, to jej album został ogłoszony tym najlepszym, pokonując między innymi płyty Lipy, Coldplay, Haim, czy Post Malone’a. Jak najbardziej zasłużona nagroda i nie piszę tego, tylko dlatego, że uwielbiam tę płytę. Swift w ciągu 3 miesięcy razem z Dessnerem i Antonoffem zdalnie przygotowała album, na którym znalazły się świetnie napisane piosenki, opatrzone wcale nie gorszą melodią. Zrobiła to w trakcie panującej na świecie pandemii, publikując album w najmniej opłacającym się okresie dla muzyka. Tworzyła historię w zeszłym roku, gdy wydała również siostrzany album evermore (który być może będzie świętował w przyszłym roku), ale także i w tym, gdy jako pierwsza kobieta po raz trzeci triumfowała w kategorii nagradzającej album roku. Poprzednio udało się to tylko trzem mężczyznom.

Ostatnią nagrodę wieczoru przyznano w kategorii nagranie roku. Dopełniając zeszłoroczną dominację Billie Eilish, nie mogło zabraknąć jej zwycięstwa w jednej z najważniejszych kategorii również w tym roku. Po raz kolejny zaskoczona artystka wygrała ze swoim Everything I Wanted. To właśnie w tej kategorii najbardziej brakowało nominacji dla The Weeknda. Żadna inna piosenka nie zasłużyła na tę nagrodę tak, jak Blinding Lights. Nie było nominacji, nie było i statuetki, którą zdaniem Eilish powinna zgarnąć w tej kategorii Megan Thee Stallion.

Muzyka jest kobietą

Rozdanie nagród i występy pokazały z pewnością, że dominację w świecie muzycznym przejęły kobiety. To ich wykonania najbardziej wyróżniły się tego wieczoru, o czym świadczą chociażby rosnące z każdą godziną wyświetlenia w serwisie YouTube pod ich występami. Wystarczy również spojrzeć na zwycięstwa w poszczególnych kategoriach, gdzie też niemal w każdej z nich wygrała kobieta. Kobiety piszą nową historię, zgarniając kolejne statuetki (Beyonce 28, Swift 3 za album roku), czy jako pierwsze kobiety po latach wygrywając w kategoriach, w których to zawsze dominowali mężczyźni (Megan Thee Stallion). Coraz więcej kobiet odpowiada za stronę techniczną powstawania muzyki. Te wszystkie czynniki sprawiają, że kiedy kobiety mają wolną rękę w tworzeniu tego, co kochają, mogą powstać utwory i albumy, o których będzie się pamiętało przez lata. Ale nie tylko kobiety, mężczyźni również świetnie sobie radzą, pokazując, że tu nie chodzi o walkę damsko-męską. Najlepsze rzeczy powstają wtedy, kiedy wszyscy ze sobą współpracują. Wystarczy tylko spojrzeć na to, kto przyczynił się do zwycięskich piosenek i płyt w tym roku. I chociaż Grammys i w tym roku pokazało, że nadal brakuje pełnej sprawiedliwości, to najważniejsze wybrzmiało – muzyka powinna łączyć. Zwłaszcza w tym trudnym czasie na świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *