Lateksowe kombinezony, skórzane stroje i mocny makijaż, kojarzy się zazwyczaj z filmami dla dorosłych. Jest to jednak typowy gotycki klimat charakterystyczny dla powieści o wampirach, tyle, że nieco unowocześniony.

Underworld: Wojny Krwi, to piąta już część historii o trwającej od setek lat wojny między wampirami a wilkołakami. Lykanie jednoczą się pod wodzą tajemniczego Mariusa. Zimnokrwiści, mimo swej tradycyjnej wzniosłości, szukają swojej szansy na wygraną, a główna bohaterka, zbuntowana, samotna i pozbawiona wsparcia Selene (Kate Beckinsale) w swoim dopasowanym wdzianku przebija się przez tabuny wrogów skacząc, siekąc, kopiąc i strzelając – niczym równie smutna i przybita wampirza wersja Alice z Resident Evil.

Na korzyść filmu przemawia fakt, że nie mamy do czynienia tu z wampirami, które w ostatnich latach zniszczyły reputacje Nosferatu i Draculi. Nie ma tu nastolatków słuchających boysbandów, brokatu, żelu we włosach i starannie wypielęgnowanych paznokci. Mamy tutaj potwory całkiem bliskie pierwowzorom, chociaż nie zauważyłem żadnej trumny. Są spiski, knowania, zdrady, intrygi i chęć osiągniecia władzy. Czyli coś, czego próżno szukać u paczki z transparentem „chcemy żyć wśród ludzi, nie pijemy waszej krwi”

Uwielbiam filmy, w których pojawiają się magiczne stworzenia i bestie wyrwane nie z tego świata. Tym bardziej, gdy kryją się one w cieniu w świecie śmiertelników. Taka produkcja na starcie dostaje plusa. Niestety, chociaż mroczny klimat jest świetny, to może być to jedyny plus, na jaki film zasłużył.

Metamorfoza, jaką przechodzą wilkołaki przybierając swoją prawdziwą postać, jest jedną z lepszych jakie zostały zaprezentowane w historii kina. Dzięki efektom specjalnym porzucono „przemianę poza kadrem” i pozwolono obejrzeć cały proces. I o ile z z lykanami wygląda to naprawdę dobrze, to w filmie zupełnie zapomniano o wampirach. Nie przemieniają się, nie rosną im skrzydła, nie ma nawet zbliżenia na wyrastające kły. Wydaje się, że pozbawione zostały niemal wszystkich supermocy. Nie skaczą wyżej, nie poruszają się z niesamowitą prędkością, prawie nikogo nie gryzą, a efektowne walki są udziałem jedynie głównych bohaterów i to nie wszystkich. Zupełnie jakby oglądało się film, w którym z wilkołakami walczą ludzie.

Walki jest całkiem sporo. I wydawałoby się, że to przemawia na korzyść filmu. Niestety nie. Bitwy są toporne, a postacie ginące na ekranie robią to bez przekonania. Mając do dyspozycji współczesną broń, wampiry postanawiają walczyć z uzbrojonymi jedynie w pazury i kły lykanami za pomocą mieczy i tarcz. Co raczej trudno wytłumaczyć, biorąc pod uwagę, że sama główna bohaterka zauważa, że wilkołaki tracą przewagę, bo nie używają broni.Przyjemne dla oka jest jedynie instruktażowe starcie w klatce między Selene a Vargiem.

Jak zabić wampira czy wilkołaka, wie każdy. Filmy i literatura, nie tylko współczesna, dostarczyły nam mnóstwa informacji, jak walczyć z tymi rodzajami potworów. Osinowy kołek, krucyfiks, woda święcona, czosnek i srebro, do tego wrażliwość na światło słoneczne. W zależności od dzieła, słabości nieco się zmieniają, dochodzą nowe lub wyśmiewane są te powszechnie znane, ale zasady jakieś powinny obowiązywać. Od pierwszych części Underworld wiemy, że obie strony dysponują bronią mającą skutecznie zabijać tym drugich. Tymczasem, gdy dochodzi do walk, wampiry raz po śmierci efektownie płoną innym razem po prostu padają i leżą na miejscu do końca sceny. Jedni umierają po małym draśnięciu, drudzy biorą na siebie cały magazynek, ale to nic, bo jeżeli zaczną głośno krzyczeć, to wypchną ze swojego ciała wszystkie pociski. Zabrakło odcinania głów, by zabić wampira i wyrywania serc, by pozbyć się na stałe wilkołaka.

Na Underworld: Wojny Krwi, można śmiało pójść nie oglądając poprzednich części. Cztery poprzednie są dopiero przede mną, ale oglądając film, wcale nie czułem się zagubiony. Po pierwsze, film zaczyna się skrótem dotychczasowych przygód głównej bohaterki. To wprowadza w fabułe tych, dla których był to pierwszy film, a pozostałym przypomina co działo się do tej pory. Nie jest to jednak jedyne źródło informacji o poprzednich częściach. Większość dialogów między bohaterami jest zdominowana przez nawiązania do przeszłości, co dla fanów serii może być mocno nużące.

Wbrew temu wszystkiemu, oglądnie filmu nie było wcale aż tak męczące. Jeżeli przymknęliśmy oko na niedociągnięcia (których niestety jest dużo), to nadal mieliśmy historię pozbawioną zniewieściałych wampirów. I jeżeli nie wymagaliśmy zbyt dużo to mogliśmy się cieszyć prostym, dynamicznym kinem. Jednak to, co ponownie mogło zirytować, to zakończenie. I nie chodzi o to co spotkało bohaterów, ale o fakt, że film skończył się nagle. Zupełnie jakby przekroczenie 90 minut miało się dla twórców wiązać z karami finansowymi. Koniec walki, ten zły przegrywa, idziemy do domu. Z ostatnich słów bohaterki możemy wywnioskować, że krwawa wojna między dwoma magicznymi gatunkami jeszcze nie dobiegła końca, a widzowie najprawdopodobniej będą mieli przyjemność śledzić ją dalej. Tylko czy ta przyjemność nie będzie wątpliwa?

Oglądając Wojny Krwi, odnosiłem wrażenie, że film ten stawał się kopią Resident Evil. Chwilami brakowało jedynie tłumów zombie. Selene popisuje się akrobatycznymi umiejętnościami, które pozwalają jej walczyć nawet gdy jest skrępowana, nienaganną celnością oraz kuloodpornością. Tylko, żeby zobaczyć coś takiego wybieram się na The Final Chapter. Od Selene, spodziewam się czegoś więcej. 5/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *