„Kevin sam w domu” ma 27 lat. Pierwszy odcinek „Atomówek” wyemitowano 18 lat temu, a mówiąc „10 lat temu”, możesz odnosić się do roku 2007 (moment, od którego zaczęliśmy czekać na HF3). Czujesz się staro? Pomyśl, co musieliśmy przeżywać, gdy oglądaliśmy, jak mutant, który się nie starzeje, odchodzi na emeryturę. Ciężko będzie to ująć prostymi słowami w recenzji. Rudyard Kipling w swoim wierszu „Jeżeli” pobudza czytelnika do podjęcia wyzwania bycia człowiekiem. My przyjmujemy wyzwanie upamiętnić kawałek niesamowitej komiksowej przygody mutanta, który odnalazł swoją osobowość.

Wojciech Bryk: W takich chwilach na myśl przychodzą słowa w stylu „wszystko, co dobre kiedyś się kończy” albo „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym”. Czas nie zna litości i jego nieubłagany upływ dopada każdego.. Brzmi dość poważnie, jak na mnie, ale nawet ja odstawiam żarty na bok, gdy jest mi dane zobaczyć zakończenie historii jednego z najbardziej odjechanych komiksowych superbohaterów. Na ekranie mogliśmy obserwować ostatnią część trylogii o Rosomaku, Wolverinie, czy jak kto woli o tym bezdusznym sku*wysynie. Zwał jak zwał. Logan wykonał swoją ostatnią misję na wielkim ekranie. Dawno nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia. Gdy ja milczę, wychodząc z sali kinowej, to dlatego, że jedyne, co mógłbym powtarzać – to bezmyślne: „wow”. Gdy Ty się nie odzywasz po filmie, może to znaczyć wszystko. Teraz się tłumacz, bo jak nie, wsadzę Ci adamantowe szpony w….

Oleksii Abramov: Milczałem, bo nie wiedziałem, co powiedzieć. Zdawałem sobie sprawę, że Hugh Jackman żegna się z uniwersum X-menów, cały czas pamiętałem na podstawie jakiego komiksu był stworzony film, domyślałem się, czego mogę się spodziewać. Ale kiedy z trudem, bo dzieło to jest naprawdę ciężkie do oglądania, dotarłem do ostatniej sekundy filmu – miałem w głowie pustkę, a w sercu mieszane uczucia. Fakt, uwielbiam kinową przemoc, krew i podarte na drobne kawałki ludzkie ciała (tylko w filmach akcji). Tu było to podparte również przemocą psychologiczną. Mimo wszystko, po obejrzeniu byłem bardzo na nie i chciałem krytykować ten film. Dopiero na drugi dzień, wstając rano z łóżka, ledwo się nie popłakałem – dotarło do mnie w końcu, jaką prawdziwą sztuką jest „Logan”. Studio Marvel zrobiło coś niemożliwego.

W.B.: Stwierdzenie, że studio zrobiło coś niemożliwego, jest może trochę przesadą. Zrobili coś innego, totalnie nie w swoim stylu, zupełnie odbiegając od uniwersum X-menów. Tak naprawdę, nawet przez chwilę nie czułem, żeby film, który obejrzałem, miał cokolwiek wspólnego z poprzednimi częściami. Zrezygnowano z lateksowych (niemal pedalskich) wdzianek dla mutantów, Prof. X przestał moralizować, że zabijanie jest złe, a trupy słały się gęsto. Nawet antagoniści nie przypominali tych z poprzednich części. Dzięki zupełnie innemu podejściu do tematu, dostajemy coś, czego wielu mogło się nie spodziewać. Ale może skończmy ten zachwyt i zacznijmy być bardziej konkretni.

O.A.: Tak naprawdę film od „Old Man Logana” ma tylko samego starca Wolverina, chociaż mówi się, że jest zbudowany na podstawie tego komiksu. Można również zobaczyć bardzo podobną mroczną atmosferę, a w jednym z kluczowych momentów bohater Jackmana dosłownie cytuje kreskówkę, mówiąc, że mutanci nie byli nowym etapem ewolucji, lecz błędem. Ogólnie producentom udało się to, nad czym tak ciężko pracuje uniwersum DC. Pamiętacie kinowe starcie Batmana z Clarkiem Kentem? Przez chwilę myślałem, że poniekąd dobry człowiek-nietoperz zabije Supermana. W „Loganie” dostajemy podobną sytuację. Złość głównego bohatera, jego wałęsanie się po świecie niesamowicie dobrze współgra z cierpieniem przyjaciela Xaviera i przepełnioną przemocą historią małej, milczącej dziewczynki. Razem próbują odnaleźć swój kawałek raju.

W.B.: Właśnie, to oni próbują go odnaleźć. W poprzednich częściach problem, z którym zmagali się X-meni czy Wolverine, był raczej społeczny i dotykał wielu osób (wyjątkiem może być „Geneza”, gdzie chodziło o zemstę). W tym przypadku obserwujemy dramat zamknięty na „małej scenie”. Logan jest już stary, zmęczony i Jackman świetnie poradził sobie z pokazaniem tego. To zupełnie nie ten sam niezniszczalny Rosomak, co do tej pory. Profesor Xavier przestał być zawsze dobrze uczesanym, spokojnym i stonowanym mentorem, dotykają go choroby adekwatne do wieku i jest niemal wrakiem człowieka. Dwójce staruszków towarzyszy Laura, milcząca, zastraszona i czasami zdziczała.

Jakby tragizm, jaki możemy dostrzec w oczach bohaterów, był niewystarczający, wszystko dzieje się w nie tak dalekiej przyszłości, w której wiele się zmieniło – jest szaro i przygnębiająco (w szczególności w początkowych scenach na „farmie”, które dodawały klimatu niemal postapokaliptycznego świata). Ludzi wokoło zupełnie nie obchodzą losy mutantów, są oni pozostawieni sami sobie i (kolejna zmiana) nie podążają za wrogiem, żeby go powstrzymać, ale uciekają. I jest to autentyczna ucieczka pełna paniki i poczucia bezsilności.

O.A.: Chciałbym od razu dodać, że nie wczułem się w micromotyw eksperymentalnych prób stworzenia nowych mutantów. „Doktor Frankenstein” w tym filmie nie był tak jaskrawą postacią, wpisującą się w dramat. O wiele lepiej z powierzonym zadaniem radzą sobie „rezultaty jego roboty” i szef ochrony projektu „Transigen”. Ale wszystko to i tak odchodzi na drugi plan, kiedy zaczynasz rozumieć, że ci źli nie są największym problemem głównych bohaterów.

W filmie nie ma dobrze znanych marvelowskich żartów, luźnych rozmów, a naprawdę pozytywne momenty są rzadkością i tylko jeszcze bardziej wyolbrzymiają mroczny charakter filmu. Tak niesamowicie dobrze dopasowana proporcja kontrastów u mnie wywołuje tylko jedną myśl. „Logan” spokojnie mógłby być dramatem nominowanym do Oscara. Miałbym jednak zastrzeżenia co do muzyki. Generalnie (poza kilkoma wyjątkami) nie tworzyła tego klimatu szarości, beznadziei, końca drogi, była w filmie tylko po to, by być.

W.B.: Dawniej mieliśmy promień powodujący mutację, krzyżowanie mutantów, czy lekarstwo dla nich. Zawsze było to rozdmuchane i efekciarskie. Szczególnie finałowe starcia. Tutaj ten motyw pojawił się chyba ze względu na podtrzymanie klimatu uniwersum (niewiele brakowało, a odrzucone byłoby całkowicie). Mutanci nadal używani są jako broń i tu dostrzega się ich potencjał. Twórcy jednak nie skupili się na projekcie, ani na czarnych charakterach.

Pana doktora prawie w ogóle nie było, ale ile razy dostawaliśmy już maniaka od eksperymentów? Najemnik Pierce został za to lepiej wykreowany, bo też nie był ani przesadnym zwyrolem, ani nie leczył swoich kompleksów, ani nie miał manii wielkości. Wykonywał po prostu swoją pracę, ale nie był przy tym służbistą ani bezmózgim trepem od brudnej roboty. Robił to, co potrafił najlepiej i dzięki temu zaskarbił sobie moją sympatię, bo nie posiadał cech „młotka”, którego moglibyśmy się spodziewać na takim stanowisku. Trzeba było czegoś, przed kim główni bohaterowie mogliby uciekać. Twórcy podjęli świetną decyzję, skupiając się jednak na tych prywatnych demonach, z którymi przyszło się zmagać Loganowi i Profesorowi. Żartów marvelowskich nie było, bo były w końcu zabawne wymiany zdań (raczej czarny był to humor).

A co do muzyki. Ubolewam nad tym, że w filmach rzadko używane są numery, które pojawiają się w trailerach. „Suicide Squad” mieli Bohemian Rhapsody, a w „Loganie” postawiono na Johnny’ego Casha i wybór był świetny. Artysta pod koniec swojego życia również zmagał się z chorobami i rozliczał się ze swoją przeszłością (tak jak w utworze „Hurt”, który mogliśmy usłyszeć właśnie w zwiastunie). Jednak w samym filmie tak dobrych muzycznych fragmentów już nie usłyszeliśmy.

O.A.: Nie wiem, co bym jeszcze miał dopowiedzieć o tym filmie. Wychodziłem z seansu z twardym przekonaniem, iż ten film to takie 7/10. Dziwne, prawda, bo dość słaba ocena? Teraz jednak moje oczy widzą, jak ogromny kawałek pracy został zrobiony. Zarówno wielbiciele komiksów i kinowych produkcji Marvela, jak i osoby zupełnie z takimi rzeczami niezaznajomione odnajdą się podczas oglądania „Logana”. Nie radziłbym jednak kupować popcornu na ten film. A jeśli już brać, to ten najmniejszy i konsumować go szybko, jeszcze podczas reklam i prezentowanych zwiastunów, bowiem już po pierwszych pięciu minutach nie sposób będzie cokolwiek przełknąć. Ja takiego napięcia w powietrzu podczas seansu dawno w kinie nie odczuwałem. Zdecydowanie 10/10.

W.B.: Za 7/10 przebiłbym Ci czaszkę albo wykonał inny manewr a’la Wolverine na dopalaczach. Rezygnacja z marvelowskiego klimatu, więc nie było cukierkowo, a mrocznie. Rezygnacja z efektów specjalnych i supermocy na rzecz dobrze wyszlifowanej choreografii walki, zrobienie klimatu DC lepiej niż DC. Zabawne dialogi z umiarem i w dobrym guście. Bałem się, że w pewnym momencie pojawi się Cyclops i Storm i uratują staruszków, na szczęście tak się nie stało i konsekwentnie do końca było tak, jak być powinno. Powodująca ciarki finałowa sekwencja i podejście z szacunkiem do zakończenia historii Logana. Do tego parę momentów, w których naprawdę możemy być zaskoczeni.

Ale idealnie być nie może. Brakowało sceny po napisach, przed seansem liczyłem, że coś zobaczę (hmm… zapowiedź New Mutants). W trakcie filmu jednak zacząłem mieć nadzieję, że ekran zgaśnie, bo po czymś takim serce by mi pękło, gdybym zobaczył Deadpoola, żartującego z siwizny Logana czy tego, że Profesor potrzebuje pomocy z pampersem. Johnny’ego Casha mogłem usłyszeć dopiero w czasie napisów. Więc będę powściągliwy w ocenie – 9/10. I mam nadzieję, że twórcy pozostawią już temat w spokoju. Żadnych genez, pierwszych czy drugich klas, ani przeszłości, która nadejść może być może wczoraj. Resztę zostawmy New Mutants, ale niech będą oni daleko od tego, co oglądaliśmy i w czym żyliśmy przez lata. Niech mają swój kącik i swoje problemy.

Porzućcie nadzieję, którzy tu wchodzicie, bo Marvel nie wygląda tak, jak dawniej. I dobrze. Macie dość peleryn i lateksowych strojów? Z tego superbohatera niewiele zostało. Ale ci, którzy wolą inne podejście i chcieliby czegoś nowego, wybierzcie się do Cinema City. Na ten film warto ostrzyć nie tylko adamantowe pazurki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *