Gdy Deep Purple ogłosiło zakończenie kariery, pierwsze co pomyślałem, to: „Oj, uwierzę, jak zobaczę”. Równie długowieczny i zasłużony Scorpions odbywa swoją ostatnią trasę od 7 lat, a Aerosmith nie wytrzymał nawet roku. Zresztą sam Roger Glover niedawno stwierdził, że nazwę ich „pożegnalnego” tournée, „The Long Goodbye” należy traktować z dużym dystansem. Na domiar wszystkiego, wraz z zapowiedzią końca kariery, świat obiegła także informacja o nowym albumie, jak na złość zatytułowanym „Infinite” (ang. Nieskończony), co zdaje się sugerować coś kompletnie innego.

Mówi się, że legendy takie, jak Deep Purple są jak wino – im starsze, tym lepsze. Po mojemu niestety Głęboka Purpura jest jak celebryta – im starsza, tym bardziej stara się być na topie, mimo że nie ma już ku temu ani predyspozycji, ani powodu. Wydany 4 lata wcześniej „Now What!?” nastroił mnie dość pozytywnie (zasługa nabrania pewnego dystansu), choć już od lat czuję, że grupa mocno zmusza się do nagrywania nowych rzeczy, byle tylko o niej pamiętano. Całkiem solidny hard rock idzie niestety w parze z brakiem pomysłu na siebie, przez co albumy bronią się raczej pojedynczymi utworami niż jako całość. „Infinite” nie jest od tego wyjątkiem.

Już wydana wcześniej EPka, „Time For Bedlam”, wzbudziła moje obawy. Mogliśmy na niej usłyszeć m.in. Paradise Bar, który lepiej pominąć milczeniem. Ktokolwiek będzie w stanie wysłuchać 3 razy tego kuriozalnego wstępu, brzmiącego jak muzyczka z cyrku, ma u mnie dożywotni szacunek. Time For Bedlam i Hip Boots pojawiły się także na „Infinite” więc na nie czas przyjdzie za chwilę.

Pierwsze, co rzuca się w uszy po włączeniu płyty, to maksymalnie wygładzone brzmienie. Zapewne jest to wina Boba Ezrina, legendarnego producenta, pracującego przy tym i wcześniejszym albumie Deep Purple. Do dziś nie wiem, jak ktoś taki, jak Ezrin mógł tak brutalnie pozbawić mocy płytę zespołu kładącego kiedyś podwaliny pod powstanie heavy metalu. Gitara i sekcja rytmiczna są po prostu gładziutkie, ewidentnie profilowane dla „niedzielnych” słuchaczy, nie zaś fanów czy nawet sympatyków gatunku. Każdy, kto słyszał „Deep Purple In Rock”, „Sabbath Bloody Sabbath”, czy inne klasyki ciężkiego grania z lat 70., zapewne zna to charakterystyczne uczucie w uszach, wywołane brudnawym, naturalnym brzmieniem. Cóż, ze współczesnym Deep Purple (należącego do wielkiej trójki hard rocka, warto przypomnieć) tego nie doświadczycie.

To jednak nie jedyne problemy, jakie trapią ten album i grupę. Są nim również sami muzycy i ich gra. Steve Morse to wirtuoz – niestety w niezbyt dobrym tego słowa znaczeniu. To dobry gitarzysta, jednak bardzo słaby kompozytor, brak mu również muzycznego wyczucia. Riffy gra solidne, ale jego solówki to w większości mało atrakcyjne popisy w stylu „patrzcie, ile to ja akordów znam”. Ian Gillan nie zapomniał bynajmniej, jak się śpiewa, ale z jego głosem nie jest najlepiej, co parę razy nieudolnie próbował maskować za pomocą komputerów i melodeklamacji (są na szczęście na albumie chlubne wyjątki).O basie Glovera i perkusji Paice’a można powiedzieć tyle, że są, właśnie po nich najlepiej słychać, jak bardzo na siłę nagrany jest to album. Z Donem Aireyem zaś jest podobnie jak z Morsem. Ma ogromne umiejętności, ale brak jego wyraźnego wkładu w muzykę jest nader słyszalny. Gra to, co akurat trzeba, żeby było ok. Zresztą nie dziwi to, zważając na fakt, że przez większość życia grał jako muzyk sesyjny. Może gdyby nie zastępował z zespole geniusza, jakim był Jon Lord, nie byłoby to takim problemem. No, ale jednak zastępuje…

Mimo wszystko można znaleźć tu parę ciekawych momentów. Time For Bedlam ma całkiem przyjemny riff i dobry, sprawnie zaśpiewany tekst. Psuje go jednak komputerowo przetworzona melodeklamacja na początku i końcu. Nie jest sama w sobie zła, ale w połączeniu z tą piosenką brzmi kuriozalnie. Tak dzisiaj często definiuje się „nowoczesność w muzyce”. Hip Boots (mój faworyt z tego albumu) jest najlepszy pod względem melodii, wchodzi w ucho i brzmi bardzo purpurowo. All I Got Is You i One Night In Vegas to typowe dla współczesnego Deep Purple luzackie utwory, dosyć chwytliwe i miłe w odsłuchu. Do tego grona zaliczę też Get Me Outta Here, ale po co tu te dziwne efekty, nałożone na bas i perkusję, to ja nie wiem. The Surprising to ballada, skręcająca nieco w stronę rocka progresywnego. Jest tu parę zmian nastroju i wyraźny podział na fragmenty łagodniejsze i ostrzejsze. Żadna to rzecz wybitna, ale wyróżnia się na tle reszty utworów, na plus zaliczam bardzo dobry wokal i klawisze, momentami grające troszkę w stylu Lorda. Jednak porównanie tego utworu do Innuendo Queen, z którym dwukrotnie się spotkałem, przyprawiło mnie niekontrolowany atak śmiechu. Natomiast Birds Of Prey próbuje być pokręcony i nieprzewidywalny. Wyszło co najwyżej lekko dziwnie, ale jest to jeden z dwóch utworów, gdzie Morse gra naprawdę dobrą solówkę (drugim jest Hip Boots).

Jak więc widać, na „Infinite” jest kilka niezłych utworów i jeden naprawdę dobry, ale żadnego wybitnego. Są za to 2 prawdziwe koszmarki w postaci Johnny’s Band i On Top Of The World – oba kiczowate, pozbawione jakiejkolwiek melodii i przesiąknięte lukrem niczym pączki na Tłusty Czwartek. A na koniec dostajemy rzecz całkowicie niepotrzebną – cover Roadhouse Blues grupy The Doors. Dobór utworu to zaiste kwintesencja błędnej decyzji. Już w oryginale jest to tylko prosty rock and roll rodem z amerykańskich barów, którego siłą była głównie charyzma Jima Morrisona i młodzieńcza energia muzyków, a jednego i drugiego w wykonaniu Deep Purple zdecydowanie brakuje. Utwór brzmi po prostu bezsilnie, jak zagrany przez staruszków nie tyle z przymusu, co wręcz z bronią przystawioną do głowy. Najgorzej wypada Airey, który tylko plumka tu sobie na klawiszach i chyba nawet nie stara się uderzać w nie z pełną siłą. Być może jako jedyny z zespołu miał na tyle rozsądku, że już podczas nagrywania wiedział, jak bardzo jest to nietrafiony pomysł i nawet nie warto się trudzić. Jeśli tak było, to, słysząc całokształt tego wykonania, całkowicie go rozumiem.

Oczywiście zespół nie schodzi poniżej pewnego poziomu, ale jest to solidna robota i nic poza tym. Brakuje tu przede wszystkim dobrych kompozytorów. Wbrew temu, co mówi lista płac, główny ciężar komponowania dźwiga na swoich barkach Roger Glover, który specjalizuje się raczej w popowych melodiach. Najwięcej wnosił za czasów klasycznego składu grupy, jednak zamiast pisać utwory, raczej szlifował pomysły Ritchiego Blackmore’a i Jona Lorda, dodając do nich przebojowość i zamieniając w potencjalne przeboje. W tej roli spisywał się znakomicie, jako główny drogowskaz muzyczny zespołu, już niekoniecznie.

 Deep Purple to jedna z moich ulubionych grup, ale nie mam przez to zamiaru kłamać, mówiąc, że to dobra płyta. Tym większe jest moje rozczarowanie, że żegnają się ze słuchaczami takim średniakiem. Znacznie lepszym zamknięciem ich dyskografii byłby „Now What!?” Jeśli ktoś spodziewa się, że zespół zrobi tu coś więcej niż odwali pańszczyznę, to czeka go wielki zawód. Jak wspomniałem na początku, zdążyłem nabrać do muzyki trochę dystansu i dostosować swoje oczekiwania do tego, co przypuszczam usłyszeć. Dlatego przyjemnie mi się tego słuchało, choć wyraźnie słyszę i czuję, jak mocno wyblakł kolor Głębokiej Purpury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *