Recenzja

It looks good, looks good, oh… Nevermind

Jeszcze przed premierą znaleźli się tacy, którym nie odpowiadały zbyt gładkie pachy pierwszej kinowej superbohaterki. Po premierze ich zdziwienie będzie o wiele większe, gdy przekonają się, że wcale nie jest silną i niezależną kobietą.

Oleksii Abramov: Chociaż Rotten Tomatoes dla mnie nie jest żadnym wzorcem, ale wchodząc na tę stronę i widząc większość pozytywnych ocen dla filmu nowopowstającego uniwersum DC, naprawdę mocno się zdziwiłem. Oczywiście sprawdziliśmy to w kinie i jak się okazało, trendujące w internetach spinnery są tylko początkiem końca świata i ludziom naprawdę pomieszało się w głowie, że nie mogą już odróżnić dobrej produkcji kinowej od tej przeciętnej, a nawet kiepsko zrobionej. Filmy DC, a zwłaszcza „Batman vs. Superman”, polubiłem za mroczny klimat, chaos przemocy i brutalnego człowieka-nietoperza, którego naparzanki z przeciwnikami były kręcone w naprawdę świetny sposób. Nagle pojawia się „Wonder Woman”, która – po pierwsze próbuje łamać koncepcję mroczności, a po drugie jest najgorzej ze wszystkich filmów tego uniwersum zrobiona technicznie. Skąd nagle takie pozytywne odzewy mniej lub bardziej znających się na temacie osób? Ja nie jestem w stanie tego pojąć. Może ty, jako osoba mniej aspołeczna, znasz już rozwiązanie tej zagadki?

Wojciech Bryk: Nie wiem, czy współcześnie my, jako faceci możemy swobodnie poddać krytyce film o superbohaterce, którego reżyserem jest kobieta. Na swoją obronę napiszę, że co do „Wonder Woman” żywiłem naprawdę olbrzymie nadzieje. Przewijające się oceny na zagranicznych portalach, smakowicie wyglądające zwiastuny, do tego równie dobrze wyglądająca w zapowiedziach „Liga Sprawiedliwych” sprawiły, że spodziewałem się przełomu w DC. Byłem przekonany, że Diana potężnym sierpowym zamknie usta tym, którzy narzekają na brak prowadzących kobiet w kinach, a z półobrotu skopie tyłki tym, którzy nadal ślepo wierzą w wyższość coraz słabszego uniwersum Marvela.

Od pierwszych minut wszystko szło naprawdę dobrze. Dianę poznajemy jako małą, zadziorną i słodką dziewczynkę, żyjącą na Themysciri pośród Amazonek, która chce rozpocząć trening (swoją drogą prezentujący się zajebiście). Sielankowe życie kilka lat później przerywa pojawienie się spadającego z nieba mężczyzny (jaka dziewczyna nie marzy o tym, by tak rozpoczął się jej związek idealny?). Niestety wraz z nim pojawiają się Niemcy, którzy – jak to oni – strzelają bez pytania do wszystkich. Jednak gdy tylko padają ostatnie strzały, historia zaczyna robić się strasznie nierówna, a to, co mogliśmy oglądać na plaży, więcej na ekrany nie powróci.

O.A.: Rzeczywiście, początki były naprawdę dobre. Widoki tajemniczej wyspy prezentowały możliwości grafiki komputerowej, treningi szkoły Amazonek od razu przykuwały uwagę widzów i tak łatwo nie odpuszczały, a slow motion jeszcze nie był tak męczący, więc umiejętności Diany w warunkach bojowych wypadały dość epicko. Ogólnie DC nie przesadza z shaky cam (która służy do ukrycia faktu, że aktorzy nie mają odpowiedniej formy fizycznej dla efektownej naparzanki) i robiła normalne, długie ujęcia, lecz w tym przypadku montażysta wykombinował naprawdę męczące spowolnienia, podczas których główna bohaterka prawie się nie ruszała. I to jest chyba jedna z największych bolączek tej produkcji.

Komuś nie chciało się postarać i posiedzieć kilku nocy, by wszystko elegancko zmontować, posklejać, doszlifować. Widzimy natomiast potrawę z mieszanki slow motion, ciągu dziwnie posklejanych ujęć i słabej grafiki komputerowej z niskiej jakości postprodukcją efektów specjalnych. Czytałem kiedyś, że Marvel i DC mają dwie różne metody od strony technicznej na kręcenie swoich filmów, ale niewątpliwie każda z nich prezentowała się równie dobrze. W tym przypadku części tworzone komputerowo wyglądają niedbale i są na poziomie gorszym od pierwszych części „Star Wars”. A czy mogła nas pocieszyć fabuła wraz z grą aktorów? I tak, i nie, ja osobiście jestem na nie, ale może dam się wypowiedzieć najpierw tobie, bo przecież miałeś większe oczekiwania.

W.B.: Jeżeli chodzi o Gadot, to skradła moje serce, głównie dlatego, że – moim zdaniem – naprawdę świetnie przenosi na ekran komiksową Dianę (Aquaman już tak idealnie nie wygląda), niestety dotyczy to głównie jej wyglądu. Nierówności rozpoczynają się już w momencie zderzenia się dwóch światów, tego rzeczywistego, dotkniętego wojną, który reprezentuje Steve Trevor (Chris Pine), brytyjski szpieg oraz fantastycznego ukrytego przed śmiertelnikami. Pilot nie wygląda na wstrząśniętego: „Mieszkacie sobie tu same, nie ma tu żadnego faceta, skaczecie cztery metry w górę i mówicie, że jesteście z gliny? Ok. Diana, ty naprawdę wierzysz w Aresa? Ok.” Szybko się do wszystkiego przyzwyczaja i postanawia zabrać ją na front, chociaż przynajmniej początkowo każda jej wypowiedziana kwestia powinna wzbudzać w nim podejrzenia, czy kobieta, która przyczepiła się do niego w drodze do Londynu w okresie niemowlęctwa nie upadła przypadkiem na głowę.

Nieco lepiej szok i niedowierzanie wygląda ze strony głównej bohaterki. Jest zagubiona w nowo poznanym świecie, a jej naiwne przekonania o pokoju i miłości ulegają bolesnej konfrontacji z okrucieństwem wojny. Wonder Woman kojarzona jest z silnym charakterem i nieustępliwością, jest postacią, która nie tyle porwie za sobą ludzi do walki, co sama stanie naprzeciw przeważającego wroga. Niestety naszej głównej heroinie charakterek się nie kształtuje (czego mogliśmy nie tyle oczekiwać, co nawet wymagać). Zabrakło mi Diany, która z wypiętą piersią (tak, czekałem na to) i dumnie podniesionym czołem będzie emanowała pewnością siebie, wynikającą chociażby z „magicznego” pochodzenia. Na ekranie obok słodkiego duetu pojawiają się również Saïd Taghmaoui, Ewen Bremner i Eugene Brave Rock, czyli wnoszący troszkę więcej życia i kolorytu towarzysze, których obecność nieco poprawiła do bólu oczywiste relacje Diana–Steve.

O.A.: A no nie, nie zgodzę się z tym, co mówisz. „Company of heroes” naszych frontowych braci jest jak najbardziej na miejscu, bowiem świetnie dopełniają oni te „główniejsze” postacie. Ale już odnośnie samej wspaniałej półbogini z gliny odnoszę trochę inne wrażenie. Dobrym mykiem było pokazać rozwój bohaterki od początku. Lata dziecięce w tak dużym stopniu nie pojawiały się wcześniej w filmach DC i na tym te produkcje traciły. Tu za to działa prosty i dawno zapomniany schemat. Dostajemy piękną bohaterkę, która nie ma mrocznego smutku Wayne’a, kompleksów Clarka, wątpliwości Starka, kryzysów wieku średniego połowy innych superbohaterów. Mamy natomiast postać, która jest do banału prosta – wierzy w bogów, dobre ludzkie serce, miłość i w to, że za chwilę będzie dobrze. Można by się przyczepić, że jest to zbyt prosty schemat, który już dawno nikogo nie porusza, ale czy takie zagranie nie powoduje, że jesteśmy bliżej tego, co dzieje się na ekranie?

Owszem, lubię filmowe komplikacje i jeszcze bardziej komplikuję własne życie, ale takiej prostoty, jak się okazało po seansie, mi brakowało. Od strony aktorskiej prawie wszyscy bez wyjątku grają idealnie, chce się w nieskończoność obserwować tych bohaterów. Jedynie negatywną oceną obdarzyłbym większość złych charakterów. Nie będę spoilerował, ile villianów pojawi się na ekranie, powiem tylko, że zachwycenia z pewnością wywoływać nie będą. Sama flashbackowa historia też wydaje się być odpowiednio skomponowana. Wszyscy od razu skupili się na podobieństwach do „Kapitana Ameryki”, „Thora” i pierwszego „Supermana”, lecz mi wcale to nie przeszkadzało obserwować pracę aktorską najpiękniejszej na świecie żydowskiej modelki. Grała perfekcyjnie ciałem, mimiką, oczyma. Jej dialogi były naiwne, ale nie głupie, nie napisane tylko po to, by bohaterka cokolwiek mówiła. Niestety wymienionych wyżej zalet nie wystarcza, by film był dobry w każdym szczególe. Braki w narracji, chałturniczo zrobiona walka finałowa i pośrednie zakończenie tej części historii wiele pozostawiają do życzenia. Natomiast to, co było doszlifowane perfekcyjnie i wyważone na wagach jubilerskich – to żarty w filmie. Za to mój największy szacunek.

W.B.: Nie ma smutnej przeszłości, racja. Lecz na ekranie jej postać w ogóle się nie rozwinęła, wnioski do jakich dochodzi w czasie swojej pierwszej przygody w ogóle nie wpływają na jej zachowanie, postawę czy pewność siebie. Przytoczę słowa Antiopii: „nie wierzysz w siebie” – i do końca widać, że Diana w siebie nie uwierzyła, a przecież zmian w bohaterach spodziewamy się zawsze, nieważne, czy schemat był powielony, czy nie. Czy grają idealnie? Nie przesadzałbym, Trevor nie wnosił nic poza próbami tłumaczenia Dianie, jak działa świat, w którym się znalazła, reszta „ekipy do zadań specjalnych” też mogła wnieść nieco więcej ze swojej strony. Przyznam, że Gal Gadot dała radę z pokazaniem nieporadności w stylu „Pocahontas”, lecz ta maniera na dłuższą metę zaczynała męczyć. Co do żartów, są nieodzownym elementem w kinie, każdy gatunek niedługo będzie miał swój zabawny, rozluźniający moment (na chwilę obecną bronią się jedynie dramaty i filmy porno). Powtarzanie w kółko żartów w stylu: „Diana poznaje świat” też może się przejeść.

Niemal każdy przytacza podobieństwa do „Kapitana Ameryki”, bo przecież rzuca tarczą i miała nawet swojego Bucky’ego. Ale przecież „wzajemne inspirowanie”, czy jak niektórzy wolą „wzajemne zrzynanie” jest oczywiste od dawna, więc myślę, że pora już sobie to darować. Na plus zasługuje na pewno przedstawiony klimat I wojny światowej. Twórcy postanowili pokazać nie tylko, jak okrutna i niesprawiedliwa jest dla żołnierzy, którzy walczą na froncie podczas, gdy generałowie z daleka od frontu popijają kawę i dywagują na temat ewentualnego pokoju. Bardziej zauważalne w filmie jest również to, jak wojna wpływa na zwykłych ludzi. Do tej pory bohaterskie kino pokazywało uciekających cywili podczas, gdy miasta wysadzają lasery. Tutaj szarość DC wypłynęła w pokazaniu, jak niesprawiedliwa jest wojna, którą wywołują wielcy, a cierpią niewinni.

O.A.: Możemy mieć różne zdania co do wielu aspektów „WW”, ale solidarność nasza niewątpliwie pojawia się wtedy, gdy widzimy „bezkrwawe” kino o wojnie, walce, naparzankach z użyciem cholernie ostrych, antycznych mieczy. Dlaczego, jak w Amazonki trafiały naboje, a w Niemców strzały, nie leciała z nich krew? Dlaczego koleś, którego nasadzono na miecz, jak wyborny szaszłyk, nie miał ani kropli czerwonego sosu? W końcu, dlaczego w scenie, gdzie jedna postać mówi drugiej: „Krwawisz”, nie widać krwi? Ok, jak trafnie zauważyłeś, jucha nie powinna się lać fontanną z każdej dziury (chociaż moim zdaniem czasami powinna), ale dać przynajmniej odrobinę krwi jednak wypada.

Nie rozumiem, skąd są te usprawiedliwienia, że film jest dla określonej grupy widzów i że wytwórnia ma zakazy, rozkazy i nakazy od państw, w których będzie pokazane jej dzieło i różnych organizacji, stojących w obronie grzybów i kosmitów? Skoro macie ograniczenia, to dlaczego dotyczą krwi, a nie wspominania męskich narządów płciowych co pięć minut? Nie, tak to nie powinno działać. Ludzie, Amazonki i nawet bogowie krwawią i to jest fakt rzędu tego, że jeśli się nie zabezpieczysz, to będziesz obchodził dzień ojca. To, wiele innych niedopatrzeń i niedociągnięć, nie zawsze dobrze skomponowany soundtrack, chociaż firmowa muzyczka „Cud-Kobiety” wymiata jeszcze z czasów „BvS”, powodują, że jeszcze raz odtworzę na YouTube sceny walki z udziałem Batmana, a najnowszej produkcji DC postawię jedynie 7/10.

W.B.: Na film wybierałem się z szerokim uśmiechem, będąc przekonanym, że w końcu dostanę argument przeciwko tym wszystkim, którzy powtarzają: „Ale przecież DC sucks”. Niestety „Wonder Woman” zamaszystym strzałem w slow motion wytrąciła mi oręż z dłoni. Całość naprawdę wyglądać mogłaby świetnie, poszczególne elementy naprawdę prezentują się co najmniej przyzwoicie. Zabrakło jedynie dopracowania całości, historia była nierówna, a montaż kulał i momentami było po prostu brzydko. Fajny klimat, Gal Gadot jako Wonder Woman, zderzenie z okrucieństwem prawdziwego świata i przedstawienie narodzin bohaterki ma w sobie niezwykły potencjał, lecz momentami odnosiłem wrażenie, że w postprodukcji wywalono chyba jakieś naprawdę znaczące fragmenty. Najpierw prześmieszkowali mi „Strażników”, a teraz „Wonder Woman” traci swoją barbarzyńską pewność siebie i amazoński pazur. Mimo olbrzymich nadziei film zasłużył jedynie na 5/10.

Redaktor Abramov nie doczekał się żartów i odniesień do swoich korzeni i pochodzenia głównej aktorki, a wy nie doczekacie się dobrego superbohaterowskiego kina od najnowszej produkcji DC. Jeżeli jednak potraficie docenić te nieliczne dopracowane fragmenty „Wonder Woman”, serdecznie zapraszamy na seans do Cinema City.

1 KOMENTARZ

  1. I za każdym razem to wasze zdziwienie, że film nastawiony na jak największy zysk jest do bani, że fabuła nie do końca, że bohaterowie i ich perypetie z gotowego wzorca, nie ma krwi (halo, PG-13, czyli idą na to rodzice ze swoimi milusińskimi, nie zostawiają ich w domu i płacą za ich bilety, a o to w tym chodzi) a kolejną produkcję molocha hollywoodzkiego z reguły przyjmiecie podobnie, no chyba że akurat żarciki podejdą, no to wtedy „film spełnił nasze oczekiwania”, „przyjemnie się to oglądało”, „mam ochotę obejrzeć go znowu”. Doszukiwanie się głębi w filmie tej kategorii pozostawiam bez komentarza, ukraińska hipsterka jest (zaskakująco?) mainstreamowa.

Pozostaw odpowiedź Baobab Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *