Wokalista nieistniejącego już Led Zeppelin dwoi się i troi, żeby nie kojarzono go z jego macierzystą formacją, jednocześnie grając taką muzykę, na jaką ma ochotę. Swoim najnowszym albumem udowodnił, że jest oddany tej misji w całości.

Kto słyszał i polubił wydany przed trzema laty „Lullaby and… The Ceaseless Roar”, nie powinien być rozczarowany. „Carry Fire” to jego logiczna kontynuacja – spokojna muzyka folkowo-rockowa z istotną rolą egzotycznych instrumentów. Nie są one jednak aż tak słyszalne, jak na „Lullaby…”, kosztem bardziej nowoczesnej produkcji i wyraźniejszej elektroniki. Dla mnie akurat nie jest to zmiana na lepsze, bo w takiej muzyce wolę bardziej naturalne brzmienie. Jednak rozumiem tę decyzję. Dzięki temu album nie brzmi jak kopia poprzedniego, a dobrej muzyki tu z pewnością nie brakuje.

Utwory są dosyć logicznie poukładane. Na początku mamy konwencjonalne brzmieniowo piosenki, na końcu te, w których najbardziej słychać elektronikę, zaś cały środek albumu to folkowe granie, inspirowane muzyką bliskowschodnią. Spokojne „The May Queen” i nieco mocniejsze, riffowe „New World…”, które zaczynają album, miały być chyba zmyłką, bo niezbyt mają się do tego, co usłyszymy dalej. W takim klimacie utrzymany jest jeszcze tylko „Bones And Saints”, niepotrzebnie umieszczony bliżej końca. Lepiej pasowałby na początku, w sąsiedztwie podobnych sobie utworów. Inna sprawa, że to naprawdę dobre kompozycje, ze świetnymi motywami gitarowymi. Trochę na siłę, ale można w nich usłyszeć delikatne echa łagodniejszego oblicza Led Zeppelin. Jak widać, Plant nie jest w stanie całkiem zapomnieć o swoich korzeniach.

W pozostałych utworach dominuje muzyka o egzotycznym klimacie – a to za sprawą melodii i charakterystycznie brzmiących smyczków („A Way With Words”, z bardzo ładną partią fortepianu), a to gitar grających w bliskowschodnim stylu („Carving Up the World Again…a wall and not a fence”), a to różnych perkusjonaliów, m.in. djembe. Wszystkie te elementy idealnie łączą się w najlepszym utworze z albumu, tytułowym „Carrie Fire”. Dodatkowo słychać tu wspaniałą partię graną na oudzie – Europejczykom najłatwiej skojarzyć ten instrument jako „arabską lutnię”, tyle że pozbawioną progów (jest to zresztą prekursor europejskiej wersji tego instrumentu). Jego brzmienie można usłyszeć w muzyce wielu seriali i filmów dziejących się na Bliskim Wschodzie i dokładnie w takim klimacie utrzymana jest ta piosenka. Ubarwia ją także natchniony śpiew Planta, który osiąga tu chyba szczyt swoich obecnych możliwości.

To jednak nie koniec niespodzianek. W „Dance With You Tonight”, za sprawą chwytliwego, przyjemnego wokalu, Plant pokazuje, że mógłby wciąż nagrywać piosenki poprockowe (tak jak w latach 80.) i radziłby sobie z tym znacznie lepiej niż większość piosenkarzy pop. Trzy ostatnie utwory są najbardziej nowoczesne, to wręcz muzyka elektroniczna. „Keep It Hid” jest bardzo wyciszony i subtelny – świetnie śpiewającemu Plantowi towarzyszą sekcja rytmiczna i bluesowa gitara, wyraźnie podrasowane produkcyjnie. „Heaven Sent” zahacza o ambient za sprawą dziwnej, skrzeczącej gitary, zagranej jednak z ogromnym wyczuciem (zastanawiałem się, czy nie zagrał tam przypadkiem Robert Fripp z King Crimson). Oba oparte są na mantrowych, hipnotycznych rytmach, dzięki czemu do samego końca czuć towarzyszący albumowi klimat.

Niepotrzebny jest natomiast cover „Bluebirds Over the Mountain” Ersela Hickeya. Nie tylko niczego nie wnosi do całości, ale także udziela się tu wokalnie Chrissie Hynde z The Pretenders. Nie dostała zbyt wiele do zaśpiewania, lecz i tak zdołała mnie zirytować. O takich wokalistach zwykłem mówić, że „śpiewają za bardzo” – tak mocno starają się dopasować do utworu ze swoją manierą, że brzmi to głupio, wręcz śmiesznie. Za to Plant jak zawsze poradził sobie znakomicie, momentami nawet wspina się na wysokie rejestry, z jakimi zdaje się mieć problemy od jakichś 30 lat. Szkoda trochę, że na ten utwór zmarnowano świetny motyw grany na altówce. Lekko zmieniony pasowałby do pięknej ballady „Season’s Song”.

Dla kogo w zasadzie Robert Plant niesie ten ogień, o którym mowa w tytule? Wyłącznie dla samego siebie. Nie stara się niczego udowadniać, nikomu nie dogadza, nie zważa na modę ani niczyje oczekiwania. Gra dokładnie taką muzykę, jaka gra mu w duszy. I za to należy się ogromne uznanie, zwłaszcza że efekt jest nader udany.Nie sądzę, by pojawiło się w tym roku wiele równie udanych albumów, próżno też szukać wokalisty po sześćdziesiątce, który byłby w tak dobrej formie, może oprócz Micka Jaggera.  Mało który muzyk ze starej gwardii rocka jest obecnie w stanie nagrać album tak szczery, przyjemny, a przy tym po prostu dobry.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *