Recenzja

Czy nie brakuje nam sprawiedliwości?

Hejterzy z każdej strony zacierali już ręce, by zjechać film, bo tak. Jednak ciekawość, do kogo w zwiastunie zwracał się Alfred była tak duża, że postanowiliśmy przybyć na zbiórkę. I sprawiedliwie ocenić „Ligę”.

Dr Ego: Dziś przyszło nam żyć ponownie w erze superbohaterów. Na małym i dużym ekranie co chwila pojawiają się nowe tytuły, a producenci zapowiadają własne pięć minut dla kolejnych postaci z komiksowych zeszytów. Ledwie opadają emocje po premierze jednego filmu, a już w napięciu zbliżamy się do kolejnego, a żadnego przegapić nie można, bo –zgodnie z panującą modą – tworzą coś większego. Nie możemy ich również przegapić, bo przecież obaj ich uwielbiamy. Jednych mniej, drugich bardziej, ale jak moglibyśmy sobie odpuścić którykolwiek tytuł, przecież zżera nas ciekawość, jak w dzisiejszych czasach twórcy wyobrażają sobie kolesia w pelerynie, którego uwielbiano pięćdziesiąt lat temu. Ma to swoje plusy, bo przecież na pewno nie możemy się nudzić i coś na tych ekranach ciągle się dzieje.

Jednak ma to też swoje minusy. Dostarcza nam to istnej emocjonalnej huśtawki, bo od tytułów dobrych trafiamy na fatalne, by potem unieść się na przyzwoity poziom. Mimo wszystko staramy się zapomnieć o nieprzyjemnym uczuciu gubiącego się błędnika, i na każdą premierę wybieramy się uśmiechnięci i pełni nadziei. Z tego wszystkiego można dostać rozstrojenia i co najmniej migreny. Po fatalnym „Legionie Samobójców” i raczej niezbyt silnej i niezależnej „Wonder Woman”, kolejną atrakcją w naszym lunaparku była „Liga Sprawiedliwości”. Stary, tylu emocji przed premierą nie dostarczył mi jeszcze żaden film. Z jednej strony świetne zwiastuny i coraz to nowsze materiały, fanowskie teorie, kogo jeszcze zobaczymy, z drugiej – wyboje, dokrętki i zmiany na krzesełku reżysera. Tobie zaś żadne sceny po napisach jeszcze nigdy nie „zrobiły tak dobrze”. I niech się walą wszyscy hejterzy, którzy usilnie próbowali zepsuć mi humor, niech się wali Rotten Tomatoes ze swoimi 40%, gdy inne „głupoty” dostają u nich 96%. Chociaż może się wstrzymam, bo na koniec okaże się, że Ciebie też będę musiał dodać do tej listy.

Abraham Lincoln: Istnieje przeświadczenie, że jak nie dopasują nam żarciki w filmie, to po produkcji pojedziemy od góry do dołu, zaś jeśli poziom śmieszkowania trafi w nasze „guściki”, to jakieś dzieło kinowe będziemy chwalić do ostatniej sekundy po napisach. Na szczęście, jeśli nie dało się tego wcześniej zauważyć, tak nie jest. W „Lidze Sprawiedliwości” śmieszne elementy były na miejscu i raczej żadnego zażenowania u nas nie wywołały. Natomiast film ten nie jest pozbawiony kilku nieprzyjemnych niedociągnięć i błędów, co w zasadzie mogło nas na chwilkę zasmucić, ale całego wrażenia z pewnością nie zepsuło. Czy „Legion Samobójców” był dobry, czy zły – zdanie zmieniam za każdym kolejnym obejrzeniem. Natomiast „Batman vs Superman” i dzisiejszy nasz gwóźdź programu „Justice League” są utrzymane na odpowiednim poziomie mrocznego uniwersum DC, czym właśnie stawiają czoło obecnej modzie, bazującej na filmach o superbohaterach dla wszystkich. Niestety ta tematyka nigdy nie będzie dla wszystkich. Po tym seansie, gdzie na sali spośród osób siedzących parami, jedna była podjarana i wiedziała, o co chodzi, a druga z zażenowaniem patrzyła na tę pierwszą i czekała, aż to się skończy – tylko się w tym upewniłem.

Dr Ego: Ideał z całą pewnością to nie był. Niestety. Możemy bez problemu wymienić sporo plusów, jak i minusów. Najważniejsze jest jednak to, że utrzymane zostały ciemniejsze i ponure barwy uniwersum DC znanego z komiksów, które tak świetnie zostały oddane w „Dawn of Justice”. Batman i spółka nie są zwykłymi napakowanymi koksami, których głównym celem jest sprawdzenie, jak duże możliwości mają specjaliści od efektów specjalnych. Mają oni swoje historie i problemy, a niektóre fragmenty przypominają nam, że „też są ludźmi”, przynajmniej w pewnym stopniu. Mrok DC nie jest już jednak tak gęsty i nieprzenikniony. Wkrada się do niego to, co napędza popkulturę, czyli rozrywka, niektórym bowiem postanowiono wyjąć z tyłków kije i ci, którzy w poprzednich filmach zazwyczaj warczeli, teraz mają czasem błyskotliwą uwagę do rzucenia. Co Flashowi pasowało, ale Batmanowi już nie do końca. Jako że zdarza się nam być nieprzyzwoitymi śmieszkami… dobra, dla jednego z nas jest to praca na pełen etat, zaczęliśmy nietypowo, bo od oceny żarcików i gagów (filmowy świecie, co się z tobą dzieje, że to od tego trzeba zaczynać?). Powróćmy jednak do profesjonalizmu godnego członkom Ligi i zacznijmy tak, jak należy. Kilka słów o fabule, Abrahamie, oddaję Ci głos.

A.L.: Spróbujemy może tak, żeby było śmiesznie? Superman nie żyje, świat się zmienił, muzułmanie szaleją i tylko Batman wciąż jest detektywem nocy. Odkrywa on, że po mieście latają „komary” i karmią się ludzkim strachem (tak, tak, wątek prosto z horrorów). Postanawia więc złapać jednego, a gdy ten – niczym prawdziwy terrorysta – wysadza się w powietrze, zaczyna zbierać Team Batman. I o ile ten wstęp, nazwijmy go tak, bardzo mi się podobał, i było w nim widać mojego ulubionego bystrego i brutalnego Bruce’a Wayne’a, to w dalszej części filmu człowiek-nietoperz nie wypada już tak dobrze. W uniwersum DC Batman jest tym superbohaterem, którego boją się nie tylko ci źli, ale również koledzy w zawodzie. Zaczynając od komiksów i kończąc na serialach animowanych, jeśli chodziło o „Ligę Sprawiedliwości” – to  Wayne był tym przywódcą, który wiedział, co robić w sytuacjach, kiedy nawet Superman nie dawał rady.

W filmie natomiast jest – muszę użyć tego określenia – ciotą i nadaje się jedynie do kupowania Flashowi jedzenia. Mnie osobiście zabolało to dość mocno. Jednak jest w „Justice League” jeszcze coś bardziej smutnego. Batman – przynajmniej – został przedstawiony jako zrezygnowany z życia koleś. Wprowadzenia do innych bohaterów w ogóle ciężko jest dostrzec. O ile w „Legionie Samobójców” jakoś to jeszcze zgrabnie wyglądało i było widać, że ktoś się starał, żeby to ładnie ugrać, chociaż warto przyznać, że w pół godziny zaprezentować tak dużą obsadę jest ciężko. Oglądając najnowszą produkcję ze świata DC, odniosłem wrażenie, że każdy członek batmanowskiej ekipy, pojawiając się na ekranie, od razu zostawał rzucony do akcji.

Dr Ego: Zbiórka superbohaterów zorganizowana przez Batmana powinna dostać o wiele więcej minut albo być zaledwie pierwszą częścią kilkuczłonowej całości. Z jednej strony każdy bohater dostał zdecydowanie za mało swojego rysu biograficznego. Vic jest od razu Cyborgiem i nie wiemy, co dokładnie mu się przydarzyło, chociaż próbuje się z tym nie godzić. Flash nawet nie stara się truchtem umknąć poszukiwaniom, a Aquaman, cóż – z pewnością nie jest Arthurem, którego znaliśmy z komiksów, bo wraz z fryzurą zmienił się też jego charakter. Z drugiej jednak strony widać, że tworzenie teamu miało być głównym punktem programu.

Było ono na tyle ważne, że zagrożenia ze strony skrzydlatych parademonów i ich dowódcy mogłoby nie być. Bo tak całkiem szczerze, niech podniesie rękę ten, który nie zauważyłby, gdyby Steppenwolfa w ogóle nie było. Ja podnoszę ją bardzo wysoko. Genialny strateg i przywódca sił zbrojnych o boskiej niemal mocy wygląda tak naprawdę jak zwykły wojskowy trep, któremu pasowałaby funkcja popychadła dla kogoś większego. Szkoda, że skoro w centrum tego wszystkiego miało być wybieranie drużyn, nie oddano ścierania się osobowości, do jakiego powinno dojść w batcave. Nikt nie chciał dowodzić, nikt nie uważał się za lepszego, była jedynie delikatna nutka braku zaufania, a przecież w jednym miejscu spotkały się postaci, które znalazłyby sposób, żeby pozbyć się pozostałych – poza Batmanem, który powinien mieć plan na długo przed ich spotkaniem.

A.L.: Tak, nikt nie pomyślał, by zrobić antagonistę chociażby odrobinę wyrazistszym. Może wynikało to z zamieszania, kto zasiądzie na krześle reżysera, a może rzeczywiście sam wątek team-upu miał być bardziej dobitny niż zagrożenie dla świata. W każdym razie, w tym filmie wyrazistości brakowało obu głównym wydarzeniom. Charaktery bohaterów również często były nijakie. Nijakie zagranie Cyborga przez Ray Fishera, który bardziej wyglądał na wredne dziecko, a nie sztuczną inteligencję z ludzkimi emocjami. Aquaman z kolei był bardziej brutalnym Jasonem Momoa, którego lubią kobiety, niż postacią z komiksów. Z Flashem bardziej się powiodło. Miał ładnie wypisany kawałek historii. Co prawda nie został pokazany jako bystry, zdolny chłopak, który dużo je i nie umie żartować, a jedynie jako taki śmieszek w drużynie, ale to, co zostało nam zaserwowane, nie było aż tak kiepskie.

Z Benem Affleckiem i Henrym Cavillem mieliśmy już do czynienia, ale i ich postaci udało się zepsuć. Jak już wspominałem, Batman nie był Batmanem, tylko zwyczajnie zbędnym elementem na szachownicy superbohaterów. A Superman – chociaż i robił swoje, nie wyglądało to już tak bardzo efekciarsko, lecz nawet trochę nieudolnie (wąsa komputerowo ogolić zdążyli, a co innego już nie). Jedynie Gal Gadot jak zawsze była Dianą, którą znamy, i nie przyniosła fanom przykrych wrażeń, ani pod względem zachowania swojej bohaterki, ani pod względem wizualnym – zbliżenia na jej tyłek prześladowały nas w każdej scenie z udziałem Wonder Woman. A skoro już zahaczyliśmy aspekt wizualny, to warto powiedzieć, że osobę, która za tym wszystkim stoi, trzeba zwolnić. Fatalny pomysł na Flasha, słabe ujęcia podwodne, masakryczna robota z greenscreenem, ogólnie kiepski wybór kolorystyki, gdzie brązowy batmobile pędzi brązową ulicą na brązowym tle, itd. W tym wszystkim w miarę dobrze wyglądało tylko finałowe starcie i „poboczna misja” Gadot z początku filmu.

Dr Ego: No dobra, ale powoli wyłania nam się z tego obraz jakieś olbrzymiej klapy, a moim zdaniem film z pewnością nie zasłużył aż takiej baty. Początkowe sceny z Dianą spowodowały u mnie gęsią skórkę, zresztą każda scena walki z jej udziałem prezentowała się o niebo lepiej niż ta finałowa z jej solowego filmu. Co prawda, brakowało choreografii walki w stylu „Mrocznego Rycerza”, to jednak większość starć wyglądała bardzo przyjemnie dla oka, a w końcówce filmu zaczęła nam się wytwarzać coraz fajniejsza współpraca między bohaterami. Kolejnym świetnym elementem jest z pewnością coś, co na mnie zrobiło wrażenie w pierwszych sekundach, a co Ty komplementowałeś już po filmie, czyli soundtrack.

Zarówno numer z otwarcia, jak i kawałek pod napisy, były tak przyjemne dla ucha, że już znalazły się na mojej playliście. I nie były to żadne „klasyki”, po które z takim zamiłowaniem się sięga. No i oczywiście, komiksowi fani znajdą w filmie sporo nawiązań do papierowych wersji. Mimo że bohaterowie przez cały film powinni być tacy, jakich znamy ich od dzieciaka, to w kinie rzadko kiedy są właśnie w tej znajomej postaci. Jednak na szczęście zdarzały się fragmenty, w których byli oni idealnie tacy, jak trzeba. Chociażby ten koleś, który zastępuje Alfreda, w rozmowie z Dianą – był to właśnie taki cudowny staruszek, jakiego zawsze uwielbiałem. No i na sam koniec – sceny po napisach. Tutaj po prostu „WOW”, ale nic więcej nie powiemy, musicie wybrać się do kina i koniecznie zobaczyć to sami.

A.L.: Wspomniana przez Ciebie choreografia jednak wykraczała czasami poza granicę tego przeciętnego poziomu. Do tego dochodził boski w niektórych momentach slow motion. A spajały to wszystko piękne interakcje między bohaterami w różnych częściach filmu. Gordon i Alfred naprawdę wpasowali się w te klimaty. Przyprawiona świetną muzyką „Liga Sprawiedliwości” sprawiała wrażenie produkcji, której już nie tak dużo brakowało, by można było powiedzieć: „To było to!” Szkoda, że film tak naprawdę wyszedł strasznie krótki. Chyba można się spodziewać pięciogodzinowej wersji reżyserskiej. Dopowiem tylko, że za obie sceny po napisach jestem gotów wybaczyć wszystkie niedociągnięcia „Justice League” i życzyć dalszego mocnego rozwoju temu uniwersum. Mocne, czasem mroczne i jednocześnie zabawne, czasem żenujące i okropnie zrobione, ale z pewnością konkurencyjne kino. 7/10.

Dr Ego: „Liga Sprawiedliwości” nie jest tak dobra, jak oczekiwałem w najśmielszych marzeniach, jednak z pewnością nie jest tak zła, jak obawiałem się w najgorszych koszmarach. Doskonały klimat mrocznego DC doprawiony odrobiną poczucia humoru, świetne walki, doskonała muzyka i relacje bohaterów, które wypadają naturalnie, mimo że docieranie się powinno być bardziej elektryzujące. No i oczywiście, cała masa wskazówek i zapowiedzi tego, co może dziać się później. Film ma niemal tyle samo plusów co minusów, jednak z pewnością nie jest zmarnowanym czasem i każdy znajdzie tam coś dla siebie: od scen walki, poprzez żarciki, aż do wdzięków Gal Gadot – a jeżeli wychodzimy z seansu między innymi ze słowami: „Szkoda, że tak krótko”, dowodzi to, że chcieliśmy i nadal chcemy więcej, a „Liga” – chociaż jeszcze z potknięciami – może otworzyć uniwersum DC, które przestanie, jak to mówią nasi znajomi – ssać. Z podniesionym czołem, powiewającą peleryną, wypiętą piersią i czystym sercem – 7/10 (doskonale wiesz, kogo mi brakowało). A choćby wersja reżyserska trwała i 5 godzin, bez mrugnięcia okiem będę się przy niej dobrze bawił.

Hejterzy powiedzą, że to było strasznie słabe, Rotten Tomatoes potwierdzi, a my stanowczo zaprzeczymy – „Liga Sprawiedliwości” zasługuje na waszą uwagę. I tylko od was zależy, ile punktów dacie temu filmowi. A dla wystawienia dokładnej oceny zapraszamy na seans do Cinema City.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *