Jeszcze Black Label czy już Black Sabbath?

Tytuł „Grimmest Hits” wskazuje na składankę z największymi (a raczej najmroczniejszymi) hitami Black Label Society. Nie jest to jednak żadna kompilacja, a tym bardziej nie ma tu żadnych hitów – ani pod względem komercyjnym, ani jakimkolwiek innym.

Zakk Wylde założył Black Label Society jeszcze w czasach, gdy grał dla Ozzy’ego Osbourne’a. Wiadomo, płyty lidera ukazują się rzadko, to warto znaleźć sobie jakieś dodatkowe zajęcie. I tu pojawia się zasadniczy kłopot z BLS – jego muzyka od początku była w dużym stopniu odbiciem twórczości Osbourne’a, a w ostatnich latach jest to bardziej słyszalne niż kiedykolwiek wcześniej. We wczesnym okresie działalności muzyka tej grupy była bardziej atrakcyjna dzięki wpływom southern rocka. Niewielkim, ale jednak. Z biegiem czasu ślady tego stylu były jednak coraz mniejsze, a od czasu „Catacombs of the Black Vatican” są znikome. Nawet jeśli da się je dosłyszeć, to nie robią już takiego wrażenia, bo to po prostu już było – wcześniej, więcej i lepiej.

Już trzy, cztery pierwsze utwory pozwalają wypunktować wszystko, co trapi muzykę Black Label Society od co najmniej dekady – skłonności lidera do popisywania się, kiepskie melodie pomimo naprawdę dobrych riffów, postępujący zanik własnego stylu (słychać podobieństwa nie tylko do Osbourne’a, ale także grupy Down) czy wokal Wylde’a do złudzenia przypominający Ozzy’ego.

Rzecz jasna, nie można winić lidera za barwę głosu. Ale gitarzysta, będąc tego świadom lub nie, naśladuje także styl swojego byłego mistrza. Motoryczny, jednostajny sposób śpiewania, przeciąganie końcówek – kropka w kropkę Ozzy. Można wręcz odnieść wrażenie, że wokalistą Black Label Society jest Książę Ciemności we własnej osobie. Nawet jeśli w niektórych utworach („Trambled Down Below”, „Nothing Left To Say”) słychać ślady własnego stylu Wylde’a, to wciąż brzmi on jak Osbourne, tyle że ciężko chory lub po prostu niewyspany. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie początek utworu „All That Once Shined”, w którym Wylde brzmi jak… Lemmy Kilmister w niektórych balladowych kawałkach Motorhead (np. „Don’t Let Daddy Kiss Me”). Ale to tylko krótki moment, który traktuję jako miły smaczek.

„Inspirowanie” się dokonaniami innych nie miałoby tak dużego znaczenia, gdyby sama muzyka potrafiła się obronić. Lecz „Grimmest Hits” daleko choćby do poziomu pierwszych płyt BLS. Szczególnie drażni kontrast między riffami i solówkami – te pierwsze są niezłe, drugie natomiast w większości zaskakująco miałkie. Wylde kompletnie nie ma do tego wyczucia. Ciągle pokazuje swoje techniczne umiejętności, ale niewiele z tego wynika. Nie sposób zapamiętać jakiekolwiek solo, zwłaszcza że większość jest łudząco do siebie podobna. Można odnieść wrażenie, że gitarzysta gra w kółko to samo.

Same utwory też trudno od siebie odróżnić. Wszystko jest tu zrobione według ogranego do bólu schematu. Ciężkie, metalowe walce pomieszane z balladami. Urozmaiceń brak, zaskoczeń brak. Wciąż miałem wrażenie, że słucham kilku kawałków na krzyż. Nie pomaga długość albumu – 55 minut rozłożonych na 12 kawałków to za dużo jak na tak jednostajną muzykę. Całość spokojnie można by skrócić o monotonne, ckliwe ballady „The Day That Heaven Had Gone Away” i „The Only Words” (obie brzmią, jakby były dwiema wersjami tej samej kompozycji), dłużący się „A Love Unreal” czy „Burry Your Sorrow”, który sprawia wrażenie bardzo nieśmiesznej parodii Black Sabbath. Wciąż nie byłby to album bardzo dobry, ale przynajmniej nie tak przydługi. Brak takich potworków pozwoliłby też lepiej wyeksponować najbardziej udane fragmenty – mroczne, klimatyczne „Trampled Down Below” i „Room Of Nightmares”, nieco skoczny „Disbelief” ze świetną melodią i najlepszymi partiami Wylde’a na całym albumie oraz „Nothing Left To Say” (jedyna udana ballada na „Grimmest Hits”). O pozostałych kawałkach trudno cokolwiek powiedzieć – wszystkie brzmią jak odrzuty z „No More Tears” Osbourne’a lub „Sabbath Bloody Sabbath”. Na plus wyróżnia się tylko wspomniany wcześniej „All That Once Shined” dzięki końcówce, w której Wylde pokazuje, że jak chce, to potrafi jeszcze zagrać porządną solówkę.

„Grimmest Hits” wydaje się być skierowany wyłącznie do fanów Black Label Society, którzy, wzorem najpiękniejszych bajek o miłości, zdążyli pokochać tę kapelę taką, jaka jest. Nie ma sensu, by ktokolwiek inny sięgał po ten materiał, chyba że w ramach ciekawostki lub dla tych kilku najlepszych utworów. Warte przesłuchania są przede wszystkim albumy z początku kariery BLS, a ten nie jest do tego zbyt dobrą zachętą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *