Podwójna recenzja: Joker

Źródło: imdb.com

Chcąc wprowadzić w klimat, zachęcamy do odtworzenia piosenek zawartych w filmie. Życzymy miłego czytania – Julia Hawrot & Agata Mikrut.

Myśląc o Jokerze, którego miałyśmy okazję zobaczyć dwukrotnie, trudno oddać bagaż emocjonalny, jaki nam towarzyszył podczas tych seansów, ale postaramy się zrobić co w naszej mocy, aby bez spoilerów przekazać Wam, dlaczego warto skorzystać z ostatnich momentów na wybranie się do kina w celu obejrzenia tego filmu.

Kolejny film DC nie jest w żaden sposób podobny do swoich poprzedników. Reżyser Jokera – Todd Philips, dostał ogromną przestrzeń, aby z filmem zrobić, co tylko mu się marzy i dzięki zaufaniu wytwórni udało się stworzyć nagrodzone na Festiwalu w Wenecji arcydzieło.

Akcja filmu dzieje się w Gotham, mieście, które coraz głębiej tonie we wszechobecnej przestępczości, mieście przesiąkniętym brudem, mieście, w którym żyje Joker. Philips opowiada historię Arthura Flecka (Joaquin Pheonix), mężczyzny zepchniętego na margines społeczny, który marzy, żeby zostać komikiem. Nasz bohater, podobnie do granego przez Roberta De Niro Króla Komedii (1982), czy też Taksówkarza (1976), cierpi na duszy, na umyśle i na ciele. Wszystkie trzy postaci są udręczone przez siebie samych i równocześnie przez społeczeństwo. W reżyserii Todda Philipsa widać, jak wiele czerpał przy tworzeniu Jokera z wyżej wymienionych tytułów autorstwa Martina Scorsese, zarówno warstwa wizualna, jak i sposób konstruowania tytułowych bohaterów pokrywają się w tych trzech filmach. Można by pokusić się o stwierdzenie, że zestawienie tych tytułów tworzy pewną trylogię, dlatego też przy okazji oglądania Jokera serdecznie polecamy sięgnąć po poprzedników. Właśnie dzięki temu film zyskuje kolejny wymiar i nawiązania do stand-up’u, czy też buntu rosnącego w Gotham. Nawiązania te stają się uniwersalnymi nośnikami przekazu, które możliwe, że w przyszłości zostaną przez Was, Drodzy Czytelnicy, dostrzeżone w innych produkcjach.

Wizualnie film został poprowadzony bardzo swobodnie. Kamera jest bacznym obserwatorem, momentami operatorzy zbliżają się do Arthura na odległość kilku centymetrów, wyłapując najdrobniejsze zmarszczki, ale przede wszystkim głęboko patrzą w smutne oczy bohatera i chociaż tak często roześmiana twarz odwraca naszą uwagę, to nie sposób pominąć cierpienia, jakie kryje się w spojrzeniu Pheonixa. Todd Philips, wraz z autorem zdjęć Lawrencem Sherem, często używali ujęć w perspektywie ptasiej z dodatkowo skręconym kadrem. Dzięki temu zabiegowi często  czujemy mocne odrealnienie i „przekrzywienie” momentu, w jakim znajdujemy się wraz z Arthurem. Warto docenić też symbolikę koloru, która w szczególności zaklęta jest w strojach Jokera, ale ponieważ taka analiza mogłaby zdradzić przebieg fabuły, zostawimy takie detale dla tych bardziej wnikliwych, którzy zechcą odkodować to podczas seansu.

Jeżeli chodzi o warstwę audio, to świetnie dobrane kawałki wyżej wspomnianych: Franka Sinatry, Cream, Jimmiego Durante’a czy The Who, zostały zestawione z przeszywająco głębokimi tonami napisanymi przez Hildur Guðnadóttir (Czarnobyl, Sicario). Między innymi dzięki autorce soundtracku możliwe było powstanie kultowej już sceny tańca w łazience. Stało się tak, ponieważ część muzyki była gotowa już przed filmem tak, aby inspirując się nią podczas czasu zdjęć, możliwym było wydobycie dodatkowych warstw ze scenariusza. Jest to bez wątpienia genialna ścieżka dźwiękowa, która w szczególności powinna znaleźć upodobanie wśród osób, które znają twórczość zmarłego już Jóhanna Jóhannssona (Arrival, Prisoners), z którym to Hildur miała okazję współpracować.

Na koniec pragniemy przejść do najjaśniejszego punktu tej produkcji, a jest nim gra aktorska Joaquina Pheonixa (Her, Gladiator). Każdy, kto widział Nigdy cię tu nie było (2017), za które Joaquin dostał Złotą Palmę, wie, że casting do roli Arthura Flecka stał się przesądzoną sprawą już na samym początku. Poświęcenie, jakim był wysiłek fizyczny wymagany do ról,  jakie reprezentuje aktor, jest godne podziwu. Obraz wyniszczonego organizmu, jaki zobaczyłyśmy w Jokerze, można porównać do obrazów Egona Schiele.

 

Źródło ig @cinemonkeys

 

Joaquin, przygotowując się do roli, spędził ogrom czasu, obserwując osoby cierpiące na pseudobulbar affect, czyli zaburzenia związane z nieoczekiwanymi wybuchami płaczu lub śmiechu. Wielokrotnie słyszane w zwiastunach śmiechy zostały przez aktora wyćwiczone do perfekcji. Sceny napadów w filmie są bardzo realistyczne, nikt nie przejmuje się dławieniem, zachłannym łapaniem powietrza czy wycieraniem zasmarkanego nosa. Sposób, w jaki porusza się bohater, jest również niezwykle ważny. Reżyser w wywiadach powtarza wielokrotnie, że postać Arthura od początku miała mieć w sobie muzykę, rytm. Taniec przewija się w wielu scenach, jest silnym wyrazem samopoczucia bohatera, jednocześnie też wyraźnym komunikatem dla widza. Na szczęście Pheonix wyciągnął zarówno ze scenariusza, muzyki, jak i wielogodzinnych rozmów z Toddem wszystko, co najlepsze i podczas nagrań nie tylko wyglądał jak Joker, ale i starał się myśleć jak Joker, jak osoba cierpiąca, chora i samotna.

W odróżnieniu od poprzednich produkcji Phillipsa tym razem zostawia on widza z filmem na dłużej, odchodzi od lekkiego kina i skłania odbiorców do przemyśleń. Ten dramat psychologiczny pokazujący upadek człowieka zapisał się, mamy nadzieję, na stałe w światowej kinematografii. Przypominamy sobie, jak po wyjściu z kina wymieniłyśmy się porozumiewawczymi spojrzeniami i milczałyśmy przez dłuższą chwilę. Podczas samego seansu nie obyło się też bez wzruszeń. Z całego serca polecamy Wam ten film i zachęcamy do wizyty w kinie. My natomiast od teraz z niecierpliwością czekamy na moment, w którym to Joaquin Phoenix przemówi na gali rozdania Oscarów, dzierżąc w dłoni statuetkę za najlepszą rolę męską w tym roku.

Dziękujemy kinu Cinema City za umożliwienie obejrzenia seansu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *