źródło: rebe1scum.com

Star Wars to jedna z najważniejszych kinowych serii wszech czasów. Historia opowiadana przez studio LucasFilm sięga roku 1977, kiedy premierę miało „Star Wars: A New Hope”. Ponad 40 lat w popkulturze nadało serii wręcz legendarny status, a postacie takie jak Darth Vader czy Luke Skywalker, stały się odnośnikami dla bohaterów kina swojego rodzaju. Grudzień 2019 roku to czas szczególny, „The Rise of Skywalker” miało być zwieńczeniem, nie tylko najnowszej trylogii,  ale też całej 42-dwu letniej historii Skywalkerów. Czy finał okazał się godny legendy? Zapraszam na spoilerowe wrażenia ze „Star Wars: Episode IX – The Rise of Skywalker”.

Gdy wychodziłem z kina, pierwszą odpowiedzią na pytanie mojego kolegi o to jak mi się podobało, było stwierdzenie „średnio”. Od momentu seansu upłynęło kilka dni. Do podzielenia się moimi wrażeniami w recenzji chciałem podejść na chłodno i z dobrze przemyślanym każdym elementem tego filmu. W końcu nie chodzi tu o pierwszą z boku produkcję, tylko Star Wars. Markę, której może nie jestem wielkim fanem, ale podchodzę do niej z ogromnym szacunkiem, ze względu na to ile wniosła do świata kina. Zbiór wrażeń jakim się podzielę, nie jest zatem krzykiem rozczarowanego psychofana, tylko głosem zwykłego odbiorcy kinowej popkultury, który zna sagę, lecz nie podłącza do niej wielkiego emocjonalnego worka. Po kilku dniach oddechu zdania nie zmieniam, „The Rise of Skywalker” jest średni.

Mam wrażenie, że największym problemem całej trylogii, rozpoczętej od „The Force Awakens”, jest brak jasno zarysowanego pomysłu, strategii, która pod batutą utalentowanego producenta będzie wiedziała wyraźnie co chce powiedzieć. Po bardzo bezpiecznym „The Force Awakens” i niezwykle nowatorskim, jak na markę „The Last Jedi” studio stanęło w rozkroku. Z jednej strony miało za sobą film zupełnie inny niż poprzednie, z drugiej, perspektywę wielkiego zakończenia. Po zawirowaniach film trafił pod batutę J.J. Abramsa, który miał zrobić film dla każdego, obraz, mający być bezpiecznym finałem sagi. Problem w tym, że na tym etapie Star Wars nie potrzebowało filmu bezpiecznego. „The Last Jedi” tchnął w serię autorski sznyt Riana Johnsona, po czym Disney zapragnął wrócić do dobrze znanej formuły prowadzenia filmowej narracji, cofając niejako powiew świeżości w uniwersum. Jasne, „The Rise of Skywalker” to miało być zwieńczenie historii, ale przez bojaźń w podejściu i na szybko pisanym scenariuszu, film, który był w domyśle bezpieczny, wyszedł nijaki i bezpłciowy.

Rozwijanie podkładu pod finalne wydarzenie i tempo w jakim twórcy prowadzą fabułę jest nierównomierne, to w samo w sobie nie jest zarzutem, gorzej jest, gdy film robi to nieumiejętnie. Przykładem niech będzie trzeci akt filmu, gdzie dostajemy tak wiele wątków, które nagle trzeba zaprezentować i rozwiązać, że można zgubić się w tych naprawdę istotnych wydarzeniach. Problemem jest też samo zarysowanie świata, bo w poprzednim filmie, jak i w samym „The Rise of Skywalker”, mamy na przykład jasno powiedziane, że Ruch Oporu nie może liczyć na pomoc, w „The Last Jedi” nikt na wzywaną pomoc nie odpowiada, tutaj jednak na wezwanie przybywa cała flota buntowników. Nie wiemy kto to jest, dlaczego dopiero teraz odpowiedzieli na wezwanie, skąd się te wszystkie statki wzięły, nie znamy nawet statusu jaki First Order ma w galaktyce, słowem nie wiemy nic o świecie w jakim poruszają się bohaterowie. Taki brak ustanowienia podstawowych ram jest irytujący, szczególnie gdy patrzymy na trzecią trylogię jako całość, może się to wydawać niespójne, a już na pewno nie pomaga w orientacji.

Problemy dotykają także prowadzenia postaci, bo o ile wątki Rey i Kylo Rena są poprowadzone w miarę zgrabnie, to już na przykład Finn jest tylko na doczepkę i nie ma żadnej, swojej historii do opowiedzenia. To jak po macoszemu jest prowadzona ta postać w tym filmie (ale też w poprzednim), niech świadczy fakt, że przez cały film chce coś powiedzieć Rey, nie ma na to niestety okazji, ale gdy już na koniec podczas świętowania zwycięstwa ta okazja się nadarza… to scenarzysta chyba o tym zapomina. Poe po ważnej roli w „The Last Jedi”, gdzie uczy się pokory i gaszony jest jego gorący temperament, tutaj cofany jest w rozwoju i nadal jest tym samym Poe, jakiego poznajemy na początku serii. Rose jest całkowicie wycofana na trzeci plan, w jej miejsce towarzyszki Finna, dostajemy nową bohaterkę, która ani nie jest nam potrzebna, ani nie wpływa na historię. Wprowadzanie nowych bohaterów na tym etapie, przy jednoczesnym nie radzeniu sobie ze starymi, wprowadza jedynie niepotrzebny tłok i zamieszanie. Wygląda to trochę tak jakby film sam rzucał sobie kłody pod nogi.

Przed premierą główkowano w jakiej roli pojawi się Palpatin, do pewnego momentu kupowałem upadłego Imperatora jako tego diabełka siedzącego na ramieniu bohaterów. W takiej roli nie potrzebujemy znać historii tego jak udało mu się przeżyć wydarzenia z „Return of Jedi” i jak po cichu odbudował armię Sithów. W momencie kiedy film jednak czyni z niego głównego „Złego”, odpowiadającego za całe zło w galaktyce, pojawiają się zgrzyty. Moim zdaniem, Palpatina wskrzeszono w takiej formie, tylko przez brak planu na całą trylogię, jeszcze przed jej powstaniem. Po tym jak Johnson pozbył się bez skrupułów i przesadnego szumu Snoka, musiano znaleźć kogoś kto będzie dowodził First Order i pomoże dokończyć wątek Rey.

Gdy sobie myślę nad tym filmem, to wiem, że większość fanów i tak wybaczy powyższe błędy i masę innych. Obok jednego nie można przejść jednak obojętnie. To jak „The Rise of Skywalker” staje się w miarę upływu czasu obojętnym na emocje obrazem jest okropne. Już nie ważne, że powinno to działać odwrotnie, najgorsze jest to, że to nie działa wcale i żaden fun service tego nie zmieni. W filmie żegnamy C-3PO, Luka Skywalkera, Leie, dwa razy Kylo Rena, Chewbacce… problem w tym, że niektóre postacie do nas wracają, co już umniejsza emocjonalny odbiór, po drugie jest tego za dużo, a jak czegoś jest za dużo, to już nie ma odpowiedniego wydźwięku. Dlaczego „Avengers: Endgame” działało pod tym względem? Bo śmierci Black Widow i Iron Mana były wyjątkowe, znaczyły bardzo dużo i były rewelacyjnie podbudowane, na tyle mocno, że wyciskały łzy milionów widzów na całym świecie. Tutaj kompletnie nie zadbano o odpowiednie „opakowanie” śmierci i utraty bohaterów. Z resztą… dowodem niech będzie to, że na moim seansie, na sali gościł śmiech, niestety nie z gagów, tylko z rozwiązań fabularnych a więc z samego filmu. Słabo.

Problemy jakie niesie ze sobą „The Rise of Skywalker” można mnożyć. Nie jest też tak, że mamy do czynienia z czymś „nieoglądalnym”. Film wizualnie prezentuje się niesamowicie, choćby pojedynki na miecze świetle robią ogromne wrażenie i to te z najnowszej trylogii są zdecydowanie moimi ulubionymi z całego uniwersum. Jak zwykle u J.J. Abramsa pięknie wyglądają kadry i sama reżyseria wydarzeń na planie. Relacja Kylo Rena z Rey jest jasnym punktem, tak jak sama dynamika między Daisy Ridley a Adamem Driverem. Produkcja, na pewno pozwala cieszyć oko, czasami przywołać nostalgię do klasycznej trylogii, a nawet prequeli i zanurzyć się po raz kolejnym w tym niesamowitym świecie. Na koniec jednak czujemy ogromny niedosyt.

Wiemy już, że od serii Star Wars odpoczniemy kilka lat, kolejna planowana trylogia miała rozpocząć się w 2022 roku, jednak została odwołana i w kuluarach mówi się, że film ze „Star Wars” w tytule zobaczymy dopiero w 2025 roku. Trudno nie być rozczarowanym zakończeniem tej 42-dwu letniej przygody. Całe pokolenia wychowywały się na przebogatym uniwersum, które rozrosło się na animacje, książki, komiksy i każdą inną gałąź kultury. „The Rise of Skywalker” jest zwieńczeniem pewnego etapu, mam nadzieję, że będzie też prowokatorem lepszego przygotowania strategii przed kolejnymi projektami, jakie LucasFilm w przyszłości nam zaproponuje.

W lakonicznym ujęciu, marka Star Wars zasłużyła na lepsze zwieńczenie. Tymczasem… Niech moc będzie z Wami!

 

By Mateusz Chęć

Miłośnik kina każdego stylu, oddany fan narracji Quentina Tarantino i mistrzostwa obrazu Christophera Nolana. Hobbystycznie pisarz form wszelakich, maratończyk, aktor teatralny z marzeniami o własnym filmie. W dziennikarstwie i publicystyce próbuje odnaleźć własną drogę do zdefiniowania pasji swojego życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *