Gdyby ktoś zapytał mnie na jaką premierę w 2020 roku czekam najbardziej, odpowiedziałbym bez wahania, że na „Jojo Rabbit”, „Godzilla vs Kong” i „Birds of Prey”. Film Taiki Waititiego był fenomenalny, w swojej oryginalnej kontrowersyjności pojawił się nawet (z sukcesem) na Oscarach, premiera „Godzilla vs Kong” została przeniesiona na listopad, początek lutego przyniósł mi zaś urodzinowego kolorowego kwiatuszka w postaci „Birds of Prey”. Jak wypadał powrót Harley Quinn na kinowy ekran, w pierwszym wysokobudżetowym filmie z grupą superbohaterek? 

Powstanie „Birds of Prey” całkowicie zawdzięczamy Margot Robbie. Po okropnym „Suicide Squad”, gdzie postać dziewczyny Jokera została sprowadzona do chodzącego stereotypy słodkiej idiotki, a kadrowanie bohaterki ograniczyło się do pokazywania pośladków nachylającej się aktorki, (co z pewnością uratowało film w oczach nastoletnich chłopców) Robbie oczarowana pierwowzorem komiksowym postaci, postanowiła dać jej nowe życie w zupełnie nowej rzeczywistości, gdzie to ona miała grać pierwsze skrzypce. Odtwórczyni głównej roli brała udział w procesie produkcyjnym filmu, jej studio dołożyło się do budżetu, a sama Robbie miała nakreślić swoją wizję Harley, postaci, która obok Supermana, Wonder Woman i Batmana ma być najważniejszą gwiazdą DC Extended Universe.

„Birds of Prey” to z nazwy film grupowy, rzeczywiście tak jest, ale na inne bohaterki patrzymy z perspektywy Harley, która po zerwaniu z Jokerem popada w kłopoty, przed którymi była do tej pory zakryta parasolem ochronnym w postaci swojego zielonowłosego chłopaka. Jednym z ukrytych wrogów naszej zakręconej protagonistki jest Roman Sionis, bezwzględny szef grupy przestępczej, znany fanom komiksów jako Black Mask. Jak się okazuje, Harley nie jest jedyną kobietą w mieście, która ścigana jest przez skalpującego twarze mafioza. Black Canary, Huntress, Renee Montoya i Cassandra Cain muszą połączyć siły z Harley, aby przeżyć.

Film wyróżnia się z intensywnością i gamą kolorów. Wszystko jest całkowicie przesycone, błyszczące i bajkowe. Konwencja na jakiej jest oparty, doskonale wpisuje w perspektywę, z której jest opowiadany. Kadry wyglądają niejednokrotnie jak zdjęte ze stron komiksu, a raczej jakby świat, który widzimy był światem w umyśle Harley. Jeżeli kolorystyka i bajkowość świata podobały się Wam w takich filmach jak „Guardians of the Galaxy”, czy „Aquman” to ten film wyprzedza je o pełne okrążenie na osi kolorów, a potem robi sobie jeszcze rundkę honorową. Stylistyka z jaką mamy do czynienia, świetnie uzupełniana jest przez równie charakterystyczną muzykę, złożoną ze znanych kawałków, często zremixowanych tak żeby nadążały za szaloną akcją. Ktoś kto planował stronę audiowizualną, zadbał dobrze o to, żeby „Birds of Prey” mógł spokojnie nazywać się najciekawiej zrobionym filmem superbohaterskim, a przynajmniej najbardziej oddającym osobowość głównej bohaterki.

Niepokoić mógł fakt, że jest to film grupowy, a poznać mieliśmy cały szereg bohaterek za jednym zamachem, więc czas na ekspozycję tego kim i jaka jest dana postać, był mocno ograniczony. Udało się to jednak świetnie nakreślić każdą z nich, wszystkie mają pewne problemy, motywacje i cele jakie chcą osiągnąć. Wszystkie są tak różnorodne, że przy całej kiczowatej otoczce, w żadnym momencie nie zamienia się w to jeden wielki szum, czego osobiście się najbardziej obawiałem. Twórcy zadbali o szczegóły, jakie mają wyróżniać każdą z nich, różne sposoby podchodzenia do Harley, różne charaktery to jedno, ale cieszyć może fakt, że każda, na przykład ma własny sposób walki. Harley jest zwolenniczką broni obuchowej, a w walce wręcz stosuje akrobatyczne triki, natomiast Renee Montoya jako policjantka, walczy w pewien prosty, szablonowy, ale skuteczny sposób. Huntress jest zabójcą, więc dla niej najważniejsze jest zlikwidowanie celu, często nawet się nie zbliżając, Black Canary to z kolei uliczna „zadymiara”, pomaga sobie nieczystymi zagraniami i przedmiotami wokół. Imponujące jest tak bogate, a jednocześnie dobrze wyważone rozłożenie akcentów na poszczególne postacie, aby każda z nich miała zarysowany charakter i była postacią z krwi i kości, a nie jedynie pustym nośnikiem pewnych stereotypowych cech.

Niezwykle przyjemnie ogląda się Margot Robbie na ekranie, widać, jak bardzo zżyła się z postacią Harley i jak ważny dla niej jest jej dalszy los. Wyróżnić muszę też Huntress (Merry Elizabeth Winstead), bo mimo, że była postacią najbardziej zmarginalizowaną, to jej występ od razu wywołał we mnie chęć zobaczenia jej w większej roli, a myślę, że jej misja zabójczyni szukającej sprawiedliwości za zamordowanie jej rodziców nadawałaby się na solowy film. Kilka słów należą się też Ewanowi McGregorwi, który miał widoczną dziecięcą radość z roli antagonisty. Mimo, że Black Mask był tylko pretekstem żeby poznać grupkę kobiecych bohaterek, to sprawdził się doskonale i na pewno nie można o nim mówić w kategoriach „kolejnego papierowego villaina do odhaczenia”. Dwubiegunowość jego zachowań od tych zabawnych do przerażających, pewne niedopowiedziane napięcie seksualne między nim a jego pomagierem Victorem Zsaszem, buduje nam postać, która jest hipnotyzująca a każdy ruch nieprzewidywalny.

„Birds of Prey” to film z wielkim wydźwiękiem feministycznym, jednak podanym w tak przystępnym tonie, że zupełnie nam to nie przeszkadza. Nie mam tutaj na myśli, że feminizm w filmie jest zły, tylko, że ideologia, niezależnie jaka by nie była, nie może być rzucana widzowi w twarz, albo być jedynym celem filmu. „Birds of Prey” jest świetnym filmem superbohaterskim, problemy jakie porusza, sprawy na jakie zwraca uwagę, mają jeszcze lepszy wydźwięk, gdy możemy cieszyć się, że oglądamy dobry film, a nie gdy oglądamy film bo porusza takie sprawy.

Produkcja zanotowała niezbyt udane otwarcie finansowe, ale dobre recenzje, pozytywna poczta pantoflowa dają nadzieję na to, że film okaże się sukcesem na każdym polu. Tym bardziej, że „Birds of Prey” są warte wydanie pieniędzy w kinie, jest to oryginalna produkcja, mająca swój unikatowy charakter, sznyt autorski, a już na pewno jest najlepszym filmem z superbohaterkami, bo dobra, ale bezpieczna „Captain Marvel”, czy wybrakowana „Wonder Woman” nawet się nie umywają do dzieła Cathy Yan.

Zachęcam wszystkich do wybrania się na salę kinową, dajcie szansę „Birds of Prey”, bo nawet jeśli nie przepadacie za kinem superbohaterskim, to akurat ta pozycja może was do siebie przekonać. Zmieszanie ze sobą stylów Guya Ritchiego i Quentina Tarantino, w wizji Cathy Yan, z beztroską zabawą obsady aktorskiej daje jeden z najlepszych filmów tego gatunku, a przy jego ilości w obecnym kinie, to akurat spory komplement.

 

By Mateusz Chęć

Miłośnik kina każdego stylu, oddany fan narracji Quentina Tarantino i mistrzostwa obrazu Christophera Nolana. Hobbystycznie pisarz form wszelakich, maratończyk, aktor teatralny z marzeniami o własnym filmie. W dziennikarstwie i publicystyce próbuje odnaleźć własną drogę do zdefiniowania pasji swojego życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *