Prawie jak Grey – kopiuj, wklej i trochę zmień. 365 dni na pokochanie cringe’u.

Zdjęcie z gazeta.pl

Blanka Lipińska poszła za ciosem i po sukcesie książki, zdecydowała się na stworzenie filmowej adaptacji. Czy spełnia oczekiwania widzów? Jakie są odczucia po seansie?

Niedawno udałam się do kina z przyjaciółką na Ladies Night, któremu przewodniczył film „365 dni”. Zgarnęłyśmy trochę nagród w postaci żelków, voucherów i innych drobiazgów, nawet udało nam się wygrać rajstopy w superkonkursie. Jednak to film odgrywa tutaj istotną rolę. Nie spodziewałam się, że to napiszę, ale świetnie się bawiłam na tym dziwacznym seansie. Chyba do tej pory aż tak nie rozbawiła mnie kreacja bohaterów, fabuła i prosty język, jaki można zobaczyć w „365 dniach”. Tylko kategorię powinni zmienić z romans/erotyk na komedia.

A tak już podchodząc nieco poważniej… Nie można zrobić z tego filmu totalnego pastiszu, bo piękne sycylijskie scenografie cieszyły oko, jak na polską produkcję było to naprawdę na wysokim poziomie. Stroje, muzyka i klimat też niczego sobie, nie potrafię im zarzucić jakiejś przypadkowości. No i chyba tyle z pochwał. Film miał pokazywać miłość i doznania erotyczne, tak? Cóż, ja tylko widziałam kilka serii scen, gdzie bohaterowie uprawiali seks jak przysłowiowe króliki, co było bardzo… intensywne, a przy tym zabawne, przynajmniej dla mnie. Ponadto, ciągle przewijały się sceny brutalności (nie tylko seksualnej) i na siłę próbowano zrobić z widza idiotę i wcisnąć kit, że przecież to jest zupełnie normalne. Szczerze, czułam się jakbym była niedorozwinięta umysłowo i poszła na ten film, by zaspokoić swoje pierwotne, podstawowe potrzeby z piramidy Maslowa, a przecież tak nie było i nie miało być.

Pominę już niektóre fabularne aspekty i ogólne wykreowanie postaci, bo jednak to już kwestia wizji pani Blanki Lipińskiej, a ja przeczytałam jedynie dwa rozdziały z książki. Słysząc jednak to i owo, domyślam się, że aktorzy wykonali kawał dobrej roboty. Odegrali najprawdopodobniej najbardziej dziwaczne role, jakie kiedykolwiek musieli odegrać. Zostali też dobrani trafnie, trzeba przyznać. Anna-Maria Sieklucka wyglądała prawie jak Lipińska, to znaczy Laura Biel. A co do Massimo… Dobra robota, tyle napiszę. Michele Morrone ma już doświadczenie i wygląd, więcej nie potrzebował. On też właściwie jako jedyny z aktorów miał poprawny akcent w niemalże każdym języku, w jakim było mu dane się wypowiadać. Mówił płynnie, bez żadnych sztucznych akcentów, które tylko kaleczyły moje uszy za każdym razem, kiedy np. Laura cokolwiek musiała wypowiedzieć. Olga natomiast położyła na dno ten festiwal żałości swoimi docinkami i mierzeniem wartości faceta względem grubości portfela i długości przyrodzenia.

Oczywiście, co do porównania do Grey’a – nie jest to idealna kopia, bo tak naprawdę kopią tego nazwać nie można, ale wzorowaniem się – owszem. Mieliśmy seks, toksyczne relacje, próbę przebicia scen doznań czy brutalności seksualnej (jak kto tam nazywa), okazywanie miłości w nienormalny sposób (tutaj wyjątkowo syndrom sztokholmski) i sielankę pozostawioną na cliffhangerze. Prawie wszystko, co znajdowało się w produkcji naszych przyjaciół z Ameryki, czyż nie?

Porównanie od wizaz.pl

Czy było warto na to pójść? Nie żałuję wydanych pieniędzy, ani tym bardziej spędzonego czasu na tym filmie. Bawiłam się świetnie, patrząc na głupawe zagrywki Laury i każde „cazzo” Massimo. To jest film dla tych, którzy albo lubią poczuć się jak chomiki i pooglądać naturalne popędy okazane w nienormalny sposób, albo robią sobie żarty na każdym kroku. Jak dla mnie jest to ta druga opcja. Prywatnie, nie obejrzałabym tego po raz drugi, zastanawiam się, czy w ogóle jest sens oglądania kolejnej części, ale dla fanów zapewne jest to wielka gratka, a też oglądanie nagiego tyłka włoskiego przystojniaka jest dla części żeńskiej widowni wystarczającym powodem, by czekać na „Ten dzień”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *