Kultura Recenzja

Zagłada jest taka słodka

Grimes to prawdopodobnie najbardziej urocza kosmitka indie popu. Powróciła właśnie ze swoim piątym albumem Miss Anthropocene, na którym rozlicza technologiczne namiętności i grzeszki ludzkości.

Inspiruje ją wszystko, m.in. nowoczesne technologie, kosmos, cyberpunk, gry wideo, elfy, manga i anime, k-pop, język rosyjski, sztuka antyczna czy średniowiecze. Aż trudno za nią nadążyć. To zabawne tym bardziej, że Grimes, czyli Claire Boucher, woli być nazywana po prostu c, od stałej oznaczającej prędkość światła. Ale jak naucza pewien bardzo mądry mem: cały problem w byciu szybszym niż światło polega na tym, że żyjesz tylko w ciemności. Czy to dlatego kanadyjska artystka zdecydowała się pójść na nowej płycie w nieco mroczniejsze rejony niż dotychczas? Pozostawię to w sferze domysłów.

Tytułowa Miss Anthropocene jest, jak sama nazwa wskazuje, Boginią Antropocenu (trwającej właśnie epoki maksymalnego, destruktywnego wpływu człowieka na świat), a przy tym skończoną mizantropką! Serdecznie nienawidzi ludzi i patrzy z uśmiechem, jak Ziemia pogrąża się coraz to mocniej w kryzysie klimatycznym. Wtórują jej w tym inne „boginie” i „demony”, bo tak Grimes sklasyfikowała kolejne piosenki na nowej płycie. Każda z nich opowiada o innej rzeczy definiującej współczesną cywilizację – na przykład w Delete Forever zaklęto Demona Uzależnień, So Heavy I Fell Through the Earth to Bogini Ról Społecznych, a Violence jest Boginią Gamingu. W mediach społecznościowych Grimes pojawiła się też War Nymph, awatar reprezentujący wokalistkę w okresie promocji albumu, gdy ta oczekuje narodzin swojego pierwszego dziecka.

Artystka przyzwyczaiła fanów do tego, że każda kolejna płyta jest małym, zamkniętym światem, ale po raz pierwszy na potrzeby albumu stworzyła od postaw całą mitologię. Niestety zawartość nowego longplaya nie urzeka tak bardzo, jak koncept zbudowany wokół Miss Anthropocene.

Kontrast pomiędzy kompozytorskimi wyżynami a niedociągnięciami jest tu wyraźniejszy niż na poprzednich wydawnictwach Grimes. Blado wypada przede wszystkim walcujący Before the Fever, podręcznikowy przykład albumowego zapychacza. Razem ze słodkim, lecz nużącym IDORU nieznośnie rozcieńczają końcówkę płyty. Soulowy New Gods też nie grzeszy oryginalnością, jednak od śmiertelnej nudy ratuje go śliczna linia wokalna. Futurystyczne Darkseid rozczarowuje, gdy zaczynając się obiecująco potężnym beatem, przechodzi do drażniącej nawijki tajwańskiej raperki Aristophanes (SCREAM z jej udziałem jest najczęściej pomijanym przeze mnie kawałkiem na Art Angels – poprzedniej płycie Grimes, a przy tym być może najgorszym w całej dyskografii kanadyjki).

Świetnym featem jest za to Hana, która dobrze uzupełnia swoją kumpelę w manifeście zbuntowanych maszyn We Appreciate Power (bonus dostępny w wersji deluxe Miss A). Podobnie jak My Name is Dark, prezentuje Grimes w cięższej odsłonie, czerpiącej z metalu industrialnego, ale w zadziornej, kobiecej wersji. Delete Forever to prościutkie, poruszające country i, jak ktoś określił, idealna piosenka do trzymania za ręce swoich bliskich i podziwiania nadchodzącego końca świata. Na szczególną uwagę zasługuje You’ll Miss Me When I’m Not Around, które może i jest generycznym pop-rockiem, ale zarazem najbardziej bezpretensjonalną propozycją z całego zestawu, brzmiącą trochę jak posępny odrzut z optymistycznego Art Angels (2015). So Heavy I Fell Through the Earth, mimo niekorzystnych dłużyzn w podstawowej wersji albumu, zachwyca wokalami i echem Halfaxy – krążka, który dekadę temu ugruntował pozycję Grimes jako artystki ethereal wave. Przyjemne, klubowe Violence dodaje płycie nieco świeżości i lekkości. Najjaśniejszym punktem Miss Anthropocene jest natomiast 4ÆM, szalona krzyżówka d’n’b z wpływami Bollywood, która wkrótce zasili soundtrack gry Cyberpunk 2077.

Grimes jest artystką kompletną: posiada zmysł umiejętnego łączenia ze sobą skrajnie różnych elementów, mając przy tym jasno określoną wizję kierunku, w jakim powinna podążać jej twórczość – i mówię tu nie tylko o muzyce, lecz także o niesamowitych, barwnych teledyskach, wyszukanych stylizacjach oraz grafikach zdobiących jej okładki i media społecznościowe.

Ta dziewczyna nieustannie ewoluuje i poszerza swój dorobek o coraz to nowsze brzmienia, a ostateczne efekty jej poszukiwań i mariaży gatunkowych są bardzo ciekawe. Odnoszę jednak wrażenie, że sporą część nowych piosenek napisała na kolanie, byle tylko domknąć album i w końcu go wypuścić (sama wokalistka nie kryła tego, że tworzenie Miss A było momentami ciężkim procesem). Antropoceńska Bogini pokazała również, że Grimes najlepiej sprawdza się w krótszych, piosenkowych formach, a dorabianie niezłym numerom długich ogonków, zamienia je w męczące przeciętniaki.

To zdecydowanie najsłabszy z albumów Grimes, ale trudno przejść obok niego obojętnie, bo jest pełen naprawdę pięknych dźwięków. Szkoda tylko, że poddanych paskudnej kompresji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *