Powiem szczerze, twórczość albańsko-brytyjskiej wokalistki była mi do tej pory mocno obojętna. Nie wiedziałem nawet, co powiedzieć o jej pierwszych muzycznych krokach, poza krótkim „może być”. Po przesłuchaniu tego albumu czuję, że zmieniłem zdanie na jej temat i mam do powiedzenia o wiele więcej.

Więc po kolei – kim jest Dua Lipa? Jak wspomniałem we wstępie, to albańsko-brytyjska wokalistka mająca na koncie, włączając obiekt recenzji, dwa albumy studyjne, parę EP-ek, a po drodze udało jej się wygrać sporą ilość nagród, w tym dwie nagrody Grammy. Po więcej personaliów zapraszam na Wikipedię, tymczasem my wrócimy do omawiania samej płyty.

Zacznę od tego, że album wziął mnie nieco z zaskoczenia, bo po debiucie piosenkarki nie oczekiwałem w zasadzie niczego, co miałoby zwiastować kontynuację debiutu pt. Dua Lipa. Wszystko to przez dość nijaki charakter tego albumu – owszem, znajdowały się tam dobre utwory (np. Be The One), ale całości brakło pazura, charakteru, tego osławionego „czegoś”, co pozwoliłoby się jej wyróżnić na tle konkurencji.

I tu na scenę potężnym krokiem wkracza Future Nostalgia w chwale i akompaniamencie anielskich rytmów nu-disco. To, co napisałem w poprzednim akapicie absolutnie nie pasuje do drugiego albumu Duy, jest on wręcz przeładowany charyzmą, siłą brzmienia i chwytliwością rytmów oraz tekstów. To zresztą doskonale koreluje z tym, czym ma być FN– tworem czerpiącym bardzo wiele ze złotej ery disco, ale wykonanym tak, abyśmy mieli wrażenie, że przyszedł on do nas z przyszłości.

Tak też się czułem, gdy w głośnikach wybrzmiał pierwszy utwór – Future Nostalgia, który idealnie otwiera całość. Soczysty i sterylny beat w zwrotkach pięknie zgrywa się z wybuchowym refrenem, a wokale przechodzą niemalże od rapu do bardziej klasycznego i świetnie wykonanego zaśpiewu. Sam tekst jest nie do końca poważny, ale za to poważnie zapowiada dalsze poczynania artystki – to ona tu rządzi i nie ma zamiaru brać jeńców. Tuż po title tracku wchodzi największy utwór z albumu, doskonale już znane słuchaczom Don’t Start Now. Tu nie będę się zbytnio rozpisywał – to właśnie ten utwór zachęcił mnie do sięgnięcia po całość dzięki tekstowi o ruszeniu dalej po złamaniu serca oraz pięknym połączeniu dźwięków pianina oraz syntezatorów. To potężna piosenka, ale dobra nigdy za wiele, bo kolejnymi moimi faworytami są bez wątpienia… w zasadzie wszystkie pozostałe utwory z tracklisty, no prawie wszystkie. Physical to bez wątpienia perła, po jej przesłuchaniu sam miałem ochotę ruszyć na parkiet i poczuć tę intymność płynącą ze wspólnego tańca. Atmosferyczny wstęp powoli buduje klimat, płynnie przechodząc od zwrotki do wybuchowego refrenu – doskonały przykład dobrze wykorzystanego patosu.

Dalej jest już tylko lepiej, bo na parkiecie witają wprowadzające w niekontrolowane bujanie Levitating, zwalniające nieco tempo Preety Please, do którego wrócę nieco później, pulsujące Hallucinate, stonowane w stosunku do reszty piosenek i opisujące czasem ciężkie do powstrzymania zakochanie Love Again i dotykające niemalże identycznej tematyki Break My Heart. Na zakończenie słuchacz raczony jest dwoma perłami, które w zasadzie są nimi z innych powodów. Good In Bed w dość zabawny sposób przedstawia związki, w których poza łóżkiem nie ma zgodności emocjonalnej, a to w akompaniamencie nastrojowej linii melodyjnej i wręcz seksownym wokalom. Na zakończenie tylko dodam, że w tym utworze znajduje się moja ulubiona linijka tekstu z albumu; Yeah, we don’t know how to talk; But damn, we know how to fuck. Nie chciałem nic tym zdaniem przekazać, to po prostu świetna linijka.

Z kolei Boys Will Be Boys to kompletna zmiana tonu, bo przedstawia okoliczności, z jakimi muszą często mierzyć się kobiety w procesie dorastania i jak często czynnikiem stresującym może być toksyczne zachowanie wspomnianych chłopców. To najspokojniejszy brzmieniem, ale najbardziej emocjonalnie zagrany track na albumie, w zasadzie perfekcyjne zamknięcie i wręcz hymn dla kobiet, które musiały się ze wspomnianymi zachowaniami mierzyć.

No i teraz czas na omówienie wad albumu, bo jeśli myśleliście, że to ocierający się o perfekcję krążek to cóż – ja tego nie potwierdzę. Bo rysy na tym diamencie są, chociaż niewielkie i z grubsza przyćmiewa je blask reszty. Po pierwsze – znalazło się miejsce na dwa mniej wyróżniające się utwory. Cool oraz wcześniej wspomniane Pretty Please nic po sobie nie pozostawiły w moim mózgu, wręcz miałem wrażenie, że powstały głównie dla zapełnienia miejsca, bo wytwórnia oczekiwała 11 piosenek. I do tego się sprowadza mój zarzut – to piosenki, które są w porządku, ale nie stoją w tej samej lidze, co reszta.

Kolejny mój zarzut dotyczy małego recyklingu tematów. Owszem, Dua Lipa nie nagrała pierwsza albumu popowego dotykającego głównie różnych odmian miłości, ale żal, że nie poszła w paru utworach w nieco innym kierunku lirycznym, tak jak np. we wspomnianym Pretty Please, które przynajmniej tekstem mogłoby się wyróżnić, nadrabiając niezbyt interesujące instrumentalium. Billie Eilish w zeszłym roku udowodniła, że da się nagrać tematycznie różnorodny album popowy i chociaż tu również nie brakuje zróżnicowania, jest ono zdecydowanie mniejsze. Tutaj się trochę rozczarowałem, ale mam nadzieję, że kolejny album poprawi wymienione przeze mnie wady.

I tak przechodząc do podsumowania muszę powiedzieć, że jestem tym krążkiem oczarowany. Jest tu pazur, jest energia, ale co najważniejsze – świadomość artystyczna i tożsamość. Album kipi charakterem, umie zwolnić tempo, kiedy jest to konieczne, a gdy należy wysadzić bombę to cóż… Dua po prostu to robi. Nie jest to może do końca konsekwentnie zrealizowana wizja, ale ogółem i tak artystka sprawiła, że się zachwyciłem. I nie mogę się doczekać kolejnych jej poczynań. Wam polecam z całego serca, a tymczasem znikam pisać o kolejnej płycie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *