„Ariana jest napalona”, ale nic z tego nie wynika

Source: https://pl-pl.facebook.com/arianagrande

Gdybym był złośliwy, moja recenzja skończyłaby się na tytule i ewentualnej ocenie pod postacią Horny Warning, ale chcąc zachować jakiekolwiek pozory bycia profesjonalistą, wejdźmy może w treść i formę positions, bo wbrew pozorom jest co analizować. Tylko chyba nie do końca to, co chciałaby Grande.  

Ale po kolei. Przede wszystkim odpuszczę sobie szczegółowego przedstawienia Ariany, bo umówmy się – to mija się z celem, bo ludzie wiedzą i tak, kim ona jest. Ograniczę się zatem do informacji, że recenzowany album pochodzi od jednej z najpopularniejszych obecnie div muzyki popowej, a positions to jej szósty z kolei album. Dobrze, skoro kontekst mamy za sobą to przechodzimy do treści.

Zaczyna się dość zachowawczo 

By nie być od początku tak zgryźliwym, muszę przyznać, że shut up jest naprawdę interesującym utworem w kontekście całego albumu, a przynajmniej lirycznie, gdzie poza refrenem Ari zdaje się wracać myślami do tragicznych wydarzeń, których doświadczyła na przestrzeni ostatnich trzech lat, jak np. zamach w Manchesterze i śmierć Maca Millera – podaje tylko kilka z nich. Dodatkowo wokalistka sprytnie odnosi się do 7 rings z poprzedniego albumu w kontekście tzw. shopping therapy. I to tyle w kwestii liryki, instrumentalnie natomiast shut up nie przełamuje konwencji, nie jest też w żaden sposób interesujące. Owszem, smyczkowa melodia jest miła dla ucha, niemniej jest bardzo powtarzalna, nie ma w niej czegoś więcej, co było przykładowo w imagine z thank u, next – oba te utwory rozpoczynały swoje płyty, ale imagine było interesujące, nie tylko przez, ponownie, ciekawy i bardzo narracyjny tekst, ale podkład też robił coś intrygującego – wykorzystywał moc ciszy, by podkreślić emocje w głosie Ariany. Natomiast tutaj nie ma co w tej kwestii liczyć.     

Prosta matematyka 

Po zamknięciu się (wybaczcie, to było silniejsze ode mnie) następuje w zasadzie prawdziwy opener, tyle że do motywu przewodniego płyty, a mianowicie zmysłowości (lub dla zepsutych przez internet – tego, w czym gustował swego czasu na morence Pietrek Kogucik). Tak, chodzi o 34+35 i jak można się domyślić, utwór tematycznie odnosi się do seksu. Nie będę kłamał, tu akurat zestawienie słodkiego wręcz podkładu i bezpośredniego, bardzo samoświadomego tekstu bardzo mi się spodobało, gdyż: a) nie wiem, czy to było w zamyśle autorki, ale autentycznie mnie tym rozbawiła i b) taka bezpośredniość na albumie artystki wydaje się być też oznaką rozwinięcia pewnej dojrzałości do mówienia wprost o tematach łóżkowych. Prawdę powiedziawszy, gdyby to od 34+35 rozpoczął się cały album, miałbym w ustach mniejszy niesmak, bo chociaż tu bit też nie jest odkrywczy w żaden sposób, to nie nudzi się tak szybko i jest o niebo bardziej chwytliwy. Dodatkowo propsy za to, w czym Ariana się specjalizuje, czyli operowaniu wokalem. Tu piosenkarka postawiła na mniejsze popisy skalą głosu, które mogłyby nieco wytrącić z równowagi w kombinacji ze wspomnianym wcześniej tekstem i podkładem, co uważam za zaiste dobrą decyzję. Ogółem, naprawdę dobry kawałek.  

Jest dobrze, ale proszę się nie przyzwyczajać  

Gdy już kończy się utwór o zabarwieniu matematycznym, zaczyna się motive z gościnnym udziałem Doja Cat. Po raz kolejny słyszymy naprawdę przyjemny utwór. Lirycznie dotyka tematu wątpliwości w związku z tym, co dokładnie chce osiągnąć osoba, z którą podmiot liryczny flirtuje. I prawdę powiedziawszy, naprawdę czuję tę intymność, dodatkowo podkreśloną przez kombinację gładkich wokali Ariany i tych nieco chrypkowatych Dojy. Co więcej, narracja w piosence prowadzona jest nawet wiarygodnie, ciągle podkreślajac wątpliwości targające bohaterką. Kurczę, coś się chyba nie zgadza, miało być nudno, a więc dlaczego tak chwalę? Bo to mniej więcej tutaj się kończą powody do pochwał (no, prawie, ale nie będę spoilował).  

A teraz czas na wielkie nic!  

Bo ironicznie, w just like magic nie ma absolutnie nic magicznego… No może poza bitem przywodzącym na myśl piosenkę bożonarodzeniową. Ja wiem i rozumiem, piosenki będące swego rodzaju celebracją osiągniętego przez siebie sukcesu nie są niczym nowym, co więcej – naprawdę potrafią być wciągające i mogą coś powiedzieć, czy to o autorze/autorce, czy okolicznościach, w jakich się do tego sukcesu doszło (przykładowo Bodak Yellow od Cardi B). Lecz tutaj to nie wypaliło, z kilku powodów. Po pierwsze – większość ludzi wie o okolicznościach, w jakich Ariana osiągnęła tyle, ile osiągnęła. Po drugie – tekst nawet nie jest napisany tak, aby wciągnął słuchacza, a przynajmniej mnie nie porwał. To dosłownie opis dziennej rutyny Grande, coś, co może wszelkich simpów i stanów tego świata wciągnie, ale jako człowiek ze swoim życiem zwyczajnie mam gdzieś to, jak żyją osoby, z którymi nawet nie mam osobistego powiązania. A to, plus świąteczny bit, poskutkowało utworem absurdalnym, niepasującym do płyty w żadnym stopniu. Ok, poprzednie jej albumy też bardzo konsekwentne w swoich założeniach nie były, ale przynajmniej to było zrobione albo ciekawie, albo po prostu dobrze. Tutaj z kolei mam ochotę zapalać lampki i ubierać choinkę, a nie ma nawet grudnia.  

Nicości ciąg dalszy… 

Piąte na trackliście jest off the table, tym razem w duecie z The Weeknd, po raz pierwszy od sześciu lat! Tylko co, jeśli powiem wam, że to jest najbardziej ekscytująca rzecz w tej piosence i to bez hiperboli? W dużym skrócie – utwór jest powolny. Bardzo powolny. W zasadzie zostajemy tu z kombinacją ścieżek wokalnych Abla i Ariany, bo instrumental buduje nie tyle subtelną, co usypiającą atmosferę. I tyle, naprawdę nie wiem, co powiedzieć więcej – tekst jest o wątpliwościach związanych z wejściem w głębszą relację i cholera – wyobrażam sobie, jak dobrze ten duet mógłby rozwinąć skrzydła z o wiele żywszym podkładem lub nawet wokalami! Tylko tego tutaj nie ma. Dostałem za to muzyczny ekwiwalent nitrazepamu. 

Zgadujcie, co dalej… Tak, nuda 

Wiecie co? Może zróbmy tak, że w tym jednym akapicie opiszę kilka piosenek naraz – stracę mniej miejsca, a powiedziałbym w zasadzie to samo przy omawianiu tych utworów… Więc dochodzimy do six thirty, w którym jedyną interesującą rzeczą dla mnie było to, że był poniekąd zateasowany w teledysku do positions. Zaskakuje mnie, że w tekście jest mowa o “wypuszczaniu dopaminy”, szczególnie, że mi jej trochę zaczyna brakować przy kolejnym odsłuchu positions. Potem jest safety net, czyli żywsza wersja off the table, ale dla odmiany zamiast The Weeknd na feacie jest Ty Dollar $ign i w kontraście dostajemy historię o wytrzymaniu w relacji. Wybornie. Po siatce bezpieczeństwa w głośnikach wybrzmiewa my hair, które, zgadliście, również jest nudne, ale tu przynajmniej jedną rzecz pochwalę – brzmienie. Wokal i podkład idealnie się ze sobą zgrywają i gdyby w refrenie dodano nieco więcej patosu, choćby pod postacią trąbek – byłoby dobrze, ale jest okej… Przynajmniej tutaj. 

Zbliżamy się do dziewiątego kręgu piekła  

Tak, ponownie pójdę po linii najmniejszego oporu i zrobię zbiorczą recenzję paru kawałków, by nie zajmować akapitu powyżej. nasty i west side to kolejne powody potwierdzające, że naprawdę nie potrzeba leków nasennych, by poczuć zniewalającą chęć padnięcia w objęcia Morfeusza. Więc co w nich nie zagrało? O dziwo, nie aż tak wiele jak w poprzednich utworach, chociaż nie byłbym sobą, gdybym nie przyczepił się do kilku rzeczy. Nasty jest więc piosenką, która zdaje się być stworzona z myślą o wykorzystaniu na TikToku. Wrażeń nie poprawia leniwy refren i tanio brzmiący bit. Serio, to brzmi tak, jakbym zrobił go ja po obejrzeniu tutoriala “jak zacząć robić bity”, a jak się domyślacie – to nie jest dobry znak, kiedy artystka mająca takie środki pozwala na wykorzystanie na swojej płycie podkładu tak taniego. Z kolei west side to przykład utworu, który potencjał miał, ale został zmarnowany. Przede wszystkim – jest bardzo krótki, trwa ledwo ponad dwie minuty, nad czym ubolewam, bo chociaż bit absolutnie nie akompaniuje zaśpiewom Grande, sprowadzając te do parteru przez swój brak pazura, same wspomniane wokale układają się w przyjemną linię melodyczną, zdatną do wykorzystania w naprawdę świetnym utworze. Tylko, że nie, bo instrumental wciąż nie ma w sobie życia. I cholera, naprawdę ubolewam, bo mogło z tego wyjść coś naprawdę dobrego. 

Czas wrócić do pozorowanego starania się 

Przyznam się wam, że po tak “świetnej” trackliście nie spodziewałem się czegoś autentycznie… zaskakującego. Nie wiem, czy to zasługa uśpienia mojej czujności, czy jakości samego utworu, ale love language faktycznie jest tym, czego oczekiwałbym (łaskawie) od Ariany po większości poprzednich utworów – jest ciekawe, żywe, a jednocześnie subtelne. Poczułem potworną ulgę, słysząc po prostu dobrą piosenkę, z pięknie zrealizowaną ścieżką wokalną i podkreślającym zmysłowość orientalnym momentami podkładem. Jedyny problem, jaki mam z językiem miłości jest taki, że momentami brzmieniowo bardzo przypominał mi… coś rodem z soundtracku do gry z serii Rayman. Niemniej to jedynie moje skrzywienie, nie zaś wada kawałka samego w sobie. Więc wow, mamy to! Dobra piosenka z positions!  

Na pozycje poszły chyba wszystkie pieniądze przygotowane na produkcję  

Takie przynajmniej wrażenie odnoszę po przesłuchaniu głównego singla i utworu tytułowego. Na to może wskazywać faktycznie ciekawie brzmiący podkład, w zasadzie najlepszy na całej płycie. Smyczki nadają positions iście dystyngowanego brzmienia, co w kontraście do tekstu wyrażającego dobrowolną uległość wobec partnera/partnerki skutkuje wytworzeniem się fascynującej wręcz dynamiki. Zatem narracyjnie jest w porządku, brzmieniowo również, tak? Jak najbardziej, co więcej – positions ma w sobie coś z thank u, next (piosenki), przynajmniej pod tym kątem, że nie od początku mi podpasował i stopniowo coraz mocniej się przekonywałem, a to dlatego, iż z każdym kolejnym odsłuchem doceniałem nieoczywistą (jak na Arianę) melodię. Kurczę, fajnie by było, gdybym tak mógł powiedzieć o większej części reszty tracklisty… Nic to, jedziemy dalej.  

Czas na coś oczywistego!  

Proszę o wybaczenie za słaby żart słowny, omówimy sobie obvious, czyli kolejnego przykładu pokazującego, że Grande, jeśli się postara, wyjdzie z czymś chwytliwym, nastrojowym i przede wszystkim sprawi, że będzie się chciało do kawałka wracać! Tutaj wierzę w kreowaną przez Arianę postać, bądź też po prostu… Arianę, wierzę, że jest spragnioną zbliżenia kobietą, zawierzam jej słowom wyrażającym chęć przejścia do “działania”, po prostu czuję autentyzm kreowanej postaci! To się doskonale zgrywa z klimatycznym backgroundem, całość zwyczajnie sprawia, że czuję tę zmysłowość. I smutno mi się robi, gdy widzę zmarnowany potencjał większej części tracklisty, niemniej nie ma co się smucić, bo będzie jeszcze gorzej!  

POV: You are Ariana Grande making almost-overall boring album  

I wreszcie finisher, pov, jeden z niewielu prawdziwych klejnotów na plastikowej koronie, a przy okazji powód do wzmożenia się we mnie pewnej frustracji – bo nagle okazuje się, że Ariana jest w stanie zrobić spokojny, subtelny, ale i nieusypiający utwór (off the table, na ciebie patrzę).  Tym razem zmysłowość czuć w sposobie, w jaki autorka przekazuje to, jak bardzo docenia obecność swojego ukochanego, mimo tego, że sama jest nieidealna, pełna skaz. I to właśnie tutaj motyw przewodni jest według mnie zrealizowany perfekcyjnie, to tutaj Grande w pełni uchwyciła istotę intymnej zmysłowości, która wynika nie tyle z flirtu, zauroczeń etc., a z poczucia zaufania, harmonii i chęci zgłębiania siebie nawzajem. To tak subtelna erotyka, że aż ciężko mi uwierzyć, że się pojawiła na positions właśnie. I zanim zapomnę – całą narrację idealnie komplementuje podkład ułożony z nastrojowego bitu oraz… zasamplowanego chrapania. Niby nic takiego, a jednak właśnie to sprawia, że w wyobraźni kreuje się obraz scenerii zakochanych zwyczajnie leżących w łóżku. I to się nazywa kreatywność! 

Coś poszło tutaj bardzo nie tak… 

Więc słowem podsumowania – jak, według mnie prezentuje się obiekt recenzji na tle pozostałych dokonań piosenkarki? Generalnie dość słabo, ale nie dlatego, że jest złym albumem. Popełnia za to inny grzech, dużo gorszy według mnie – jest nudny, w większości do zapomnienia. Słuchając positions, momentami autentycznie zmuszałem się do wysiedzenia i przesłuchania dużej części utworów, bo jest to płyta zrobiona tak bardzo na siłę, że to aż boli. Czuć, że Grande chciała wycisnąć jeszcze trochę z formuły, którą zaadaptowała w okolicach premiery Sweetener i dopracowała na thank u, next, tylko, że nawet skoki na kasę potrafią być jakkolwiek angażujące (wybacz Taco, ale jesteś idealnym przykładem, Soma miała dobre momenty, ale come on…). Tymczasem jest mi autentycznie smutno, bo thank u, next to jeden z moich ulubionych albumów popowych tej dekady, też dlatego, że dobrze korzystał z motywu zmysłowości i dawało to nadzieję na jeszcze lepsze wyeksploatowanie tematu, szczególnie, że ten daje naprawdę duże pole do kreatywnego wyżycia się. A tymczasem zostaliśmy z płytą słabo wyprodukowaną i powtarzalną, na której Ariana jest napalona. Ale nic z tego nie wynika.  

Korekty dokonała Joanna Mróz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *