Szach mat — mistrzowskie zagranie Netflixa

https://twitter.com/netflix

23 października na platformie Netflix pojawił się nowy miniserial w reżyserii Scotta Franka pod tytułem “Gambit Królowej”. Amerykańskie dzieło zostało oparte na powieści Waltera Tevisa z 1983 roku. Gdy w głowie pojawi Wam się myśl, że przecież nie macie zielonego pojęcia o szachach, a sama gra wydaje się dla was nużąca, to od razu pozbądźcie się tych głupich głosów z głowy! Produkcja niezwykle emocjonująca, z hipnotyzującą główną bohaterką i niespodziewaną historią o ciężkim życiu dosyć młodej kobiety. Jeśli chcecie dowiedzieć się nieco więcej i poznać moje przemyślenia po seansie, to zapraszam do czytania. Od razu ostrzegam, że w tekście mogą pojawić się drobne spoilery!

O czym właściwie opowiada nowa produkcja? Naszą główną bohaterką jest Beth Harmon. Dziewczynka za małego trafia do sierocińca po wypadku samochodowym, w którym ginie jej matka. Próbuje dostosować się do nowej rzeczywistości, podąża za radami, które otrzymuje od innych uczennic z ośrodka. Bohaterka również szybko uzależnia się tam od leków uspokajających, które są jedynie grą wstępną do późniejszego sięgnięcia do innych używek. Pewnego dnia Elizabeth zauważa, jak woźny — Pan Shaibel — gra w jeszcze niezrozumiałą dla niej wtedy grę. Dziewczynka zaczyna uczyć się jej z obserwacji, aż w końcu mężczyzna po licznych namowach staje się jej trenerem, a wkrótce dostrzega też jej niebywały geniusz. Po adopcji zainteresowanie Harmon do szachów wcale nie gaśnie. Młoda kobieta kontynuuje naukę, czyta książki, zbiera pieniądze nawet na swoją własną szachownicę i pierwszy turniej. Z czasem Beth wyrasta na naprawdę zdolnego gracza, który niedługo będzie musiał zmierzyć się z mistrzem w samej Rosji.

Mimo że serial ma tylko siedem odcinków, to wydaje mi się, że widzowie wcale nie odnoszą wrażenia, że fabuła pędzi w zawrotnym tempie. Na wszystko znajdujemy czas. Na chwile refleksji, wzruszenia czy triumfu. Sceny są naprawdę dobrze rozwinięte, jednak po zakończeniu przyznam, że brakowało mi jeszcze kilku wątków, które w moim odczuciu miło byłoby poruszyć. Relacja Pana Shaibela z Elizabeth nie była w gruncie rzeczy szablonowa i w późniejszym etapie, mimo dojścia do porozumienia nie stała się mdła. Z początku dwójka wcale się nie dogadywała, a woźny nawet nie chciał słyszeć o tym, że miałby nauczyć ją czegokolwiek. Mężczyzna był nieco oschły, ciężko było w nim dostrzec więcej pozytywnych emocji. Jednak ja dosyć szybko zyskałam sympatię do tego bohatera. W końcu niewiele wiemy o jego przeszłości. Był szarą osobą, która godzinami sprzątała wielką placówkę, którą zamieszkiwały dzieci, a dobrze przecież wiemy, jak czasami może być z tym ciężko. W jego życiu mogło już się wiele wydarzyć i trudno było oceniać go z pryzmatu kilku pierwszych scen. Czułam, że może kryć się nieco więcej za jego osobą i na koniec okazało się, że naprawdę miał wielkie serce. Nie tylko dostrzegł potencjał w Beth, ale także wspierał ją w dalszym rozwoju — opłacił jej turniej, śledził jej zawodową karierę i zbierał wycinki z gazet, był niezwykle dumny ze swojej uczennicy. Gdy nasza główna bohaterka w ciągu jednego dnia pragnęła dowiedzieć się wszystkiego, co możliwe o grze w szachy, ten dawkował przekazywaną jej wiedzę. Oczywiście Harmon denerwowała się, a ja razem z nią, jednak to miało swój urok. Z każdą odmową, dziewczynka i my jako widzowie chcieliśmy jedynie więcej. Chcieliśmy wracać i chłonąć przekazywaną przez niego wiedzę. Z niecierpliwością czekaliśmy na ich kolejne spotkania. To właśnie budowało w nas tę ciekawość. Pomimo że Pan Shaibel wydawał się zimny, to pokładał wielkie nadzieje w młodej kobiecie, wspierał ją i w przyszłości był dumny z tego, na kogo wyrosła. Jednak scena ich pożegnania zupełnie złamała mi serce. Żałuję bardzo, że dwójka ta już nigdy później nie miała okazji spotkać się i właśnie tego najbardziej mi w tym wszystkim brakowało.

Szachy dla Beth są całym światem. Za dnia czyta książki z taktykami i zagraniami, a nocą w głowie rozgrywa własne partie. Można powiedzieć, że zupełnie się w tym zatraciła. Obserwujemy, jak niewinna gra przeradza się w czystą obsesję. Sama bohaterka mówi, że czuje się bezpiecznie, ponieważ potrafi przewidzieć każdy ruch. Wszystko zdaje się być logiczne, ułożone oraz możliwe do zdominowania. Kobieta może i radzi sobie ze światem zamkniętym w kilkudziesięciu kwadratach, jednak ze światem rzeczywistym jest już nieco gorzej. Bohaterka żyje w obawie, że kiedyś znajdzie się ktoś lepszy, co czasem wprowadza ją w wariactwo. Ucieka do alkoholu i używek, które zdają się być jej wytchnieniem. Nie zauważa, że na zewnątrz są ludzie, którzy starają się jej pomóc i że wcale nie jest sama i ma osoby, na których może polegać, co idealnie widać w ostatnich odcinkach. Co jeszcze sprawiło, że na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech? W ostatniej scenie Harmon wychodzi z pojazdu, który zaraz ma zawieźć ją na lotnisko i później na spotkanie. Dziewczyna zyskała sławę i rozgłos, jednak w środku nadal jest tą małą dziewczynką, która trafiła do sierocińca. Postanawia przespacerować się i przez to trafia do alejki, gdzie seniorzy aktywnie rozgrywają partie szachów. Po chwili ją zauważają, gratulują osiągnięć, a na koniec Beth rozpoczyna rozgrywkę z jednym z nich. Dla mnie był to cudowny powrót do korzeni. Powrót do jej początków, kiedy jako mała dziewczynka zaczynała naukę pod okiem woźnego. Wtedy również był to dla niej nieznajomy. Gra sprawiała jej taką samą radość jak za młodu, zafascynowanie nigdy nie przeminęło.

instagram.com

Ten serial bardzo spodobał mi się za naturalność. Nasza główna bohaterka, sierota, nie jest wcale idealna. Uzależniona od leków, później i od innych używek oraz alkoholu. Kobieta niezwykle bystra i inteligentna, ale ze sporymi problemami, żyje we własnym świecie, często nie widząc, że krzywdzi ludzi wokół. Fakt, że innym udawało się ją pokonać, jedynie pokazywał, że jest człowiekiem, tak samo, jak inne postacie. Nie ma w tym serialu idealizacji. Każdy ma wady, każdy popełnia błędy, boryka się z własnymi demonami i to świetnie było u niej widać. Mimo że akcja działa się w latach 50 i 60, to nadal mogliśmy ujrzeć wiele problemów i sytuacji, z którymi również w obecnych czasach borykają się ludzie. W produkcji były poruszane wątki związane z dorastaniem, z brakiem akceptacji w szkole czy sprawy sercowe, które od wieków nie należą do najprostszych, zwłaszcza w młodym wieku, kiedy dopiero uczymy się, że najpierw trzeba pokochać samego siebie. Nie zabrakło poruszenia tematu rasizmu, seksizmu oraz feminizmu, który na tle tamtych lat był naprawdę obecny.

Anya Taylor-Joy urzeka nie tylko urodą, ale także świetną grą aktorską. Dopracowane kadry i muzyka, która przenosi nas w czasie, była naprawdę miłym wykończeniem serialu. Co ciekawe w rolę największego przeciwnika Harmon wcielił się Marcin Dorociński. Odgrywany przez niego Borgov jest mistrzem szachowym i pomimo starszego wieku wcale nie zwalnia swojego tempa. Przy ich boku pojawił się również Thomas Brodie-Sangster, aktor głównie znany z “Więźnia Labiryntu” czy też “Gry o Tron” oraz Harry Melling, najczęściej kojarzony z roli Dudleya Dursleya w serii filmów o Harrym Potterze.

“Gambit Królowej” to niezwykle wciągająca opowieść, która moim zdaniem zasługuje na jeszcze większy rozgłos, ponieważ serial posiada naprawdę spory potencjał. Uważam, że warto zobaczyć grę aktorską bohaterów i osobiście przekonać się, jak w amerykańskiej produkcji wypadł też nasz rodak.

Korekta: Gabriela Kusz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *