Z Wattpada na półkę księgarni — rekonstrukcja Bodyguarda

„Prywatny ochroniarz”, autorstwa Caroline Angel, miał miliony wyświetleń na popularnym portalu dla początkujących pisarzy. Prawdopodobnie to skłoniło dosyć znane — wydaje mi się, że nawet renomowane — wydawnictwo Editio Red do wydania tego tekstu. Czy był to strzał w kolano, a może dobra inwestycja?

Myślę, że to czas, abym rozpoczęła drobną serię, którą zatytułowałam jako swego rodzaju drogę, pewien proces. Nie czytam zbyt wielu książek, według portalu Lubimyczytać średnio dwie na rok, ale jestem w miarę aktywną użytkowniczką Wattpada. Recenzuję tam rozwijające się twory, bawię się grafiką, a także publikuję swoje grafomańskie zapędy. Zdarza się też, że coś przeczytam lub rzucę okiem na polecane opowiadania. Tak właśnie było w przypadku „Prywatnego ochroniarza”.

Proces wydawniczy to dość długa i kręta ścieżka. Znam wielu utalentowanych ludzi, z wyrobionym stylem oraz „lekkością pióra”, którym mimo wszystko nie udało się zaistnieć na rynku. Życie, niestety, nie jest sprawiedliwe. Kiedyś dużo łatwiej było zadebiutować dobrym tekstem bez „zaplecza”, pomysł sprzedawał się sam. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, liczą się wyświetlenia i popularność, bo wtedy wydawnictwo ma bazę fanów, czyli gwarantowany zarobek. W przypadku Wattpada dosyć często zdarza się tak, że te gwiazdki i komentarze wcale nie świadczą o jakości tekstu.

Zacznijmy jednak od początku i cofnijmy się w czasie do, o ile się nie mylę, 2018 roku. Wtedy jeszcze miałam mnóstwo czasu, bo nie publikowałam niczego szczególnego ani nigdzie się nie udzielałam. Widząc rosnącą falę tematyki romansu z ochroniarzem w tle, zajrzałam do paru opowiadań. Jednym z nich okazał się być „Prywatny ochroniarz” użytkowniczki AngelGirl854. Dwa lata temu mogłabym śmiało nazwać się fanką romansów, więc po przeczytaniu opisu i — złudnie — kierując się popularnością, pochłonęłam to w jakieś trzy dni.

Może od razu zaznaczę, że ten tekst oceniam na podstawie wersji, która pojawiła się na Wattpadzie (bez poprawek redakcyjnych), ale widząc komentarze mnóstwa osób, czy to właśnie na portalu Lubimyczytać, czy w mediach społecznościowych, wiele się nie zmieniło. Mogą się tu pojawić śladowe ilości spoilerów, dlatego jeśli ktokolwiek planuje to przeczytać, a trafił na mój tekst — radzę przestać czytać w tym punkcie. Ewentualnie można przewinąć do samego podsumowania, czyli ostatnich dwóch akapitów artykułu.

Myślę, że słusznym będzie zacząć od wymiany wszelkich pozytywów tekstu. Będąc nastolatką, ciągle czytającą szkolne obyczajówki o złych chłopcach podbijających serca grzecznych dziewczynek, była to dosyć miła odmiana. Mamy do czynienia ze — względnie — dorosłą osobą. Phoebe nie jest typową „szarą myszką” — to młoda kobieta z charakterem. Dylan z kolei to ambitny młodzieniec, który kieruje się w życiu karierą zawodową, co również sprawia, że da się go lubić. Poza tym tematyka nie bazuje głównie na uczuciu tych dwojga do siebie, bo przecież pojawiają się elementy sensacyjne.

Także nie jest to ciężki kawał tekstu — pojawia się mnóstwo dialogów napędzających akcję, a słownictwo jest proste i zrozumiałe w odbiorze dla praktycznie każdego czytelnika.

Dlaczego w takim razie nie zbiera to dosyć wysokich opinii wśród czytelników? Co sprawiło, że „Prywatny ochroniarz” zaburza renomę wydawnictwa i jakości tworów wattpadowych?

Dwubiegunówka czy brak myślenia?

Mimo tego powiewu świeżości do „opowiastek dla napalonych nastek”, jakim są postaci, nie do końca reprezentują one postawy założone przez autorkę lub ewidentnie coś poszło nie tak. Nawet opis pochodzący od wydawnictwa, że Dylan przecież jest profesjonalistą, ale po godzinach „to normalny, niestroniący od rozrywek dwudziestotrzylatek” nie uratuje rzeczywistej sytuacji. Wcale tutaj nie czepiam się tego, że osoby w wieku studenckim nie mogą zachowywać się dziecinnie, bo przecież wcale nie o infantylność mi tutaj chodzi. Bycie młodym dorosłym to trudny okres, bo ani nie jest się już dzieckiem, ani nie osiągnęło się tej typowej dojrzałości. Prawdę mówiąc, w ogóle nie uważam, że bycie dorosłym to kwestia wieku, a samego podejścia i psychiki danej osoby. Tyle, że tu problem jest inny.

Bohaterowie mają rozdwojenie jaźni, albo po prostu podejmują zbyt pochopne decyzje. Dylan może mieć swój świat po pracy, owszem. Właściwie relacja z jego przyjaciółmi wydawała mi się opisana nawet dobrze i dosyć realnie. Jednak od samego początku wybory i przemyślenia postaci odchodzą od ich kreacji. Pal licho, że Phoebe lubi imprezować, pomimo posiadania już prestiżowego stanowiska. Ona zwyczajnie wyłącza myślenie, kiedy tylko musi o czymś zdecydować. Dylan jest niemalże taki sam — ryzykuje utratą niezwykle ważnej w jego życiu posady, bo podoba mu się osoba, którą ma chronić. Nie, wcale nie chodzi o miłość. On bezmyślnie słucha podstawowych instynktów i rezygnuje z postawy profesjonalisty, bo Phoebe ma piękne ciało, którym go nęci. Biorąc też pod uwagę przeszłość dziewczyny, wybiera ona najgłupszy sposób, żeby pozbyć się Dylana ze swojego życia. Osoby po lekturze tej książki doskonale wiedzą, co stało się z poprzednim ochroniarzem, a jaki to przyniosło obrót sprawy dla młodej architekt.

„Córka prezydenta” albo „Bodyguard”

Z początku ta historia wydawała mi się oryginalna, dopóki nie zauważyłam, że to zlepek. Być może w tej chwili się mylę, ale podobieństwa do wszelkich produkcji (nie tylko filmowych) są uderzające. Przede wszystkim znany motyw ochroniarza zakochującego się w osobie, którą musi chronić. On robi na początku wszystko, żeby spisać się w swojej pracy, a potem, cóż… Każdy się domyśla.

Brzmi znajomo, prawda? Tylko równocześnie nie mogłabym porównać „Prywatnego ochroniarza” do filmów wymienionych w śródtytule. Przede wszystkim chodzi o całokształt. Chociaż Kevin Costner uległ urokowi Whitney Houston, tak zachowywał on profesjonalizm od początku do końca. O Dylanie nie powiedziałabym tego, co najwyżej był zwyczajną parodią bodyguarda i detektywa.

Wątek sensacyjny również nie należy do odkrywczych. Mimo że pojawia się on i napędza historię, a także oddziela tę pozycję od stricte romansowej, tak bazuje on na podobnym stalkingu, jaki miał miejsce w „Pretty Little Liars”, co zauważyła jedna z czytelniczek na Wattpadzie. Podrzucanie tajemniczych liścików i napis na lustrze, a przede wszystkim to, kim okazał się tajemniczy adorator, było łudząco podobne, inspirację zauważono „gołym okiem”.

Karykatury

Tak można określić zbudowanie postaci. Poza ich totalnym brakiem myślenia w istotnych kwestiach, są oni zbudowani… po prostu źle. Widać, że próbowano osiągnąć coś innego, jednakże efekt pozostawia niesmak.

Phoebe to mocny charakter, typowa silna i niezależna kobieta. Tylko, że zachowuje się przy tym dziecinnie, a jej osobowość można łatwo porównać do osła — głupi i uparty, podążający na oślep, przekonany o swojej racji zwierzak. To natężenie cech i brak delikatności sprawia, że ta postać jest irytująca, a wiem jedno — jeśli główna bohaterka drażni czytelnika, znaczną część tekstu można spokojnie wyrzucić do kosza. Co innego, gdyby była ona zbudowana tak, aby szybko zmienić co do niej nastawienie lub protagonista równałby się antybohaterowi, ale tutaj… Po prostu mamy do czynienia z rozwydrzonym bachorem, zepsutą celebrytką.

Dylan to, jak już wcześniej pisałam, pozornie profesjonalista, ale w każdym swoim działaniu ma zwyczajnego farta. Naraża, i to niejednokrotnie, Phoebe na niebezpieczeństwo (nawet nie informując nikogo wokół o anonimowych listach) i dosłownie cudem udaje mu się opanować sytuację. Poza tym ten chłopak cierpi na mocną dwubiegunówkę, o czym też zdążyłam wspomnieć. W końcu, kiedy te dwa światy się stykają, pokazuje to, że Dylan to po prostu zbyt pewny swego młodzieniec. Nic więcej. Ta postać poza tym, i byciem wyzwaniem dla Green, nie ma konkretnej osobowości. Jest niedopełniony, pusty. To ten romantyczny koleś, który nie ma nic poza kilkoma oczywistymi cechami. Tak go, niestety, postrzegam.

Zero logiki, zero jakości

To będzie mój ulubiony akapit, bo ja wręcz uwielbiam wskazywać nieścisłości, a tutaj mogę w pewnych kwestiach śmiało zarzucić autorce zerowy brak researchu. Nie chodzi o takie sytuacje jak osadzenie tego, kim jest stalker, ale o takie banały, których nie wyeliminowała redakcja.

Zacznę od Phoebe, bo z nią ciągle są ciekawe mankamenty. Poza tym świat wokół tej postaci można określić jako totalny idiotyzm, zupełny absurd. Jak wiemy, dziewczyna ma dwadzieścia dwa lata. I już pracuje w firmie ojca na wysokim stanowisku. Mało tego, ona posiada doświadczenie w branży! Gdzie się podziały studia? Przemknęły szybciutko, szybciej niż komukolwiek. Może to tylko szczegół. Skoro tak to dodam, że w pewnym momencie Phoebe przyznaje, że w sumie ona nie ma po co pracować, skoro są od tego ludzie, jej podwładni, których wykorzystuje do przygotowań nad projektem. Po co właściwie jej robota architekta? Myślę, że to marna próba pokazania „hej, moja postać umie coś więcej niż wyglądać”, ale wyszło słabo.

Takich irracjonalnych szczególików jest mnóstwo. Chociażby kwestia ubezpieczenia zdrowotnego w szpitalu. Lekarz odmawia ratowania życia, bo ochroniarz nie płacił składek ubezpieczeniowych. Niby racja, prawda? W końcu w USA są inne składki, nie tak jak u nas, w Polsce. Jednak nie można kogoś pozostawić na śmierć, bo to przestępstwo. Poza tym, składki powinien opłacać pracodawca, czyli ojciec Phoebe, bogacz. Nikt mi nie wmówi, że nie miał na to pieniędzy.

Kwestia „zbliżeń” również musi być tutaj wspomniana. Zostało to potraktowane „po macoszemu”, jakby autorka nie miała konkretnej wiedzy, a opisy stosunków bazowała na byle podrzędnym erotyku. Co mi zapadło w pamięć? Ogromna ilość erekcji i kilkukrotne dochodzenie. Autorka nastawiła się od połowy książki na niemal ciągłe pisanie w kółko i w kółko o tym samym, o braku zmęczenia, o niewychodzeniu z łóżka głównych bohaterów. To mnie osobiście też piekielnie irytowało i byłam jedną z tych osób, które podrzucały dopiski w komentarzach o głupocie niektórych „zbliżeń” postaci wiodących.

Łacina i inne pokrewne języki

Oczywiście chodzi o tę podwórkową. O tym będzie krótko — tekst jest niewyobrażalnie wulgarny i przesadzony. Postacie rzucają słowami na k, ch, p zupełnie bez powodu. Nie wzmacniają tym wypowiedzi, nie ukazują tym też emocji. To trochę na przekór podkreśla dziecinność i irracjonalizm niektórych fraz bohaterów.

Wcześniej wspomniane stosunki seksualne również podchodzą pod kategorię wulgarnych. Opisy są płytkie, wyuzdane, dosyć zwierzęce i proste. To powoduje, że niektórzy mogą je odbierać jako schematyczne lub zwyczajnie nudne.

Czytać czy nie czytać? Oto jest pytanie

Pomimo wielu wzlotów i upadków, nie da się nie przyznać, że ta książka ma zadatek na dobrą rozrywkę. Jeśli nie podoba się historia, można pośmiać się z budowy bohaterów lub innych, komicznych sytuacji, które nie miały w założeniu żartobliwego wydźwięku. Szukając niewymagającego tekstu, można sięgnąć po „Prywatnego ochroniarza”, jednak pragnąc głębszego sensu i solidnych podstaw chociażby logiki, radzę odłożyć tę pozycję z powrotem na półkę.

Odpowiadając na pytanie — częściowo był to strzał w kolano, a po trochu inwestycja. Wiadomo, że rynek przepełniony jest takimi właśnie romansidłami, jest na to zapotrzebowanie. To wydanie będzie przeszkadzało jedynie fanom jakości czy wydawnictwa — mogą się zawieść, że Editio wypuściło taki koszmarek, który przypomina kolejny odcinek „Trudnych spraw”. Tak czy siak, grupa Helion z pewnością solidnie na tym zarobiła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *