Z Wattpada na półkę księgarni — bzdura sentymentalna czy szkodliwa?

Ludka Skrzydlewska to raczej dosyć znana osoba pośród społeczności Wattpada. Wydała już całkiem sporo opowiadań i nadal pisze kolejne. Postanowiłam się pochylić nad jej debiutem — „Sentymentalną bzdurą”.

Na razie dalej krążę wokół publikacji od Editio Red, bo między innymi to wydawnictwo (razem z NieZwykłym i WasPosem na czele) przyjmuje najwięcej tekstów publikowanych wcześniej na tzw. „Pomarańczy” (Wattpadzie). Teraz pominę może kwestię samego aspektu wydania, bo „Bzdurka” była naprawdę dobrym wyborem wydawniczym — jest popularna i zdecydowanie ma jakikolwiek potencjał. Chociaż, gdyby właśnie przeanalizować dobrze całość, znalazłoby się parę odstępstw.

Zaznaczę może, tak jak przy wcześniejszym artykule, że całość czytałam w okolicach 2018 roku, właśnie na Wattpadzie, więc nie do końca zapoznałam się z poprawkami redakcyjnymi. Wróciłam jednak do co poniektórych fragmentów, by lepiej przedstawić, co jest nie tak w tej książce i, z tego co mi wiadomo, niewiele się zmieniło. Ostrzegam również, że w recenzji mogą pojawić się śladowe ilości spoilerów, zatem jeśli ktokolwiek ma w planach przeczytanie tej pozycji, radzę przejść do podsumowania, czyli śródtytułu „Sentymentalna czy bzdura?”.

To nie jest zły tekst

Wręcz przeciwnie, czyta się to niezwykle dobrze, lekko. Ludka ma naprawdę wyrobione pióro i doskonale potrafi zarysować akcję. Rozdziały niemalże idealnie przedstawiają szczątki fabuły, pozostawiane są cliffhangery. Wydarzenia też nie krążą wokół jednego punktu, nie jest to typowy jednowymiarowy romans. Pani Skrzydlewska porusza problemy niebanalne i podpiera to w miarę rozwiniętą psychiką bohaterów, dzięki czemu — nieironicznie — to kawał dobrego tekstu.

Pewnie niektórzy mogą się dziwić, dlaczego w takim razie wybrałam „Bzdurkę”, skoro poprzednia recenzja była mocno negatywna. Nie ukrywam, że seria miała dotyczyć ogólnie wydanych opowiadań, które swoją przygodę rozpoczęły od Wattpada (lub przez ten portal chociaż przekroczyły, bo Ludka akurat zaczęła na Blogspocie). Też — co może szokować — niektóre względnie popularne rzeczy nie są złe, więc nie zamierzam się wystrzegać tzw. „perełek”. Jednak czy ten debiut zasługuje na miano owej perełki? Zdecydowanie nie!

Zżynka z „Crossa”?

Osobiście nie czytałam (jeszcze) niczego od pani Sylvii Day, aczkolwiek wiele użytkowniczek zauważyło pewne podobieństwo. Główna bohaterka nazywa się Veronica Cross, więc to już w jakiś sposób może nawiązywać do twórczości japońsko-amerykańskiej pisarki. Vee ma przyjaciela-geja i snuje dziwaczne fantazje o pewnym mężczyźnie (mimo jej traumy!), tak jak protagonistka „Crossa”. Poza tym fabuła (np. motyw gwałtu w tle) również jest łudząco podobna.

Skomentuję to w ten sposób — jest tylko jedno słowo, które odda całą prawdę na temat tych publikacji razem wziętych, a ten wyraz to „schemat”. Tak, nie zamierzam owijać w bawełnę, autorzy (czy tego chcą, czy nie) bazują na pewnych mniej lub bardziej znanych motywach, często nawet nieświadomie, co zauważają potem czytelnicy. Dla mnie fabuła „Bzdurki” jest podobna do tych typowych romansów czy erotyków (jak chociażby „50 twarzy Grey’a” czy książki pani Christiny Lauren), ale nawet czasem i w dosyć schematycznym dziele można odnaleźć jakieś wartości lub zwyczajną rozrywkę. Co do samego „Crossa” konkretnie się nie odniosę, bo to leży sobie w moich ponad 80 PDF-ach do przeczytania.

PTSD, a co to takiego?

Jak napisałam wcześniej, naprawdę cieszę się, że Ludka zajęła się realnymi problemami. Tyle że problem tkwi w potraktowaniu ich „po macoszemu”, bez odpowiedniego researchu, przez co — mimo ogólnie logicznego zachowania głównej bohaterki — działania Vee są ultraidiotyczne względem Henry’ego. Rozumiem, że to miało być coś na zasadzie „ten jedyny, który oswobadza z lęków”, ale tak bardzo to przerysowano, a wręcz przekroczono linie dobrego smaku i logiki. Jakby Veronica była wydrukowanym obrazkiem, tak analogicznie autorka to kilkuletnie dziecko „kolorujące” ją.

Może sama nakreślę tę sytuację — otóż, jak nawet podaje opis książki, Vee dostaje zaproszenie na ślub siostry, więc jest zmuszona pojechać w rodzinne strony, z których niegdyś uciekła. W tym wypadku potrzebuje pseudonarzeczonego, więc tutaj do akcji wkracza Henry — nieskazitelny rycerz w lśniącej zbroi (o nim będzie za chwilę). Niegdyś Veronicę chciano wyswatać z Carterem, bratem pana młodego i jej potencjalnym gwałcicielem (do samego aktu przemocy seksualnej nie doszło, ale wywołało to w dziewczynie traumę), przez co bohaterka zainteresowała się krav magą, by móc czuć się bezpiecznie.

W czym tkwi problem? Cóż, PTSD to, gdyby ktoś nie wiedział, zespół stresu pourazowego. Cross go doświadczyła, nadal się z tym zmaga, w dodatku na własną rękę (przynajmniej nie przypominam sobie sceny, tudzież rozmowy, u psychologa bądź innego specjalisty poza trenerką sztuk walki). Przy pierwszym czytaniu nie zwróciłam na to uwagi, ale gdy wróciłam do tego ponownie po dwuletniej przerwie, widzę, że Veronica ma swego rodzaju włącznik i wyłącznik tego zaburzenia. Gdy dostaje od obcego mężczyzny komplement, reaguje agresją (nie wiem, czy tak zachowują się osoby z PTSD, wydaje mi się, że raczej ofiary są bierne i starają się ukryć, a nie atakować, ale już pominę tę kwestię). Tymczasem wobec wszelkich działań i zaczepek Henry’ego jest tak, jakby zespół stresu pourazowego nagle zniknął, a zostawała normalna, niedoświadczona w sprawach damsko-męskich dziewczyna. W skrócie: Veronica wmawia sobie, że Henry jest inny, przez co PTSD to nagle nie stanowi problemu, ale inni faceci są już niebezpieczni. Tylko ten jeden jedyny to nieskazitelny anioł.

Apodyktyczny ideał

Oto bowiem obrońca niewinnych, przystojny dobroczyńca, ktoś, dla kogo można wyłączyć zaburzenia lękowe — Henry Wspaniały!

Bez żartów już, to naprawdę cholernie przeszkadza mi to, że kolejny apodyktyczny świr rozkazujący na prawo i lewo to postać idealna, po której czytelnicy/czytelniczki sobie myślą: „kurczę, ale to jest chłop, chciałbym/chciałabym takiego”. Przenigdy w życiu!

Może niektórzy teraz twierdzą, że przesadzam i że przecież to taka forma troski albo to z czegoś wynika, tak jak w przypadku Christiana Grey’a oraz jego mrocznej przeszłości. Otóż nie tym razem. Henry to wzorowy przykład osoby, która nie rozumie słowa „nie”. To, że kobieta nie jest głodna, nie znaczy, że kłamie i że należy w nią wciskać sałatkę, na miłość Boską! Wiadomo, Vee to trochę niezdecydowana postać, która doświadczyła w życiu wiele, ale to nie znaczy, że kiedy Henry nią steruje, manipuluje oraz zmusza do czegoś, to nie jest to objaw jakiegoś psychicznego zaburzenia u naszego pana perfekcyjnego. Tu naprawdę nie ma innego wytłumaczenia oprócz tego, że ten mężczyzna to osoba toksyczna.

„Nie” znaczy „nie”

No to teraz główny zarzut tego tekstu i rozwinięcie poprzedniego akapitu — parę cytatów z książki. Rok temu na jednej z grup o tematyce Wattpada na Facebook’u pojawił się wpis o „Sentymentalnej bzdurze”, który słusznie ukazał kwintesencję problemu tego tworu. Można nie lubić Veroniki, uważać ją za denerwującą idiotkę, ale ona przez cały tekst była ofiarą, która wcale nie uwolniła się od zła. Dla zainteresowanych link do dyskusji znajduje się tutaj (trzeba dołączyć do grupy, aby wyświetlić treść). Osoby wrażliwe prosiłabym o ominięcie pierwszych dwóch screenshotów, ponieważ pojawiają się tam dosyć obrazowe sceny, które można uznać za obrzydliwe.

Fragment nr 1
Fragment nr 2
Fragment nr 3
Fragment nr 4
Fragment nr 5
Fragment nr 6
Fragment nr 7
Fragment nr 8
Fragment nr 9

Problem leży w ukazywaniu apodyktycznego buca jako ideału, co zresztą już napisałam. Komentarze Henry’ego mówią same za siebie — nie znosi sprzeciwu, zmusza, manipuluje, w dodatku podchodzi stereotypowo i nieco przedmiotowo do kobiet. Co jest jeszcze gorsze, a na co trudno zwrócić uwagę pośród ponad pięciuset stron tekstu — kiedy Vee walczy z demonami poprzedniego molestowania seksualnego, Henry… wykorzystuje ją oraz wmawia jej to, co ma myśleć i czuć względem niego. On w sumie przekracza pewną granicę i można doszukać się w jego działaniach jakiejś namiastki gwałtu, kiedy nie słucha swojej partnerki. Też jego tłumaczenia, że robi coś dla jej dobra, w wielu przypadkach wydają się kretyńskim usprawiedliwieniem dążenia po trupach do celu i nadmierną kontrolą cudzego życia oraz zachowania.

Stereotypowość

To chyba już ostatni i dosyć krótki punkt zaczepienia przed podsumowaniem. Tekst napakowany jest stereotypami. Pojawia się przecież typowy przedstawiciel samców alfa, tzw. „chadów”, w postaci Henry’ego. Mało tego, tutaj kobiety są sprowadzone do złośnic, bezużytecznych panienek „bez mężczyzny ani rusz” czy, jak to mówią, „baby bez bolca…”. Zresztą w załączonym powyżej screenshocie widać, że niektóre wypowiedzi klasowego samca alfa brzmią jakby pisał je pan Janusz Korwin-Mikke. Autentycznie czułam istny cringe, zupełnie jak wtedy, kiedy słuchałam tego słynnego zdania „women are smaller, weaker, less intelligent and should be paid less”. Już nie będę rozwijała sprowadzania społeczności LGBT do przysłowiowego parteru i nieco homofobicznych zachowaniach poszczególnych bohaterów.

Sentymentalna czy bzdura?

Nawet nie wiem, jak to należycie podsumować. Ta książka naprawdę jest z jednej strony dobra — autorka pisze lekko i ciekawie, dialogi są interesujące, wątek sensacyjny nie jest głupi. Z drugiej jednak strony ta pozycja wydaje się promować przemoc seksualną i psychiczną wobec kobiet, które zostały tutaj przedstawione jako te słabsze ogniwa. Pomijam już inne kwestie, bo musiałabym powracać do analizy.

Sam tytuł podsunął mi jednak jeszcze taką myśl — dlaczego niby Veronica miałaby uznawać jakąkolwiek relację za „sentymentalną bzdurę”? Mimo naprawdę chwytliwego połączenia tych słów, w przeciągu tej recenzji zrozumiałam, że są one dosyć bezsensowne i nijakie. Chyba, że ten tekst sam w sobie jest czymś bzdurnym, do czego wracamy z pewnym sentymentem, tak jak ja to teraz robię.

Zatem krótko — czy polecam? Owszem, o ile ktoś szuka wyłącznie rozrywki i nie zwraca uwagi na ukryte treści. Bo przyznam szczerze, gdyby nie przejrzenie chociażby fragmentu na spokojnie, sama nie byłabym w stanie zauważyć toksycyzmu, który miejscami wypełnia tę książkę.

Korekta: Kacper Beda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *